Jak nawróciła się legendarna działaczka proaborcyjna?

(fot. youtube.com)

Parę dni temu w wieku 69 lat zmarła na serce Norma McCorvey. O ile w Polsce zaledwie garstka osób kojarzy jej nazwisko, głównie ze wzmianki przy okazji filmu "Doonby", w którym gościnnie wystąpiła, w Stanach Zjednoczonych znana jest chyba niemal każdej Amerykance zainteresowanej tym, co się dokoła niej dzieje.

 

Chociażby z tego powodu, że w pierwszej części życia Norma McCorvey występowała pod sztandarem pro-choice, a w drugiej - począwszy od późnych lat 90. - działała w szeregach pro-life.


Kim była? Norma Nelson pochodziła z biednej rodziny, której klimat nie sprzyjał uporządkowanemu życiu. Urodziła się w małym miasteczku w Luizjanie, ale rodzice niedługo potem przenieśli się do Teksasu. Ojciec, którego Norma bardzo kochała, rzadko był obecny w jej życiu. Matka, kobieta atrakcyjna, nie była wzorem cnót rodzinnych i nie dała córce żadnego ciepła. Miała słabość do pierworodnego opóźnionego umysłowo syna, a Normę pędziła, nie szczędząc jej razów przy byle okazji.

 

Norma zakończyła edukację na dziewiątej klasie, miewała drobne konflikty z prawem, lądowała w zakładach poprawczych. Otoczenie ją deprawowało, mężczyźni i kobiety wykorzystywali seksualnie. Jako naiwna nastolatka wplątała się w krótkotrwałe małżeństwo, ale kiedy mąż dotkliwie ją pobił na wiadomość, że jest w ciąży, uciekła do matki. Złożyła papiery rozwodowe, zachowała jednak nazwisko. Urodziła cόrkę, ktόrej wychowanie w wyniku niefortunnego zamętu przejęła prawnie jej matka. Norma paliła papierosy, piła, nawiązywała przelotne związki. Drugie dziecko w pełni świadomie oddała do adopcji. I tak dochodzimy do kolejnej, trzeciej ciąży.


Norma ma 22 lata. Za wszelką cenę chce od ciąży uciec i twierdzi, że nie wie nawet, co znaczy aborcja. Jesteśmy w Teksasie w 1970 roku. Obowiązuje tu zakaz przerywania ciąży. (W niektórych stanach można jej dokonać legalnie, ale dla wielu kobiet koszty podróży i zabiegu stanowią nieraz barierę nie do przekroczenia). Lekarz kieruje ją do adwokata specjalizującego się w adopcjach, a ten do dwóch niewiele od niej starszych prawniczek. Poszukują one osoby mogącej posłużyć jako powódka w sprawie sądowej o obalenie prawa zakazującego aborcji, bo krzywdzi ono mieszkanki Teksasu.

 

Owe dwie młode prawniczki, koleżanki ze studiów, mają ambitny plan. Do pozwu potrzebna jest kobieta w ciąży, zdeterminowana, bez pieniędzy. W desperacji, dla większego efektu, Norma kłamie, że ciąża jest wynikiem gwałtu. Od strony prawnej nie ma to znaczenia, bo chodzi o prawo do aborcji w każdej sytuacji, ale od strony wizerunkowej - tak. Norma decyduje się na propozycję prawniczek, udziela swojej osoby, podpisuje pełnomocnictwo, ale dla zachowania prywatności w sądowych papierach figuruje jako "Jane Roe". Stąd też jedna z najgłośniejszych spraw w amerykańskim sądownictwie funkcjonować będzie pod kryptonimem "Roe v. Wade" - "Roe przeciw Wade", bo Henry Wade jest prokuratorem okręgowym, stojącym z urzędu na straży prawa obowiązującego w Teksasie. Nieco później prawniczki nadają sprawie charakter powództwa zbiorowego. Potem pozew "Roe v. Wade" rozszerza się na cały kraj. Sprawa trafia do Sądu Najwyższego. Ten jej nie odrzuca, postanawia rozpatrzyć.


