Abp Szewczuk: Papież podziękował nam [WYWIAD]

(fot. 5 канал / youtube.com)

"Papież Franciszek podziękował nam za to, że nie milczymy, a wprost domagamy się prawdy w imieniu ukraińskiego narodu, który cierpi" - powiedział arcybiskup większy kijowsko-halicki Światosław Szewczuk.

 

W rozmowie z KAI zwierzchnik Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego (UKGK) mówi m. in. o hawańskiej deklaracji katolicko-prawosławnej, dialogu z Rosyjskim Kościołem Prawosławnym, sytuacji na Ukrainie i głównych jej problemach.

 

Dziękuje też Episkopatowi Polski za inicjatywę "partnerstwa parafii", którą jeszcze bardziej trzeba wcielać w życie i ją zdynamizować.

 

Publikujemy tekst wywiadu.

 

Krzysztof Tomasik (KAI): Po spotkaniu z papieżem Franciszkiem wrócił Ksiądz Arcybiskup z Rzymu zadowolony i usatysfakcjonowany ?

 

Abp Światosław Szewczuk: Tak, i to z wielu powodów. Odbyła się sesja stałego Synodu Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego (UKGK) w Rzymie z okazji smutnej 70. rocznicy pseudosoboru lwowskiego, podczas którego sowieckie władze zlikwidowały UKGK.

 

Przy tej okazji spotykając się z papieżem, chcieliśmy raz jeszcze zamanifestować widzialną i pełną komunię z Następcą św. Piotra. Z woli Pana Boga spotkanie miało też inny kontekst.

 

Odbyło się po podpisaniu wspólnej deklaracji papieża Franciszka z patriarchą Moskwy i całej Rusi w Hawanie. Dlatego też spotkanie z Ojcem Świętym Franciszkiem było dla nas bardzo ważne.

 

Z jednej strony mogliśmy przedstawić nasze stanowisko wobec punktów deklaracji dotyczących Ukrainy, a z drugiej mogliśmy przedstawić papieżowi bóle i cierpienia mieszkańców naszego kraju oraz powiedzieć, co się u nas faktycznie dzieje, przekazać prawdę o wojnie, która ciągle toczy się na wschodzie kraju.

 

Franciszek jest dobrze poinformowany o sytuacji na Ukrainie?

 

- Tak. Przedtem wielokrotnie spotykałem się z Ojcem Świętym i napisałem wiele listów, w których go informowałem o bolesnych wydarzeniach. Niedawno nuncjusz apostolski na Ukrainie abp Claudio Gugerotti przebywał z naszą ekipą telewizyjną w przylegającej do linii frontu części obwodu donieckiego. Powstał film relacjonujący tę wizytę. Przed naszym spotkaniem papież Franciszek przeczytał sprawozdanie abp. Gugerottiego oraz zobaczył film z wizyty.

 

Po projekcji Ojciec Święty był wstrząśnięty. Same słowa nie oddają w pełni tragicznej sytuacji, jaka tam ma miejsce. Obrazy rannych, zniszczonej ziemi, domów, ludzi żyjących bez wody i światła, mogił poległych bardziej przemawiają do serca niż tylko słowa.

 

Wizyta u papieża i w instytucjach watykańskich miała na celu pokazanie, że na Ukrainie mamy do czynienia z największą katastrofą humanitarną w Europie po II wojnie światowej. W rozmowach m.in. porównywaliśmy sytuację w Niemczech i na Ukrainie.

 

Do Niemiec przybyło w ostatnim czasie ok. 1 mln uchodźców i migrantów, co spowodowało poważne problemy ekonomiczne i polityczne. Problem uchodźców zagraża nawet jedności Unii Europejskiej.

 

Zobaczmy przy tym, że dochód narodowy Niemiec jest 40-krotnie większy od dochodu Ukrainy, kraju, który obecnie ma 2 mln uchodźców wewnętrznych. Z tego też powodu poprosiliśmy Ojca Świętego o międzynarodową akcję pomocy humanitarnej dla cierpiącej ludności Ukrainy.

 

Z powodu uchodźców z Bliskiego Wschodu i Afryki świat zapomniał o Ukrainie?

