Czy dla cudzego komfortu mam ukrywać moje szczęśliwe małżeństwo?

Czy dla cudzego komfortu mam ukrywać moje szczęśliwe małżeństwo?
Fot. Depositphotos.com

Doświadczam w ostatnich dniach bardzo cierpkiej konsekwencji dzielenia się swoją wiarą. Z racji trwającej kampanii społecznej „Tydzień Małżeństwa” w różnych miejscach i mediach świadczę o tym, co oznacza dla mnie osobiście życie w małżeństwie. W efekcie spotykam się z bardzo różnymi, głównie negatywnymi reakcjami: od pretensji i żalów, przez frustracje, po – nierzadko – hejt w czystej postaci.

Podczas ostatniej, niedzielnej Mszy zatrzymało mnie szczególnie Słowo: „Nie bądźcie zgorszeniem ani dla Żydów, ani dla Greków, ani dla Kościoła Bożego, podobnie jak ja, który się staram przypodobać wszystkim, pod każdym względem, szukając nie własnej korzyści, lecz dobra wielu, aby byli zbawieni” (1 Kor 10, 32-33). W pierwszym odruchu pomyślałam, że w dzisiejszych czasach bardzo trudno jest żyć tak, by kogoś nie gorszyć swoim zachowaniem. Osoba wierząca zarówno wśród niewierzących znajdzie takich, których będzie razić swoją życiową postawą, jak i w kościelnych kręgach natknie się na takich, którzy ochoczo skrytykują jej sposób wyznawania wiary. Zresztą nawet zdrowy rozsądek podpowiada, że próba przypodobania się wszystkim z góry skazana jest na porażkę i może nieść ze sobą szereg zagrożeń, których ostatecznym wynikiem jest zazwyczaj to, że traci się poczucie własnej wartości i tożsamość. Święty Paweł oczywiście precyzuje, że chodzi o to, by swoim życiem szukać dobra wielu. Ale „wielu” - to nie „wszyscy”.

Dlaczego pisanie o wierności małżeńskiej wywołuje negatywne emocje?

Doświadczam w ostatnich dniach bardzo cierpkiej konsekwencji dzielenia się swoją wiarą. Z racji trwającej kampanii społecznej „Tydzień Małżeństwa” w różnych miejscach i mediach świadczę o tym, co oznacza dla mnie osobiście życie w małżeństwie. W efekcie spotykam się z bardzo różnymi, głównie negatywnymi reakcjami: od pretensji i żalów, przez frustracje, po – nierzadko – hejt w czystej postaci. Najbardziej zadziwia mnie to, że pisanie o jedności i wierności małżeńskiej wywołuje negatywne emocje tam, gdzie się tego zupełnie nie spodziewałam. Bo to, że zagorzali antyklerykałowie będą krzyczeć o „ciemiężących wolność pomysłach Kościoła”, to wiadomo. Ale okazuje się, że pisanie o pięknie małżeństwa boli też osoby z rozbitych rodzin, związki niesakramentalne i ludzi uwikłanych w niezdrowe relacje. Spotkałam się również z głosami osób działających aktywnie w środowisku kościelnym, które wskazywały, że mówienie o blaskach życia w małżeństwie może utrwalać stereotypowe myślenie o kobiecej ścieżce życia…

Czy mam ukrywać to, że jestem w małżeństwie szczęśliwa? 

Czy zatem to, że żyję w sakramentalnym małżeństwie, jako szczęśliwa, spełniona żona, ma być moim powodem do wstydu? Czy gorszę tym ludzi? Czy mam milczeć o tym, że w sakramentalnym związku doświadczam dobra, radości i pokoju? Ukrywać to, że czuję się pobłogosławiona życiem, które jest mi dane przeżywać u boku mojego Męża? A może powinnam szukać jakiejś formuły, w której w zależności od adresata – będę albo koncentrować się na moich osobistych zmaganiach, trudach i cierpieniach związanych (nieodzownie) z wyborem każdego powołania, albo po prostu w trosce, by bliźniego nie wprawiać w żaden dyskomfort będę unikać jasnych deklaracji, że nie przypadkiem wybrałam Pana Boga na fundament mojego związku i jestem w tym szczęśliwa? Czy naprawdę każde rekolekcje dla narzeczonych mają się odbywać pod hasłem: „Kurs zniechęcenia do małżeństwa”? No nie. Nie! