Bł. Jan Beyzym SJ - Przyjaciel trędowatych

Posłaniec Marek Wójtowicz SJ

Bł. Jan Beyzym (1850-1912) (fot. ze zbioru PSJ)

ZOBACZ TAKŻE | TEGO AUTORA

Janek urodził się 15 maja 1850 roku w Beyzymach Wielkich na Wołyniu. Był synem Jana Beyzyma i Olgi Stadnickiej, którzy tworzyli rodzinę bardzo patriotyczną, w której dbano o głębokie i pełne prostoty życie religijne. W 1864 roku rozpoczął naukę w gimnazjum w Kijowie. Był pilnym uczniem a zarazem bardzo opiekuńczym wobec młodszych od siebie. Swoim spokojem, pogodą ducha a nawet powagą wzbudzał wszędzie respekt i uznanie.  

 

Od najmłodszych lat przyzwyczajony był do surowego i wymagającego życia. Niechętnie się bawił, nie lubił się stroić na bal, nosił prosty strój. Jego myśli skupione były na Bogu i zanoszonej do niego modlitwie. Dlatego jego wybór drogi życia nie był zaskoczeniem dla jego najbliższej rodziny. Pragnął całkowicie oddać swe życie Bogu na drodze zakonnej i kapłańskiej. Jego ojciec był zaprzyjaźniony z Ojcami jezuitami, dlatego też wstąpił do nowicjatu Towarzystwa Jezusowego w Starej Wsi k. Brzozowa.
 
W nowicjacie poznawał nowe formy modlitwy, zwłaszcza medytację i kontemplację metodą św. Ignacego Loyoli. Pod okiem Mistrza nowicjatu zgłębiał tajemnicę Boga i poznawał siebie, wprowadzając coraz większy ład do swego życia. Już wtedy skracając czas wspólnego wypoczynku po obiedzie, odwiedzał chorych w infirmerii, pocieszał ich i jak mógł pomagał.
 
Po dwóch latach nowicjatu złożył pierwsze śluby i kontynuował kolejne etapy swojej duchowej formacji w przygotowaniu do kapłaństwa. Studiował najpierw filozofię a następnie teologię. Święcenia kapłańskie przyjął 26 lipca 1881 roku z rąk biskupa Albina Dunajewskiego. Wkrótce potem wyraził gotowość udania się na misje, najlepiej do trędowatych. Już wtedy wieść o belgijskim kapłanie, świętym Ojcu Damianie, który pracował pośród trędowatych na Molokai, rozniosła się po całym świecie. Na realizacje swych pragnień Ojciec Jan musiał jednak długo czekać. 
 
Jako kapłan pełnił różne zadania, był wychowawcą i nauczycielem języka francuskiego w Tarnopolu. Uczył także języka rosyjskiego. Najdłużej zatrzymał się w Chyrowie, w ogromnej szkole dla chłopców, prowadzonej przez jezuitów. Tam opiekował się infirmerią, gdzie opiekował się chorymi podopiecznymi. Był też wychowawcą, wymagającym ale lubianym przez konwiktorów. Lubił też rzeźbić w wolnych chwilach ramy do obrazów, krzyże i różne figurki świętych. Ponawiając co roku swą prośbę, w końcu uzyskał pozwolenie udania się na Madagaskar, do posługi pośród trędowatych. Miał już wtedy 48 lat. W ramach przygotowań usunięto mu wszystkie zęby i założono sztuczne protezy.
 
Otoczony modlitewnym wsparciem krakowskich sióstr karmelitanek opuścił Kraków i drogą morską udał się na Madagaskar. Zabrał ze sobą obraz Matki Bożej Częstochowskiej, który mu zawsze towarzyszył. Umieścił go w zbudowanej przez siebie kaplicy, gdzie gromadzili się trędowaci. Zaraz po przybyciu do nowej ojczyzny, zamieszkał z nimi, mimo, że jezuici francuscy to mu odradzali. Widząc, w jak poniżających i trudnych warunkach żyją trędowaci, postanowił dla nich zbudować nowy szpital. Zbieranie pieniędzy na to kosztowne przedsięwzięcie zajęło mu wiele lat. Datki nadchodziły głównie z terytorium trzech zaborów polskich, wspomagał to dzieło sam św. Brat Albert Chmielowski.
 
Ojciec Jan był przede wszystkim kapłanem dla trędowatych. Dbał o ich wieczne zbawienie, codziennie odprawiał dla nich Mszę świętą, organizował dni skupienia i rekolekcje, prowadził systematyczną katechezę. O swoje pracy duszpasterskiej pisał 28 czerwca 1902 roku do karmelitanek w Krakowie: "Moje pisklęta odprawiły rekolekcje, wprawdzie niełatwo to szło, no ale poszło. Teraz wciąż uczymy się katechizmu, ale zastosowując go na każdym kroku do życia codziennego, tj. nauczą się na pamięć, jak im tłumaczę, jak umiem i mówię, a kiedy zrozumieją , to im wciąż powtarzam, że muszą to w czyn wprowadzić, bo inaczej wszystko na nic. Dzięki Bogu, bardzo wprawdzie jeszcze słabiutko, ale już zaczyna się moje czarne ptactwo odrywać od ziemi tej, a podnosić serce do Nieba. W obyczajach zauważyłem już trochę zmiany na lepsze - dzięki za to Matce Najświętszej, która to sprawia, a potem moim drogim Matkom, które to wymadlają u Matki Najświętszej".

