Pamięć definiuje to, kim jesteśmy, ale czy wszystko warto pamiętać? Smartfony i algorytmy rejestrują każdy nasz krok, tworząc cyfrowy ślad, nad którym łatwo stracić kontrolę. W świecie nieneutralnych technologii i sztucznej inteligencji ratunkiem okazuje się uważność i umiejętność rozeznawania.
W Biblii zmiana zdania to droga do mądrości i fundament nawrócenia. Dlaczego więc w codziennym życiu – a zwłaszcza w świecie zdominowanym przez internetowe algorytmy – przyznanie się do błędu traktujemy jak życiową porażkę?
Od wielu dni dostaję na Instagramie wiadomości z linkami do rolek, które nagrano w sklepach dużej, wciąż rozrastającej się w Polsce, sieci marketów. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że odwiedzam ten sklep regularnie, szczególnie jego dział papierniczy. Jednak nie ten dział budzi tyle emocji moich obserwatorów, ale wystawa ozdób świątecznych. Tak, wiem, że mamy wrzesień. Wiem również, że akcesoria bożonarodzeniowe są tam dostępne już od 2 września. Gdy to zobaczyłam, nie wzbudziło to jednak we mnie żadnych odczuć, choć po reakcjach osób piszących do mnie wiadomości, widzę że nie tyle nas to dziś oburza, co smuci. Ja jednak poszłabym w refleksji o krok dalej…
Wyrok Sądu Apelacyjnego w Gdańsku w sprawie publikacji o ks. Henryku Jankowskim nie kończy pytań, które od lat towarzyszą tej historii. Sąd zakwestionował prawdziwość jednej z opisanych w reportażu historii, ale nie rozstrzygał całości zarzutów dotyczących wykorzystywania małoletnich.
Można mieć dużą rodzinę, wielu przyjaciół i znajomych, ale ciągle żyć w przekonaniu, że dla nikogo nie jesteś na pierwszym miejscu. Takie myślenie kształtują różne życiowe sytuacje, które z biegiem czasu odbierają poczucie sensu i własnej wartości.
Nie brakuje rodziców, którzy zakaz telefonów krytykują. Szczerze rozbawiła mnie zasłyszana pod szkołą rozmowa mamy odbierającej 2 września dziecko z pierwszej klasy, która z oburzeniem mieszającym się z niedowierzaniem dopytywała: „Ale jak to?! Nie możesz nawet wyciągnąć na lekcji telefonu z plecaka?!! To jak ty niby masz sobie sprawdzić, ile minut zostało do końca lekcji?". Ale z nową ustawą trudno dyskutować. Nauczyciel, który jeszcze rok temu był stroną sporu, dziś po prostu stosuje reguły powszechnie obowiązujące. Na przerwy wróciły ping-pong, karty i - przede wszystkim - rozmowy.
Zaglądasz rano do Internetu, przeglądasz serwis informacyjny i od razu wiesz, że w ojczyźnie wszystko jest na swoim miejscu. Internet po raz kolejny stanął w ogniu, a w komentarzach wre gorączkowa dyskusja pod tradycyjnym hasłem: „Prus przewraca się w grobie!”. Wszystko za sprawą nowej, sześcioodcinkowej adaptacji „Lalki” w reżyserii Pawła Maślony na platformie Netflix. Oburzeni widzowie pomstują na zdradę książkowego oryginału, wulgaryzmy, motywy emancypacyjne czy bohaterów sięgających po używki. Słychać głośne okrzyki o profanacji i bezczeszczeniu lektury szkolnej.
Sześć dekad po ogłoszeniu „Nostra aetate” trzy watykańskie Dykasterie przypominają o znaczeniu dialogu i braterstwa międzyreligijnego. Nowa „Droga nadziei” odnosi soborowe przesłanie do świata naznaczonego konfliktami, antysemityzmem i religijną przemocą.
Spotkanie klasowe po 45 latach od matury wydawało się niemożliwe. Powrót do sądeckiego Elektryka po niemal pół wieku przyniósł jednak nie tylko wzruszające odżycie dawnych wspomnień, ale i niezwykłe świadectwo ciągłości wartości, kultury oraz dojrzałej wdzięczności za ukształtowane przed laty więzi.
Nie jestem człowiekiem przyklejonym do smartfona i scrollującym rolki w nieskończoność. Ale zaczęłam na tyle mocno odczuwać skutki uboczne strumienia niekończących się treści, że spędziłam poza social mediami (a w dużej części mediami także) prawie dwa miesiące. Po to, by zrobić eksperyment. Zobaczyć, co się stanie z moim życiem, sprawdzić, czy da się żyć spokojniej tak, jak kiedyś, gdy nie byliśmy nieustannie na bieżąco, telefon był stacjonarny, a komputer nie miał internetu.