Po blisko trzech latach, 22 stycznia 1973 roku, Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych wydaje historyczne orzeczenie. Aborcja zostaje uznana w USA za legalną przez cały okres ciąży, jakkolwiek w gestii poszczególnych stanów pozostają przepisy co do spraw organizacyjnych w kwestii aborcji w drugim i trzecim trymestrze ciąży. Sąd Najwyższy uznaje, że większość przepisów zakazujących aborcji stanowi naruszenie konstytucyjnego prawa do ochrony prywatności, negując tym samym ingerencję państwa w tej dziedzinie.

 

Decyzja Sądu Najwyższego USA (przy siedmiu głosach "za" i dwu głosach przeciwnych) czyni wolny dostęp do aborcji "fundamentalnym prawem konstytucyjnym" każdej kobiety. Co roku, dokładnie 22 stycznia, działacze pracujący na rzecz ochrony życia organizują ogólnokrajowy marsz w Waszyngtonie. Bywa, że niezależnie od pogody, nieraz przy trzaskającym mrozie, gromadzi on około pół miliona uczestników. Nie wyprzedzajmy jednak zdarzeń.


Tymczasem Norma McCorvey urodziła dziecko i natychmiast oddała je do anonimowej adopcji. (Wspomina wstrząs, jakiego doznała, kiedy tuż po porodzie przez przeoczenie pielęgniarka przyniosła jej noworodka). Podejmowała prόby samobόjcze. Miotała się, sięgając po alkohol, narkotyki, seks. Pozostawiona sama sobie usiłowała jakoś się odnaleźć, na swόj sposόb prowadzić "unormowane" życie. Chwytała się prac dorywczych. Sprzątała, malowała domy. Doświadczywszy od mężczyzn samych krzywd i upokorzeń, związała się ze starszą od siebie o kilkanaście lat partnerką Connie.


O historycznym werdykcie sądu dowiedziała się z gazety. Kiedy w latach 80. ujawniła się jako Roe, poczuła się bardziej zauważona i ważna. Potem jednak musiała wrócić na ziemię. Podczas gdy prawniczki od "Roe" nie kryły faktu, że jej rola była z gruntu symboliczna (ani razu nie zeznawała w sądzie), inne radykalne feministki przyznały, że w szeregach proaborcyjnych jej nie dowartościowano. Niewątpliwie miała na tym punkcie kompleks.


Razem z partnerką Connie podjęły pracę w "klinice" aborcyjnej "Wybόr dla Kobiet". Norma była tam odpowiedzialna za obsługę telefoniczną klientek, doradztwo i marketing. Choć irytowała ją nieco stawka godzinowa, bardzo niska w stosunku do uposażenia aborcjonisty mającego sposoby, aby jeszcze zawyżyć swoje honorarium, była zadowolona i oddana tej pracy bez reszty. Bo jak powiedziała kiedyś reporterowi, jedyny problem, jakim żyje - je, oddycha i myśli - to aborcja.


Aż do czasu, kiedy jej życie diametralnie się zmieniło.


Norma McCorvey jest autorką dwu autobiograficznych książek. Pierwszą - "To ja jestem Roe" (napisaną wraz z Andym Meislerem) - opublikowano w 1994 roku, kiedy to z pewnym poślizgiem środowiska proaborcyjne celebrowały dwudziestą rocznicę prawnego zwycięstwa. Kilka lat później, w roku 1997, wyszła druga autobiografia Normy, napisana z Garym Thomasem. Nosi tytuł "Won by Love", w dosłownym tłumaczeniu "Zwyciężona przez miłość". Przesłanie obu bardziej nie mogłoby się już rόżnić.

 

Właśnie w połowie lat 90., w ciągu kilkunastu miesięcy między ukazaniem się obu autobiografii, nastąpił przełom w życiu Normy McCorvey, legendarnej postaci z historycznej sprawy sądowej "Roe v. Wade". Jak do tego doszło?


