Klaun od zadań specjalnych [ROZMOWA]

Karol Kleczka
(fot. Fundacja Czerwone Noski)

"To, co dzieje się między klaunami i dziećmi, to prawdopodobnie najlepsze dzieło, które mogę w życiu stworzyć" - mówi Mateusz Marek, szpitalny klaun.

 


 

 

Wstajemy z kanapy to nasz nowy projekt, który jest odpowiedzią na wezwanie, jakie papież Franciszek skierował do nas wszystkich w trakcie Światowych Dni Młodzieży w Krakowie. Będziemy cyklicznie pokazywać ludzi, miejsca, wspólnoty, fundacje i organizacje charytatywne, które w przeróżny sposób pomagają wykluczonym. Będziemy pisać o przestrzeniach, w których każdy z nas będzie mógł się konkretnie zaangażować w dzieło miłosierdzia.

 


 

Mateusz Marek na co dzień pracuje w radiu, jest także komikiem i członkiem niezależnej grupy kabaretowej o najdłuższej nazwie na świecie (SMKKPM - Sekcja Muzyczna Kołłątajowskiej Kuźni Prawdziwych Mężczyzn). Od trzech lat zajmuje się bardzo szczególną działalnością, bo po godzinach regularnych obowiązków zawodowych zakłada specjalny strój i przybiera drugą tożsamość. Czy Mateusz jest superbohaterem? Poniekąd tak, bo jako Dr Chaos posiada moc zmieniania świata małych pacjentów w krakowskich szpitalach.

 

Jak zostać klaunem?

 

Mateusz, podobnie jak ponad dwadzieścia innych nietuzinkowych osób w Polsce, jest szpitalnym klaunem działającym w fundacji Czerwone Noski. Misją fundacji jest dążenie do tego, "by zestresowane, wyizolowane i pozbawione swojego naturalnego otoczenia dzieci znowu odzyskiwały powody do śmiechu, radość i ochotę na zabawę". Ale jak właściwie zostaje się klaunem?

 

- Pewnie nie powinienem tak o tym mówić, bo zabrzmi to dość prozaicznie i przyziemnie, ale będę szczery. Gdy odbywał się casting do Czerwonych Nosków, nie miałem żadnej konkretnej pracy - mówi Mateusz Marek. - Kocham występować na scenie, mam jakieś zaplecze i warsztat, a wcześniej zajmowałem się dziećmi w różnych świetlicach, odrabiałem z nimi lekcje. Pomagałem niepełnosprawnym w Gliwicach, mnie to po prostu ciągnęło.

 

Faktycznie takie zajęcie może wyglądać na znakomity kompromis między pracą a przyjemną zabawą, ale motywacje Mateusza były głębsze.

 

- W tamtym czasie dużo imprezowałem i trochę się pogubiłem. Nagle zorientowałem się, że przez jakiś czas nic nie robiłem dla drugiego człowieka, nikomu nie pomagałem. Poczułem, że bardzo potrzebuję wrócić do robienia rzeczy, które pozwolą mi poczuć, że mogę być lepszą osobą. Ucieszyło mnie, że będę mógł się rozwijać i że to praca z misją.

 

 

Trzy lata temu na festiwalu kabaretowym w Ełku Mateusz poznał Jima Williamsa.

 

- Bardzo mnie ta postać intrygowała, bo Jim był bardzo dobrym komikiem. Potem okazało się, że jest także fantastycznym klaunem. Ukończył szkołę klaunów w Stanach i tam pracował dla podobnej fundacji.

 

Jim jest Amerykaninem, który poznał Polkę - Annę, ożenił się i przeprowadził do Polski. Wtedy też rozpoczęła się działalność Czerwonych Nosków, a Jim wspólnie z Anią, która jest mimem, byli w pierwszej grupie zrekrutowanych klownów.

 

Jednak sama inicjatywa funkcjonowania klauna w przestrzeni szpitalnej ma dłuższą tradycję. Za jednego z najpopularniejszych przedstawicieli tej profesji uważa się amerykańskiego lekarza Patcha Adamsa. Adams w młodości cierpiał na depresję i miał za sobą kilka prób samobójczych. Po ostatniej podjął decyzję, która stała się przesłaniem jego dalszych działań: "Nie zabijasz się, durniu. Masz za zadanie zrobić rewolucję".