 

- Nie chcę krytykować Zachodu. Każdy im ma więcej swoich własnych problemów, tym mniej interesuje się cierpieniem innych. USA, Europa i cały świat zachodni mają teraz dużo problemów, w tym wojnę na Bliskim Wschodzie. Niestety, o wojnie na Ukrainie już się nie mówi. Media światowe nie informują o rzeczywistej sytuacji w naszym kraju i dlatego w świadomości mieszkańców Unii Europejskiej wojna na Ukrainie nie istnieje.

 

Wojna jednak ciągle się toczy, a sytuacja humanitarna jest coraz gorsza. Jej przyczyny nadal nie są usunięte, co prowadzi do eskalacji. Mamy coraz więcej uchodźców, rannych i zabitych. Rana na wschodniej Ukrainie ciągle krwawi. Jeśli nie będziemy o tym mówić, to problem nie tylko nie zostanie rozwiązany, ale także zagrożona będzie cała wspólnota międzynarodowa.

 

To, co się dzieje na Ukrainie, dotyczy całej Europy. Geopolityka prowadzona przez Rosję dotyka wszystkich. Dzisiaj celem jej agresji jest Ukraina, ale jutro może być każdy inny kraj. Patrzymy z niepokojem na zaangażowanie Rosji w wojnę w Syrii i myślimy, kto następny?

 

Jak Ksiądz Arcybiskup ocenia realizację porozumienia w Mińsku z lutego 2015 r., które miało doprowadzić do pokoju na wschodniej Ukrainie?

 

- Porozumienie w Mińsku jest jak na razie jedynym instrumentem dyplomatycznym, który powstrzymuje agresję Rosji. Ale czy ono działa? Moim zdaniem - nie. Na Ukrainę ciągle dostarczana jest broń i przerzucani są rosyjscy żołnierze. Według najnowszych informacji na wschodzie kraju jest już 500 czołgów rosyjskich najnowszej generacji. Czołgi są przecież bronią ofensywną, a to znaczy, że tworzy się potencjał militarny, który w przyszłości będzie jakoś wykorzystany, bynajmniej nie pokojowo.

 

Mimo uzgodnień Ukraina dotychczas nie przejęła kontroli nad swoją granicą na odcinku z Rosją. Każdego dnia dochodzi do ostrzałów, w wyniku których giną nasi żołnierze i ludność cywilna, a przecież pierwszym punktem mińskiego porozumienia było zawieszenie broni. Ma się niekiedy wrażenie, że rejony obwodów donieckiego i ługańskiego stały się poligonem wojskowym dla rosyjskich żołnierzy. W ramach szkolenia ich celem stali się żywi ludzie.

 

Jednym z punktów mińskiego porozumienia było wdrażanie procesu demokratycznego w tej części kraju. Czy coś zrobiono w tym kierunku?

 

- Jak można przeprowadzić demokratyczne wybory lokalne, gdy trwa wojna? Tak zwane władze terytoriów okupowanych wprowadziły stan wojenny. I kiedy się słyszy ze strony państw zachodnich apele, by przeprowadzono tam wybory demokratyczne, to ja się pytam, jak w stanie wojennym można to zrobić? Przecież w takiej sytuacji zawiesza się demokrację.

 

Dalej porozumienie z Mińska zaleca zmiany w konstytucji Ukrainy. To też jest niemożliwe. Jak bowiem można zmieniać konstytucję w czasie wojny. Na przykład we Francji obowiązuje prawo zakazujące zmian w ustawie zasadniczej, gdy zagrożona jest integralność państwa.

 

Ukraińskie społeczeństwo nie rozumie tych wymagań. Przede wszystkim musimy zrobić wszystko, by doprowadzić do realnego zawieszenia broni. Konflikt nie zostanie nigdy rozwiązany na drodze militarnej i dlatego musimy szukać porozumienia. Musi być ono jednak prawdziwe, a nie iluzoryczne.

 

W tym porozumieniu musimy przede wszystkim wziąć pod uwagę dobro mieszkańców Ukrainy na terenach okupowanych, a nie interesy państw zachodnich. Sankcje wobec Rosji są na pewno dla nich ciężarem, ale one są w obecnej sytuacji niezbędne.