Część budyneczku kliniki aborcyjnej, w której pracowała Norma, wynajął - w dość nieoczekiwany sposób, bo sytuacja do prostych nie należała - oddział Operation Rescue (Operacja Ratunek), głośnej, najbardziej bezkompromisowej antyaborcyjnej organizacji środowiska ewangelickiego. W pierwszej chwili Norma nie posiadała się ze złości. Na jej drodze, i to w bezpośrednim sąsiedztwie, zjawili się najwięksi przeciwnicy ideologiczni. Bała się o bezpieczeństwo fizyczne, swoje i Connie. A miała powód, ponieważ wcześniej ich dom i samochód ostrzelał jakiś antyaborcyjny fanatyk. Osłaniając ją, Connie prawdopodobnie uratowała jej wtedy życie. Bardzo Normę ubodło, kiedy w trakcie spotkania połączonego z podpisywaniem książki "To ja jestem Roe" pastor ewangelicki Flip (Filip) Benham, szef owego oddziału Operation Rescue, zawołał z sali: "A jak to jest, kiedy ma się na sumieniu ponad 30 milionów dzieci zabitych w wyniku aborcji?".


Swoimi protestami działacze Operation Rescue potrafili zatruć życie! Zajmowali parking i chodnik, rozdawali ulotki, modlili się, szukali kontaktu z osobami przychodzącymi do kliniki na zabieg. Coraz częściej dochodziło do przepychanek i awantur z udziałem policji, ktόra zjawiała się w mgnieniu oka na każde wezwanie aborcjonistόw. Bo trzeba dodać, że proaborcyjna strona nie stała z założonymi rękami. Jej aktywiści ruszyli do boju, uzyskując z czasem coraz ostrzejsze przepisy prawne utrudniające protesty proliferόw.


Nie od razu, ale jednak powoli coś w pani Normie, jak lubiła być nazywana, drgnęło. Najpierw, w proliferach, w których wcześniej widziała zionące nienawiścią potwory, zobaczyła normalnych ludzi. Kiedyś Flip Benham,  w czasie sąsiedzkiej przerwy na papieroska, wspomniał o swoim dawnym upodobaniu do koncertów rockowych. Okazało się także, że w przeszłości był zwolennikiem aborcji. Kiedy McCorvey przekomarzała się z nim, ironizując: "Proszę, proszę, nie sądziłam, że jest pan grzesznikiem", odpowiedział: "I to wielkim grzesznikiem, pani Normo, ale zbawionym przez wielkiego Boga".
 
O ile ciągle jeszcze była odporna na rozumowe antyaborcyjne wywody, jej serce miękło. Może największy wyłom w postawie Normy zrobiła córeczka jednej z prolifowych działaczek Operation Rescue, siedmioletnia Emily, "mała ewangelizatorka", jak ją później nazwała Norma. Emily na każdym kroku okazywała jej sympatię, nie szczędziła czułych gestów. Normę to niezwykle ujęło. Spędzały z sobą coraz więcej czasu. Gdy Norma zapewniała ją kiedyś, że nie pozwoliłaby skrzywdzić dziecka, Emily zaraz odparowała: "To dlaczego pani pozwala, żeby w klinice zabijano dzieci?". Matka Emily słyszała, jak córeczka każdego rana modliła się: "Boże, nie pozwόl zabijać dzieci i spraw, żeby był koniec z aborcją. I pomóż pani Normie przyjść do Jezusa". Bojąc się, by się nie rozczarowała, tłumaczyła małej: "Bóg zawsze nas wysłuchuje, ale wybór należy do pani Normy. Może nie pόjdzie za Jezusem. To będzie jej wina, nie Boga". Ale Emily nie rezygnowała i wierzyła. Ponawiała prośby, by pani Norma wybrała się z nią do kościoła.
 