 

Nie tylko Kraków

 

Adams rozpoczął swoją działalność, ale wbrew powszechnej opinii nie był pierwszy. Absolutnym pionierem pracy klaunów na oddziałach szpitalnych był przyjaciel Adamsa - Michael Christensen. Jego umierający brat zostawił mu w spadku torbę lekarską, a ten postanowił ją wykorzystać, jak najlepiej umiał. Gdy porównuje się go z jego kolegą Patchem, mówi, że tak jak Adams jest lekarzem przebierającym się za klauna, Michael działa zupełnie odwrotnie - to klaun przebrany za lekarza. Christensen podkreśla, że do bycia klaunem potrzebne jest szczegółowe wyszkolenie. Okazało się, że także inne osoby planowały podjęcie podobnych przedsięwzięć na całym świecie.

 

Propagatorami tego pomysłu w Europie byli Monica Culen i Giora Seeliger, którzy założyli organizację Red Noses w Austrii w 1994. W 2012 roku Czerwone Noski rozpoczęły działalność w Polsce. Ogromny wkład w powstanie polskich Czerwonych Nosków miał też Gary Edwards, Amerykanin, który zbudował podobne organizacje w Czechach i na Słowacji.

 

 

- Chociaż podobnych inicjatyw jest bardzo dużo na całym świecie, to Czerwone Noski są największe w Europie. Prócz Austrii i Polski działamy także na Węgrzech, Słowacji, Litwie oraz w Czechach, Niemczech, Chorwacji i Palestynie. Wszędzie jest wprowadzony jednolity standard, a wszystkie fundacje prowadzone w taki sam sposób.

 

W Polsce Czerwone Noski są stale obecne w Krakowie, Poznaniu, Warszawie i Wrocławiu, a liczba klaunów to mniej więcej dwadzieścia osób. Pojawiają się także w innych miastach, na przykład w Łodzi, a przez cały czas są prowadzone jednorazowe wizyty pokazujące tę inicjatywę w nowych miejscach. W Krakowie, gdzie pracuje Mateusz, wizyty odbywają się dwa razy w tygodniu. Jedna ma miejsce w poniedziałek w Szpitalu Dziecięcym im. św. Ludwika przy ul. Strzeleckiej, druga w czwartek w Uniwersyteckim Szpitalu Dziecięcym na Prokocimiu. Mateusz zaznacza, że dla porównania na Słowacji na co dzień działa ponad setka klaunów, którzy obsługują wiele oddziałów - od geriatrii po dziecięce.

 

"To nie są przypadkowi ludzie"

 

- Droga do zostania klaunem nie jest taka prosta. Przede wszystkim należy wygrać casting, a Fundacja przez trzy lata przeprowadziła rekrutację dwa razy. Gdy rekrutowałem się kilka lat temu, na castingu było 50 osób i finalnie zostały dwie. Na przesłuchania przyjeżdża dyrektor artystyczny, obecnie tę funkcję pełni Anka Williams, oraz doświadczony klaun lub nawet przedstawiciel austriackiego oddziału. Sam casting trwa dwa lub trzy dni, po kilka godzin dziennie.

 

Przesłuchania mają formę warsztatów polegających na pracy w grupie, a także ćwiczeniach indywidualnych. Na podstawie tych zadań wybiera się osoby z odpowiednimi predyspozycjami. Oczywiście trzeba pamiętać o tym, że im więcej szpitali, tym więcej potrzebnych ludzi do pracy, także jeśli Fundacja podejmie działania w innych miastach, odbędą się kolejne nabory.

 

Po castingu następuje szkolenie, które samo w sobie jest dość intensywne. Trwa zazwyczaj pół roku i dopiero później można zacząć odwiedzać szpitalne oddziały. Taki długi proces nie zaskakuje, bo wymagająca praca potrzebuje także odpowiednio przygotowanych osób.

 

Przeczytaj także o grupie "Teatrino" odwiedzającej chore dzieci w Łodzi >>

 

- To nie są przypadkowi ludzie. Jeśli popatrzysz na polski zespół, to jest wśród nas na przykład dziewczyna będąca na co dzień znakomitą wokalistką, która niedawno wygrała konkurs piosenek "Pamiętajmy o Osieckiej". Są też członkowie kabaretu Czesuaf od wielu lat obecni na scenie. To zawodowi komicy, którzy są fachowcami i z tego żyją - zaznacza Mateusz. - W czeskich Noskach działa artystka, która, gdy kilka lat temu byłem na obozie treningowym, odbierała nagrodę dla najlepszej czeskiej aktorki.