 

Nie może być tak, że kosztem narodu, który doświadcza agresji i cierpień, Zachód będzie kierował się interesami agresora czy też własnymi interesami finansowymi i ekonomicznymi. W takiej sytuacji trzeba zapytać, czy życie i godność człowieka w dzisiejszej Europie ma jeszcze jakąś wartość, czy ekonomia jest ważniejsza? Jeśli tak, to mamy do czynienia z końcem demokratycznego Zachodu.

 

Jak ocenia Ksiądz Arcybiskup wewnętrzną sytuację kraju? Czy postępują reformy i przed jakimi największymi wyzwaniami stoi teraz Ukraina?

 

- Nasza sytuacja jest dwojaka: dobra i zła. Pozytywne i optymistyczne jest to, że społeczeństwo ukraińskie jest bardzo aktywne i rozumie, że reforma kraju od niego zależy. Nasza przyszłość nie zależy ani od Wschodu, ani od Zachodu, lecz od nas samych. Sytuacja jest bardzo podobna do polskiej w czasach "Solidarności".

 

Obecny system państwa odziedziczony po czasach Związku Sowieckiego broni się przed reformami. Ale zgodnie z wolą większości obywateli, intelektualnych elit, Kościołów reformy muszą być przeprowadzone. Zwróćmy uwagę, że o 2 mln naszych uchodźców troszczy się bynajmniej nie państwo, a zwykli obywatele.

 

Złą stroną naszej sytuacji jest to, że reformy blokują ludzie, którzy tkwią mentalnie jeszcze w czasach sowieckich. Niestety nasi politycy nie okazują determinacji, aby demontować system sowiecki. Podobnie było w Polsce w latach 80. XX w.

 

Obecnie przeżywamy kryzys polityczny. Niestety upadła większość parlamentarna. Trwa dyskusja, czy obecny rząd jest w stanie wprowadzić radykalne zmiany. Powstaje pytanie, na ile efektywnie walczy się z korupcją, główną chorobą społeczną.

 

Czy taka walka w ogóle istnieje? Niestety nie widać jak na razie konkretnych kroków reformowania struktur państwa. Stąd kraje Zachodu zaczynają na nas patrzeć sceptycznie, nie wiedzą, kogo poprzeć, w jaki sposób wspierać procesy demokratyczne na Ukrainie.

 

Ale są nadzieje na zmiany?

 

- Dwa tygodnie temu Wszechukraińska Rada Kościołów i Organizacji Religijnych zaapelowała o radykalną walkę z korupcyjnymi strukturami, które zniszczyły państwo w czasach rządów Wiktora Janukowycza. One ciągle istnieją i niszczą nasze państwo. Odezwa pokazuje, że jako społeczeństwo jesteśmy odpowiedzialni za nasz rząd i kierowanie krajem. Obowiązkiem wszystkich obywateli i Kościołów jest mówienie prawdy i wspieranie reform.

 

Wraz z patriarchą Filaretem, zwierzchnikiem Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego Patriarchatu Kijowskiego, oraz innymi Kościołami, wspólnotami religijnymi i intelektualistami zainicjowaliśmy społeczny ruch Transformacja Ukrainy. Inicjujemy i wspieramy wszelkie kroki zmierzające do reformowania kraju w myśl hasła: "Działamy, nie oczekując niczego od państwa".

 

Większość Ukraińców nauczyła się nie tylko żyć bez państwa, ale wbrew państwu. Musimy reformować i budować nasze państwo od nowa. Zrozumieliśmy, że inicjatywę przebudowy trzeba wziąć w swoje ręce.

 

Celem ruchu jest budowa społeczeństwa obywatelskiego...

 

- ...na kształt państwa prawdziwie europejskiego. System postsowiecki już nie działa. Stał się dinozaurem. Aby tego doświadczyć, wystarczy wejść do pierwszego lepszego urzędu. Zmian musi dokonać samo społeczeństwo. Nikt inny za nas tego nie zrobi.

 

Treść deklaracji papieża Franciszka i patriarchy moskiewskiego Cyryla zaskoczyła Księdza Arcybiskupa? Przed jej podpisaniem wyraził Ksiądz nadzieję, że będzie "głosem Ukraińców". Spotkało was rozczarowanie.