Jednocześnie Ojciec Jan był także pielęgniarzem. W tym czasie nie było leku na trąd, można było jedynie ograniczać jego zgubne działanie w organizmie przez zadbanie o większą higienę i zmianę opatrunku. Najważniejsza była jego pełna miłosierdzia obecność, dzień i noc. O tym jak wyglądało jego codzienne życie pisał regularnie do "Misji katolickich". W jednym ze swoich listów z 13 maja 1901 r. Ojciec Jan tak przedstawiał trudne położenie trędowatych na Madagaskarze: "Narażeni są moi nieszczęśliwi na tysięczne okazje do grzechu ustawicznie, a nawet można by powiedzieć poniekąd z konieczności. Już nie raz i nie dziesięć przemyśliwałem nad tym, jak by złemu zaradzić, ale ani rusz, póki nie będzie odpowiedniego schroniska z zapewnionym utrzymaniem. Mieszkają jak bydlęta, i to razem: mężczyźni, kobiety i dzieci. Na żebry chodzić muszą, tj. siedzieć pod barakami koło ścieżki cały dzień, boć bez tego nie wyżyją, a wiadoma rzecz, że próżnowanie jest początkiem wszystkiego złego; chodzą prawie na pół nadzy itd., itd., słowem: że źle, a zaradzić temu nie mogę w takim stanie rzeczy, jaki jest obecnie. Żeby to ludzie na świecie wiedzieli, co się we mnie dzieje, kiedy na to wszystko patrzę nie mogąc złemu zaradzić, zwłaszcza kiedy patrzę na małe dzieci, które nie tylko że nie umieją kochać Boga, ale jeszcze nie wiedzą nawet, czy jest Bóg, a już się uczą od starych obrażać tego Boga, to z pewnością tak by się posypała zewsząd jałmużna, że w krótkim czasie stanęłoby tak niezbędne, a tak przeze mnie upragnione schronisko".

Polskiego misjonarza cechowała dziecięca wiara i ufność w Bożą opiekę. Wszystkie trudne sprawy powierzał wstawiennictwu Matki Bożej i nigdy się na Niej nie zawiódł. Często powtarzał: To przecież Najświętsza Panna buduje ten szpital, to Jej zależy, żeby powstał! Ojciec Jan był przekonany, że to właśnie Ona, najlepsza Matka Częstochowska troszczy się o jego czarne pisklęta. Na rok przed śmiercią, która nastąpiła 2 października 1912 roku, szpital w Maranie został otwarty dla trędowatych.
 
Dnia 18 sierpnia 2002 roku, na Krakowskich Błoniach, Jan Paweł II dokonał  beatyfikacji posługacza trędowatych, powiedział wtedy: "Pragnienie niesienia miłosierdzia najbardziej potrzebującym zaprowadziło błogosławionego Jana Beyzyma - jezuitę, wielkiego misjonarza - na daleki Madagaskar, gdzie z miłości do Chrystusa poświęcił swoje życie trędowatym. Cieszę się, że ten duch solidarności w miłosierdziu wciąż panuje w polskim Kościele, czego dowodem jest wiele dzieł pomocy społecznościom dotkniętym przez klęski żywiołowe w różnych regionach świata, czy też niedawna inicjatywa skupu nadwyżek zboża, aby można było przekazać je głodującym w Afryce. Mam nadzieję, że ta szlachetna idea doczeka się realizacji".
 
Potrzeba nam dzisiaj takich świadków jak Ojciec Jan Beyzym, którzy uczą nas jak mieć nadzieję wbrew wszelkiej nadziei. Jest on przykładem żywej wiary, żarliwej i heroicznej Jezusowej miłości. Swoim życiem, zakorzenionym w Ewangelii, uczy nas jak ufać, budując życie osobiste, społeczne i rodzinne opierając się na Bogu jak na skale. Tylko tak przeżywane życie ma sens, bo owocuje miłosierną miłością.   
 

 

Czytaj dalej...

Twoja ocena:

Średnia ocen:

4.82

Liczba głosów:

17

Komentarze użytkowników (3)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

~Maria 14:32:33 | 2013-06-02
To wspanialy pomysl ,ze skupywaniem nadwyzek zboza dla ludzi glodujacych.

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~D 22:14:12 | 2011-10-05
wspaniały człowiek

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~Przywiózł 00:38:55 | 2011-08-19
Czarną Madonnę na Czarny Ląd, tzn. wyspę.

Oceń odpowiedz

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?