 

Zdarzają się też ludzie na co dzień niezwiązani z branżą rozrywkową, ale to zawsze nieprzypadkowe osoby, które muszą nadawać się do tej pracy. Często są to terapeuci, pedagodzy. - Przykładowo moja koleżanka z Katowic pracuje w telefonie zaufania i w poradni psychiatrycznej. Jest także aktorką w spektaklach dla dzieci - dodaje Mateusz.

 

Najbardziej istotny jest widz

 

Gdy myślimy o klaunach, to naturalnym pierwszym skojarzeniem jest cyrk i zabawianie publiczności. Tymczasem okazuje się, że praca w szpitalu jest czymś znacznie bardziej poważnym niż zwykłe sztuczki. Na polskiej stronie Fundacji możemy przeczytać, że zadaniem Czerwonych Nosków jest: "eliminacja nudy, osamotnienia, smutku w szpitalach i dostarczenie małym pacjentom dużego zastrzyku pozytywnej energii poprzez radość i śmiech. Dlatego nasze działania często określane są jako śmiechoterapia, co jest terminem węższym wobec terapii przez sztukę".

 

- Nasza praca to w skrócie występ oparty na komediowej improwizacji. Pracujemy zawsze w parach, które na podstawie zastanej w szpitalnej sali sytuacji budują pewną dramaturgię. Dlaczego we dwójkę? Odpowiedź jest prosta: chodzi o to, żeby było z kim grać, a cały szpital jest sceną. Gdy zakładasz nos - jesteś klaunem i zaczynasz grę, stajesz się swoją postacią.

 

Bycie klaunem to funkcjonowanie jako dwie postaci naraz. Jedną jest tak zwany pilot i prowadzony klaun. Ten drugi nie działa według żadnej logiki.

 

- Twoja logika jest obłędna. Przykładowo: im ktoś ciszej śpiewa, tym bardziej jesteś podejrzliwy. Masz prawo się mylić. Najprostsze żarty polegają przykładowo na tym, że dzieci się przedstawiają, a ty cały czas mylisz imiona i już jest zabawa. Z drugiej strony masz świadomość tego, że jako "pierwsza postać" - pilot - masz kontrolować otoczenie. Ostatnio na warsztatach mieliśmy ćwiczenie polegające na podtrzymywaniu bambusowego kijka. Ćwiczyliśmy w parach, ale była też trzecia osoba reprezentująca pacjenta, która w podtrzymaniu przeszkadzała. Pacjent może się znudzić, odpuścić, ale ty ze swoim partnerem musicie być czujni i nie pozwolić, by ten kijek spadł. Musisz zwracać uwagę na dziecko, na to, czy się boi, czy też jest otwarte, ale kontrola dotyczy zwłaszcza samej gry. Nieustannie obserwujesz twojego partnera i zastanawiasz się, jak zawiązać akcję, by osiągnąć najlepszy efekt.

 

 

Czerwone Noski w 360 stopni

Zobaczcie, jak wygląda nasza wizyta w pokoju zabiegowym. Gdy dziecko ma mieć pobraną krew, zdjęty wenflon, albo trzeba opatrzyć jakąś ranę, to bardzo się stresuje. Nic dziwnego. Nawet dorośli nie lubią igieł i widoku krwi. Właśnie dlatego przed zabiegiem pielęgniarki proszę nas o pomoc w odwróceniu uwagi dziecka. Seria sztuczek albo piosenka potrafią zmienić stresujący zabieg w relaksujący mini-spektakl. Ten film to także nasz debiut na scenie 360 stopni. Nagraliśmy go, bo chcemy wiedzieć, co myślicie o tej technologii i czy oglądacie czasem filmy kręcac się dookoła :)

Opublikowany przez Czerwone Noski - Klown w Szpitalu na 25 stycznia 2017

 

 

W tym wszystkim najbardziej istotny jest widz, czyli dziecko.