 

- Są dwie przyczyny tego rozczarowania. Po pierwsze samo spotkanie i deklaracja były owiane aurą wielkiej tajemnicy. Odnosiło się wrażenie, że nasi bracia prawosławni bali się tego spotkania. Byli chyba niepewni, na ile uda się im zinstrumentalizować papieża.

 

Ta tajemniczość zrodziła pytania i zaniepokojenie. Po drugie, podczas przygotowania deklaracji, a byliśmy pewni, że będą w niej odniesienia do Ukrainy, nikt nie zwrócił się do nas z prośbą o konsultacje. Potem okazało się, że odpowiedzialną za spotkanie i tekst deklaracji była Papieska Rada ds. Popierania Jedności Chrześcijan.

 

Jednak charakter i zakres deklaracji wykraczały poza kompetencje papieskiej dykasterii. Takie sprawy, jak sytuacja ekumeniczna, społeczna, agresja rosyjska na Ukrainę, przekraczały kompetencje osób, które przygotowywały tekst dokumentu.

 

Nie zwrócono się do Księdza Arcybiskupa o opinię jako członka tej papieskiej rady?

 

- Też mnie to zaskoczyło. Tym bardziej że zostałem jej członkiem na osobistą prośbę, z którą zwróciłem się do Ojca Świętego Benedykta XVI. Wcześniej w dialogu ekumenicznym z rosyjskim prawosławiem zawsze mówiono o nas, ale bez nas.

 

Uważaliśmy, że tak dalej być nie może. Niestety, w przypadku deklaracji powtórzyła się sytuacja, w której mówiono o nas bez nas i dlatego doszło do lapsusów, jakie mamy w tym dokumencie, co bardzo zabolało nas grekokatolików i większość ukraińskiego społeczeństwa.

 

Co najbardziej zabolało?

 

- Paragraf, w którym jest mowa o grekokatolikach, uniatyzmie i unitach. Pomieszano terminy. Jest czymś oczywistym, że uniatyzm jako sposób na pojednanie Kościołów jest nie do przyjęcia. Przecież pseudosobór lwowski, który potępiamy, był przykładem uniatyzmu. Przypomnijmy, że Kościół greckokatolicki i wszystkie Kościoły Wschodnie prawo kanoniczne uznaje za autonomiczne, rządzące się swoimi prawami. Niestety, w deklaracji określono je jako "wspólnoty eklezjalne".

 

Ten termin odnosi się do wspólnot protestanckich, tych, które nie zachowały sukcesji apostolskiej. To zabolało bardzo naszych teologów i intelektualistów, gdyż uznali oni to za formę upokorzenia naszych Kościołów, bo strona prawosławna łaskawie przyznaje im prawo do istnienia.

 

Tymczasem naszego prawa do istnienia nie ustanawia ani tekst deklaracji, ani dobra wola naszych braci prawosławnych. Prawo do istnienia dał nam Pan Bóg. Stąd takie sformułowanie jest dla nas obraźliwe.

 

Kolejny kontrowersyjny paragraf dotyczy wojny na Ukrainie...

 

- Widać wyraźnie, że napisała go strona prawosławna po rosyjsku. Tłumaczenie na włoski i inne języki nie oddaje kryjącej się za tym sformułowaniem dwuznaczności. Użyto słowa "konflikt". Czytając ten paragraf, sądzi się, że chodzi o jakąś wojnę domową. Z tekstu nie wynika, że Ukraina jest ofiarą agresji zewnętrznej, a dokładnie rosyjskiej.

 

Sytuację społeczną na Ukrainie wykorzystuje się, aby zaapelować do Kościołów, by nie wspierały wojny, ale działały na rzecz pokoju i porozumienia.

 

Dla nas zabrzmiało to bardzo dziwnie. Który z Kościołów kiedykolwiek popierał wojnę? Jeżeli już, to Patriarchat Moskiewski poprzez propagowanie idei "ruskiego miru". Na Ukrainie współpraca Kościołów i wspólnot religijnych na rzecz społecznej harmonii jest bardzo znacząca, ale o tym w tekście nie ma ani słowa.