Gdy czarne staje się w ustach polityków białe, a białe staje się czarne, społeczeństwo pogrąża się w chaosie. Gdy kaznodzieja w Kościele nazywa nienawiść wobec wrogów miłością do ojczyzny, a miłość do nieprzyjaciół naiwniactwem, zadaje kłam Ewangelii. Spreparowane narracje rzeczywistości nie oszczędzają żadnego środowiska, wpływają na nasze myślenie i w konsekwencji na nasze postawy. Są wszechobecne.
Kilka dni temu umieściłam w social mediach spontaniczny wpis. Taki z serii: myślę i czuję, więc się podzielę. Ów wpis dotyczył spowiedzi, więc spodziewałam się tego, że wywoła jakieś reakcje. Jednak – jak często bywa w takich sytuacjach – nie spodziewałam się, że odzew będzie aż taki… Nie chodzi nawet o to, że ma jakieś kosmiczne ilości wyświetleń (choć na tle pozostałych, bardziej merytorycznych czy niosących jakąś treść, widać ogromną różnicę). Bardziej zaskoczyło mnie to, że część odbiorców poczuła się głęboko dotknięta moimi przemyśleniami. Nie spodziewałam się, że wzbudzą w nich jakiś rodzaj zazdrości czy złości. Zszokowało mnie to, że inni wierzący będą za wszelką cenę próbować mi umniejszyć i udowodnić jaka ze mnie słaba katoliczka.
Kościół nie może być dziełem samych duchownych. Potrzebuje zaangażowania świeckich, ale także gotowości księży do dzielenia się odpowiedzialnością i zadaniami. W ostatnich dniach o tej wzajemnej zależności mówili abp Adrian Galbas i kard. Grzegorz Ryś. Ich słowa skłaniają do postawienia pytania, czy w Kościele naprawdę umiemy działać razem.
Wydaje się, że bycie pomocnym zawsze niesie za sobą pozytywne skutki. A jednak może okazać się, że w oczach otoczenia pomoc stała się już twoją powinnością. Do głowy coraz częściej przychodzą wtedy myśli, że może lepiej się nie wychylać. A problem ten zaczyna się już w niejednej rodzinie, w której obowiązki między dziećmi rozkładane są nierówno.
To była niedzielna Msza „dla dzieci". Siedzieliśmy na niej całą naszą sześcioosobową rodziną, a nasz najmłodszy synek po cichu bawił się na ławce małym resorakiem. Jakie to jest budujące, że można być jako rodzina na Eucharystii i że dziecko ma szansę naturalnie wrastać we wspólnotę Kościoła - myślałam sobie. I wtedy starsza pani z sąsiedniej ławki odwróciła się do synka z gniewnym wyrazem twarzy i teatralnym szeptem syknęła: “To nie przedszkole!”
Przypadek kanału archidiecezji łódzkiej pokazuje z całą jaskrawością sprawę wykorzystywania przez Kościół w Polsce internetu i dostępnych w nim narzędzi. Czas na zmianę podejścia.
Czasy, w których przyszło nam żyć są bardzo wymagające. Nie tylko dlatego, że doświadczamy konfliktów i napięć na skalę globalną. Że pojawiają się zagrożenia o niespotykanej wcześniej w historii raptowności. Wiele z tych wyzwań zdecydowanie przekracza to, co najwięksi twórcy fantastyki naukowej, literatury czy kinematografii byli w stanie przewidzieć. A to staje dzisiaj przed każdym z nas i domaga się jakiejś odpowiedzi.
Niepostrzeżenie zaczyna w nas, ludziach, narastać uczucie przytłoczenia wszechobecnymi algorytmami. Traktujemy je już jako część życia: przestały nas bulwersować reklamy kontekstowe wyświetlające się na bazie treści z ostatniej rozmowy telefonicznej albo prowadzonej w pobliżu naszego smartfona. Przestajemy zauważać, jak AI ściemnia nam w wyszukiwarce, podając wyniki niezgodne z rzeczywistością jako prawdziwe, w stylu wszechwiedzącego eksperta.
Gdy chodziłem jeszcze do szkoły, wydawało mi się, że bałwochwalstwo to temat należący do przeszłości. Nauczyciel historii przekonywał, że złote cielce, przed którymi klękały starożytne plemiona, przetrwały najwyżej w lasach Amazonii. W naszych cywilizowanych miastach triumfował oświecony socjalizm. Kilkanaście lat później cały świat oglądał upadek tego kolosa.
Zaczął się nowy rok szkolny i formacyjny, więc w parafiach pojawiają się ogłoszenia o przygotowaniach do sakramentów pierwszej spowiedzi i Komunii Świętej. Dla rodziców to rok pełen wyzwań, ale niejednokrotnie też ogromnej nadziei na ożywienie i pogłębienie relacji z Bogiem, choć do tego drugiego potrzeba nas – innych, zaangażowanych w Kościele ludzi świeckich.
{{ article.description }}