 

- Szpital to miejsce trudne, jest w nim dużo stresu, nie ma prywatności. Gdy się jest pacjentem, a tym bardziej dziecięcym, o niczym nie można decydować - nie ukrywa mój rozmówca. - To też element do ogrania. Możesz przedstawić szpital w krzywym zwierciadle i dlatego np. mam lekarski fartuch, przeprowadzam udawane badania. Korzystam z przestrzeni, w której jestem, by ją oswoić. Żeby nie być niesprawiedliwym, muszę podkreślić, że patrzę na te wszystkie oddziały dziecięce i są one naprawdę pięknymi miejscami. Dzieci mają dobre warunki w porównaniu na przykład z osobami starszymi. Cieszę się, że to się udaje. My tylko współuczestniczymy w większym dziele.

 

Klaun jest zawsze umówiony na konkretną godzinę i oddział. Przed każdą wizytą wszyscy pracownicy szpitala są poinformowani o jego obecności. Przekazują informacje o tym, ile jest dzieci, jakie problemy mają mali pacjenci, gdzie można wchodzić, a gdzie nie, czy są trudne przypadki. Czasem może zdarzyć się coś naprawdę nieprzewidywalnego, a klaun powinien być przygotowany, by dopasować wtedy strategię działania. Do każdego dziecka niezależnie od wieku należy inaczej dotrzeć, coś innego zaproponować.

 

- Gdy wchodzę do sali, to w pierwszym momencie zaglądam, jakie są dzieci. Jeśli trafię do takiej z czwórką nastolatków patrzących w telefony, to wiem, że powinienem wejść z pompą. Gdy rozmawiasz z nastolatkiem, to masz inną pulę żartów niż z dzieckiem dwuletnim. Najpierw podchodzisz do najstarszego dziecka, bo gdy zaczniesz od młodszego, to starsze cię zlekceważy. Ostatnio byliśmy w pomieszczeniu, gdzie chłopiec nie pozwalał nam wejść. Musieliśmy zacząć grać tak, by z czasem się przełamał. Dziecko może być bliskie płaczu i też należy je do siebie przekonać, ale bywa tak, że się to nie udaje. W tej samej szpitalnej sali była mała dziewczynka. W pewnym momencie poświęciliśmy jej zbyt dużo uwagi i uciekła do mamy.

 

Zdarzają się także zupełnie niestandardowi widzowie. Mój rozmówca wspomina wizyty na oddziałach dla noworodków.

 

- Takie malutkie dzieci przecież nie mają prawa tego zrozumieć! Wtedy trzeba pamiętać o tym, że głównym odbiorcą są rodzice, zaś samo dziecko stanowi pewien przekaźnik. To bywa dość zabawne, bo działa jak telefon: opowiadam przez dziecko historię, która jest zrozumiała tylko dla rodziców. Żartujemy też z pielęgniarkami czy lekarkami.

 

Klaun buduje świat

 

- Wiele rzeczy, które robiłem na początku, dopiero teraz zacząłem rozumieć - dodaje Mateusz. - Musisz myśleć nieszablonowo, szukać patentu na każdą sytuację i po to są nasze ćwiczenia. Zastanawiasz się nad charakterem postaci. Ważne, żeby być kimś jak z książki dla dzieci - na przykład "panem spieszącym się", "panią obrażoną" i tym podobne. Jedna osoba może mieć pomysł, druga będzie osobą "otwartą". Pytasz swoje ciało o to, co się z nim dzieje, jak nawiązać kontakt i zaimprowizować.

 

Okazuje się, że w pracy szpitalnego klauna nie chodzi nawet o rozśmieszanie. Niektórzy pacjenci nie mają siły na śmiech, a Czerwone Noski i tak są dla nich. Zadaniem jest natomiast budowa relacji poprzez spotkanie z pacjentem.

 

- Mógłbym to opisać jako budowę jakiegoś alternatywnego świata - dopowiada Mateusz. - Nie ma założenia, że musimy za wszelką cenę kogoś rozbawić. Bywa tak, że przychodzimy zwyczajnie pogadać, tak aby ten krótki moment zmienić, odrobinę zaczarować szpital. Gdy tobie jest smutno, to idziesz do kina albo na piwo z kolegami i na chwilę poprawia ci się humor. Na swój sposób chcesz rozładować napięcie. W szpitalu nie masz dostępu do takich rzeczy, nie poszalejesz z innymi dziećmi w piaskownicy. To jest trochę tak jakby kino do ciebie przyszło.