 

Przypomnijmy, że to Wszechukraińska Rada Kościołów i Organizacji Religijnych jako pierwsza w 2014 r. podczas Rewolucji Godności na kijowskim Majdanie zaapelowała, aby wszyscy, którzy bezprawnie używali broni, złożyli ją i wkroczyli na drogę pokojowego rozwiązania konfliktu.

 

Podkreślam raz jeszcze, żaden z naszych Kościołów nie wspierał i nie wspiera jakiejkolwiek formy przemocy. Niestety deklaracja w tym punkcie przypomina słowa abp. Hilariona, przewodniczącego Wydziału Zewnętrznych Kontaktów Kościelnych Patriarchatu Moskiewskiego (OWCS), który na Synodzie Biskupów w 2014 r.

 

zaatakował "unitów i schizmatyków", że to oni są przyczyną wojny. Nas bardzo boli to, że jeśli nie mówi się prawdy, to pozwala się na kłamstwo i krzywdę.

 

Deklaracja również zabolała dwa inne Kościoły prawosławne na Ukrainie?

 

- Szczególnie fragment, w którym jest apel o uregulowanie ich sytuacji kanonicznej według obowiązującego prawa. Kościół prawosławny kijowskiego patriarchatu zaproponował, aby w takim razie skierować prośbę do głowy Kościoła katolickiego, by ten pomógł w uregulowaniu ich statusu, co jest powrotem do sytuacji, jaką biskup Rzymu pełnił w pierwszym tysiącleciu niepodzielonego jeszcze chrześcijaństwa. Byłby to powrót do roli arbitra w konfliktach między Kościołami lokalnymi.

 

O tych trzech sprawach rozmawialiśmy z Ojcem Świętym, podkreślając, że poza tymi punktami deklaracja jest bardzo dobra, gdyż mówi o różnych formach możliwej współpracy między Kościołem katolickim i prawosławnym. Niestety w punktach dotyczących Ukrainy tekst może być wykorzystywany w wojnie informacyjnej, jaką prowadzi Rosja.

 

Nie zauważyła tego papieska rada. Tekst dokumentu powinien być wcześniej skonsultowany i wtedy uniknięto by tych nieszczęśliwych sformułowań. Można było go napisać tak, aby przyczynił się do budowania autentycznego pokoju na Ukrainie, a nie wzbudzania niepokoju i nieporozumień.

 

O tych wszystkich sprawach dobrze wie papież Franciszek...

 

- Wie bardzo dobrze. Podkreślił, że deklaracja nie jest tekstem kanonicznym, nie ma żadnego statusu prawnego - jest tekstem otwartym na dyskusję. Powiedział, że nie tylko możemy o nim dyskutować i krytykować, ale nawet mamy obowiązek to robić.

 

Papież podziękował nam za to, że nie milczymy, a wprost domagamy się prawdy w imieniu ukraińskiego narodu, który cierpi.

 

Czy papież zna martyrologię UKGK?

 

- Od dawna zna dzieje naszego Kościoła, gdyż był wychowankiem naszego kapłana ks. Stepana Czmila, a nawet jako student służył mu w czasie liturgii. Wiedział, że nasz Kościół był w Związku Sowieckim prześladowany i działał w podziemiu. Na dobrą znajomość tragicznych dziejów naszego Kościoła wskazuje przesłanie, jakie wystosował do nas z okazji 70. rocznicy "pseudosoboru lwowskiego".

 

Przypomina w nim, że to z woli Stalina zlikwidowano UKGK i wcielono go do Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego, że doszło do tego pod wpływem kontekstu ideologicznego i politycznego, a także idei przeciwnych istnieniu naszego Kościoła. Papież mówi o dziesięcioleciach cierpień pasterzy i wiernych oraz dziękuje nam za świadectwo wiary, jakie daliśmy w czasach komunistycznych prześladowań. Dobrze wie, że Ukraina cierpi nie tylko dziś, ale cierpiała w swojej historii.

 

Jakie kroki należałoby podjąć, aby nastąpił prawdziwy przełom w relacjach Kościoła katolickiego z Patriarchatem Moskiewskim? Jednym z warunków powinno być potępienie przez Rosyjski Kościół Prawosławny pseudosoboru lwowskiego?