Kiedy na kolejną z rzędu prośbę Emily Norma, która pod wpływem delikatnych posunięć działaczy Operation zaczęła sięgać do Biblii, poszła wreszcie na niedzielne nabożeństwo w kościele ewangelickim w jego trakcie publicznie oświadczyła, że wybiera Boga i chce iść za Nim. Tym gestem stała się born-again. Miesiąc później została ochrzczona przez zanurzenie w przydomowym basenie jednego z ewangelików. Zdjęcie z tej uroczystości obiegło światową prasę. Proliferzy nie kryli radości: "Sztandarowa postać z proaborcyjnego afisza uciekła im właśnie z plakatu".


W ciągu następnych kilku miesięcy 6 osόb, w tym Norma i Connie, która również została świadomą chrześcijanką, przestało pracować w klinice "Wybόr dla Kobiet".


Norma McCorvey miewała jeszcze potknięcia. Na początku neofitka nie zawsze dobrze radziła sobie w wystąpieniach telewizyjnych czy rozmowach pod presją dziennikarzy z reguły chcących ją zdyskredytować. Techniki te opisała w książce "Won by Love". Szczególnie bolały ją nagabywania o jej lesbijski związek, ktόry - choć go wcześniej nie skrywała - do tej pory nie był punktem zainteresowania. Teraz jej zapewnienia, że od lat jej przyjaźń z Connie nie ma już seksualnego charakteru, nie były przyjmowane do wiadomości.


Przekonanie Normy o absolutnej świętości ludzkiego życia przyszło w odpowiedzi na plakat pokazujący rozwój embrionu ludzkiego. Wreszcie dotarło do niej hasło: Aborcja zatrzymuje bicie serca. Musiała pożegnać się z wieloletnią propagandą, że w zabiegu chodzi o "przywrócenie miesiączki", "usunięcie grudki tkanek" czy "produktu poczęcia". Nie miała już problemu z uznaniem za prawdziwe innego hasła proliferόw: Aborcja nie powoduje, że można twierdzić, iż ciąży nie było. Aborcja sprawia, że kobieta jest matką zabitego dziecka. Zgodziła się z opinią, iż złudą jest twierdzenie, że aborcja wyzwala.

 

Pόźniej tak to ujęła: "Dopiero, kiedy odnowiło się moje serce, prawda o tym, czym jest aborcja, mogła dotrzeć do mojego umysłu. Teraz nie ma już odwrotu. W stu procentach przekonana jestem do Jezusa i w stu procentach jestem za życiem. Bez wyjątku. Bez ustępstw". Za cud uważała, że dane jej było przełamać życiową traumę, ktόra polegała na oporze w kontaktach z dziećmi. Zaczęła dzieci kochać.


W sensie duchowym Norma dojrzewała. Na stronie nowo założonej fundacji "Roe No More" (Już Nie Roe) w 1998 roku napisała: "Z radością zawiadamiam, że po wielu miesiącach modlitwy postanowiłam przyłączyć się do macierzystego Kościoła chrześcijaństwa, czyli Kościoła katolickiego". Kiedy nabrała przekonania, że słyszy głos Boga mówiącego do niej, że "niedługo z Nim będzie", przestraszyła się, bo wydało się jej, że ma to rozumieć jako zapowiedź rychłej śmierci.

 

Zwróciła się z prośbą o pomoc do księdza Franka Pavone, stojącego na czele katolickiej organizacji "Kapłani za życiem", którego znała już z działalności pro-life. Odpowiedział jej, żeby się nie zamartwiała. On nie wie, co by to miało znaczyć, ale radzi jej się modlić i prosić Boga o wyjaśnienie. Bo jeśli to przekaz autentyczny, to Bόg da jej odpowiedź. W końcu doszła do wniosku, że oznacza to, że ma "pokonać CAŁĄ drogę do Jego domu", czyli do Kościoła założonego przez samego Jezusa. (Przy innej okazji wspominała, jak jej matka, wprawdzie tylko nominalna katoliczka, w dzieciństwie zostawiała ją czasem samą na mszy ze słowami: "Pamiętaj, Kościół katolicki jest pierwszym Kościołem"). W sierpniu 1998 roku McCorvey przyjęła sakrament bierzmowania i Eucharystii w kościele św. Tomasza z Akwinu w Dallas. Wspominała, jak wielkie było to dla niej przeżycie. Czuła, że choć ogromnie zawiniła, Bόg jej przebaczył. Na tym stwierdzeniu nie poprzestała i robiła wszystko, aby sytuację odwrόcić.