 

 

 

Z jednej strony wizyta trwa maksymalnie 10 minut, czyli ledwie chwilę, ale taki czas jest idealny, by nikogo nie zmęczyć swoją obecnością. Z drugiej to wystarczy, by dostarczyć materiału do rozrywki na cały tydzień.

 

- Miałem taką sytuację, że przyszła do nas mama, która mówiła, że z całego pobytu w szpitalu jej syn nie pamięta nic, tylko wizytę klaunów. Jeśli faktycznie to tak działa, to jestem w szoku. Z drugiej strony - co miałby pamiętać? To normalne, że wypierasz złe wspomnienia, a w głowie zostaje coś ,co było dobre i przyjemne.

 

Dawanie radości nie jest jednak tak proste, jak mogłoby się wydawać. Mateusz szczerze mówi także o swoich słabościach.

 

- Dzień, w którym idziesz do szpitala, do momentu samej wizyty, jest najgorszy. Jesteś wykończony na samą myśl o tym. To naturalna obrona organizmu, bo przez kilka godzin jesteś na wojnie. Cały czas maksymalnie skoncentrowany, musisz szybko reagować. Pracujesz na pełnych obrotach i właśnie tego się człowiek boi. Myślę wtedy o odpowiedzialności i wiem, że na końcu będę się cieszył, bo gdy wychodzę, to odczuwam wielką ulgę. Paradoksalnie im gorzej się czujesz - tym lepiej jest po wyjściu. Takie pokonywanie stresu jest wliczone w pracę, musisz wygrać ze swoją słabością.

 

Ta praca to forma dawania miłości

 

Może zastanawiać, jakie motywacje towarzyszą ludziom, którzy podejmują się tej misji, biorąc pod uwagę, jak bardzo wymagającą funkcję pełnią.

 

- Robię dużo rzeczy w życiu. Większość z nich robię źle i chciałem mieć choć jedną, którą będę robił porządnie, żebym w końcowym obrachunku po wyjściu z wizyty mógł sobie powiedzieć - to było dobro. Może to zabrzmi banalnie, ale chcesz dać ulgę w cierpieniu. Potem, po każdej wizycie, widzę, że to ma sens. Doświadczam własnej radości, bo czerpię satysfakcję z robienia tego, co potrafię i co przynosi dobre efekty. Czasem sam się uśmieję z tego, co robimy. Mali pacjenci mają niesamowite propozycje i klaun śmieje się z nimi. To jest często bardzo zaskakująca praca, bo albo dzieciak, albo partner może wyciąć niezły numer.

 

- Ludzie robią różne rzeczy i rodzą się z różnymi predyspozycjami, talentami - dodaje. - Jeśli ktoś umie ładnie murować, to niech muruje, a jak wymuruje komuś coś zupełnie sam z siebie, to wspaniale. Jeśli umiem dawać radość, to chcę być przydatny. Przecież można zrobić masę pięknych rzeczy przez całe życie, a nic z tego nie zostanie. Życie można przeżyć i nic się nie wydarzy, a taka praca jest jakąś formą dawania miłości.

 

- Przedstawienie, które robimy trwa tylko chwilę. Nikt tego nie zapisuje, nie ma z tego wideo, ale zostaje energia, choć jej na świecie nie widać. Może to właśnie jest miłość? Jako Czerwone Noski budujemy dzieło, którego nie uchwycisz, jest ulotne, ale dopisuje się do jakiejś sumy dobra. Robienie rzeczy, po której nic nie zostaje, bardzo mnie uczy pokory. Na co dzień ciężko pracuję nad sprzedawaniem swoich tekstów, samorealizacją. Z tego, co tu robię, nie mam poklasku, ale to, co dzieje się między klaunami i dziećmi, to prawdopodobnie najlepsze dzieło, które mogę w życiu stworzyć.

 

***

 

Chcesz pomóc Fundacji Czerwone Noski? Zobacz jak możesz to zrobić:

 

Śledź działania Fundacji na jej facebookowym profilu

 

Możesz także przekazać na rzecz Fundacji 1% podatku, wspomóc przelewem online lub poleceniem zapłaty

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

5

Liczba głosów:

8

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Google
Zaloguj przez Facebook