 

- Pojednanie nie jest możliwe bez prawdy bez względu na to, jak dalece byłaby ona bolesna. 70. rocznica "pseudosoboru lwowskiego" jest dobrą okazją, aby uzdrowić naszą pamięć, o czym często mówił św. Jan Paweł II. Dziesięć lat temu, gdy obchodziliśmy 60. rocznicę, mój poprzednik kard. Lubomyr Huzar napisał obszerny list do ówczesnego patriarchy moskiewskiego Aleksego II, w którym mówił o bezprawności pseudosoboru i zapraszał do dialogu.

 

Wyjaśnił, dlaczego był on pseudosoborem, nie miał żadnej kanonicznej wartości, a Patriarchat Moskiewski był jedynie instrumentem w rękach Stalina. Zachęcał, aby potępić ten akt, podkreślając, że to nie Rosyjski Kościół Prawosławny jest winien, ale władze stalinowskie. Niestety do tego nie doszło. Otrzymaliśmy odpowiedź z patriarchatu podpisaną przez metropolitę Cyryla, teraz patriarchę, który wtedy pełnił funkcję przewodniczącego OWCS. Napisał, że sobór w 1946 r. był kanoniczny i jeśli my nazywamy go "pseudosoborem", to nie ma o czym mówić i zamykamy dyskusję.

 

Jak przyjął Ksiądz Arcybiskup list prawosławnych intelektualistów, w którym proszą o przebaczenie w 70. rocznicę likwidacji UKGK?

 

- Jest to wielki znak nadziei. List jednoznacznie potępiający pseudosobór ma dla nas wielkie i historyczne znaczenie, o wiele większe niż deklaracja, która jest tekstem do dyskusji, jak powiedział papież Franciszek. List jest znakiem Ducha Świętego, który działa w sumieniach jego sygnatariuszy. Poprzez niego widać, że Bóg jest panem i twórcą historii, a nie ludzie. Musimy jeszcze bardziej docenić wagę tego odważnego kroku prawosławnych duchownych i intelektualistów.

 

W swojej homilii wygłoszonej z okazji 70. rocznicy w katedrze św. Jura we Lwowie odniosłem się do listu i powtórzyłem słynne słowa biskupów polskich do niemieckich: "Wybaczamy i prosimy o wybaczenie". Przypomniałem, że już po raz trzeci wyciągamy dłoń do braci z Patriarchatu Moskiewskiego i wyraziłem nadzieję, że ta ręka po raz kolejny nie zawiśnie w powietrzu. Myślę, że proces uznania win i przebaczenia udzielonego i przyjętego, jak mówił św. Jan Paweł II, będzie drogą autentycznego ekumenizmu.

 

Jak powinien zatem wyglądać autentyczny ekumenizm?

 

- Ekumenizm to nie tylko pokojowa koegzystencja podzielonych Kościołów czy współpraca wobec wroga, o czym mówi deklaracja z Hawany. Ekumenizm to dążenie do całkowitej i widzialnej jedności Kościoła Jezusa Chrystusa, a orędownikiem tej woli naszego Pana jest Następca św. Piotra. Jeśli u początku dialogu ekumenicznego zaprzecza się chęć realizacji zjednoczenia i pojednania, to musimy niestety jeszcze dokonać prawdziwego oczyszczenia chrześcijańskiego sumienia. Podkreślmy, że w jedności Kościołów nie chodzi o uniformizm, ale o jedność w różnorodności, taką, jaką mieliśmy w pierwszym tysiącleciu chrześcijaństwa.

 

Musimy doceniać całe dobro i piękno, jakie posiada każdy z nas. Bezwzględnie doceniamy cały skarb Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego, jego wielką duchowość, martyrologię, wspólną tradycję liturgiczną, teologiczną i kanoniczną. Św. Jan XXIII mówił, że katolików i prawosławnych więcej łączy, niż dzieli.

 

Musimy być szczerzy i otwarci w naszym dążeniu do jedności oraz nie oddawać ekumenizmu w ręce dyplomatów i polityków. Ekumenizm jest cechą autentycznej duchowości. O ekumenizmie trzeba mówić w konfesjonale, głosić z ambon oraz musi on być sposobem naszego codziennego chrześcijańskiego zachowania wobec tych, z którymi nie mamy pełnej i widzialnej jedności.