Podobnie jak wcześniej, gdy przyjęła chrześcijaństwo i środowisko proaborcyjne starało się zrobić z "renegatki" koniunkturalistkę, twierdząc, że powodowana była chęcią medialnego rozgłosu, tak teraz spotkała się z oburzeniem części ewangelików, którzy z nią zerwali. Ona jednak już wcześniej uważała, że postawa pro-life powinna być par excellence ekumeniczna. Jeden jest Bóg, a ona może być łączniczką między katolikami i protestantami.


Kiedy zrozumiała, że w ruchu pro-life chodzi o to, by nie rozrywać łączności między matką a dzieckiem, szczególną troską otoczyła ośrodki pomocy kobietom w ciąży. (W tej chwili w Stanach jest ich więcej niż klinik aborcyjnych). Od lat podróżowała po Stanach i świecie ze swoim świadectwem i przesłaniem w obronie życia. Byłam kilkanaście lat temu na jej spotkaniu ze studentami na jednym z waszyngtońskich uniwersytetów. Mówiła przekonywająco, spokojnie, szczerze, z pokorą.


W 1998 roku Norma McCorvey złożyła w Kongresie takie oświadczenie: "To mój pseudonim, Jane Roe, posłużył, aby jak za dotknięciem prawniczej różdżki wyczarować «prawo» do aborcji. Ale Sarah Weddington i Linda Coffee [prawniczki, które sporządziły pozew "Roe v. Wade" - przypis JPM] nigdy mi nie powiedziały, że 15, 20 lat później będą do mnie przychodziły kobiety ze słowami: «Wielkie dzięki, że za pani sprawą mogłam mieć 5 czy 6 aborcji. Bez pani nie byłoby to możliwe».

 

Sarah nigdy nie wspomniała o kobietach, które będą traktowały aborcję jako środek kontroli urodzeń". W 2004 roku McCorvey wniosła do sądu sprawę o odrzucenie orzeczenia z 1973 roku ("McCorvey v. Hill"), powołując się na świadectwa, że aborcja jest dla kobiet szkodliwa. Argumentowała, że ma prawo wystąpić o to, ponieważ była stroną w pierwotnym procesie. W pewnych kwestiach sąd przyznał jej nawet rację, ale sprawę uznano za przedawnioną. W 2004 roku założyła fundację "Crossing Over Ministry".


Pod koniec życia rozstała się z Connie, którą zajęła się rodzina, i przeniosła się do Houston, żeby być bliżej córki Melissy, która była przy jej śmierci.


Zaprzyjaźniony z nią ks. Pavone podsumował: "Wiem, co Norma McCorvey chciałaby powiedzieć w sytuacji, kiedy po tylu latach decyzja w sprawie «Roe v. Wade» nie schodzi z pierwszych stron gazet. Chciałaby powiedzieć: «Hej, wy wszyscy, poznajcie moją historię»".


W pierwszej autobiografii - tej gloryfikującej "wolny wybόr kobiety" - napisała: "W najbardziej szalonych, mrocznych, zwariowanych, bolesnych momentach mojego życia szukam tego, czego wszyscy inni - szczęścia, bezpieczeństwa, miłości".


Pamiętajmy, że chociaż pisała to, kiedy swoje życie oddała sprawie proaborcyjnej, nie był to wcale koniec jej historii.

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

4.79

Liczba głosów:

29

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Google
Zaloguj przez Facebook