 

Czy Kościół w Polsce, Polacy wystarczająco pomagają Ukrainie? Czego UKGK oczekiwałby od naszego Kościoła, Polaków w sytuacji, gdy świat zapomniał o waszym kraju?

 

- Przede wszystkim chciałbym podziękować Polakom i Kościołowi rzymskokatolickiemu w Polsce za popieranie Ukrainy, za okazywaną nam bliskość i solidarność. Spośród państw Europy, Polska i Polacy najbardziej nas rozumieją i wspierają. To, o co walczy teraz Ukraina, jest walką "o naszą i waszą wolność". Szczególnie dziękuję Episkopatowi Polski za inicjatywę "partnerstwa parafii".

 

Po raz pierwszy w historii współpraca dotyczy nie tylko parafii rzymskokatolickich, ale także greckokatolickich w Polsce i na Ukrainie. Inicjatywę, którą zapoczątkowano w ubiegłym roku, jeszcze bardziej musimy wcielać w życie i ją zdynamizować. Współpraca pomoże nam też w dziele pojednania między naszymi narodami. Jeśli staniemy razem wobec współczesnych wyzwań i zrozumiemy, że jesteśmy siostrami i braćmi w Chrystusie, to nasze pozytywne kroki do przodu pozwolą uleczyć rany przeszłości.

 

Zapraszamy biskupów, księży, zakonnice i zakonników do naszych parafii i klasztorów. Ukraina na was czeka! My was potrzebujemy! Dziękuję za wszystko, co robicie dla Ukrainy! Dziękuję za modlitwę, a szczególnie tę, która codziennie jest zanoszona o pokój na Ukrainie przez ojców paulinów przed obrazem Matki Bożej na Jasnej Górze.

 

Jak Kościół greckokatolicki przygotowuje się do Światowych Dni Młodzieży? Ilu młodych Ukraińców można się spodziewać w Krakowie?

 

- Jestem jednym z pierwszych, który zarejestrował się na ŚDM. Chciałbym, aby w tym wielkim wydarzeniu wzięli udział wszyscy biskupi z Ukrainy. Często spotykam się z naszą młodzieżą i zachęcam do udziału.

 

Cieszę się, że po raz pierwszy w historii ŚDM język ukraiński jest językiem oficjalnym. Liczę, że do Krakowa przyjedzie z kilkadziesiąt tysięcy młodych Ukraińców, mimo że nasz kraj przeżywa ciężki kryzys ekonomiczny i nie wszystkich stać na opłacenie pobytu.

 

Przy tej okazji pragnę podziękować wszystkim w Polsce, którzy pomagają młodym ludziom z Ukrainy pokryć koszty uczestnictwa w ŚDM. Zrobimy wszystko, aby przyjechało jak najwięcej młodzieży, choćby dlatego że nie wiemy, kiedy ŚDM odbędzie się w kraju położonym tak blisko Ukrainy jak Polska.

 

Wspomóż Nas
Tagi: abp szewczuk

Twoja ocena:

Średnia ocen:

0

Liczba głosów:

0

 

 

Komentarze użytkowników (3)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

maryanlm 11:14:57 | 2016-03-16
Drogi Przyjacielu! Być może nie był na Ukrainie i nie wiem na nasze życie. Kiedy coś komentować, trzeba myśleć.

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

dobrowolski.suprasl 23:35:34 | 2016-03-14
Panie Miłoszu proszę przynajmniej trochę szacunku dla Księdza Metropolity

Oceń 2 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

Miłosz Skrodzki 15:06:00 | 2016-03-14
1. Shevchuk prezentuje zachodni punkt widzenia, podczas gdy chrześcijanin powinien patrzeć "sub specie aeternitatis".
2. PKB Ukrainy nie jest 40-, ale 10-krotnie niższe niż Niemiec (podobnie zresztą jak Rosji). Czy człowiek wierzący może sobie pozwalać na tak wielki brak realizmu?

Oceń 2 2 odpowiedz

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Google
Zaloguj przez Facebook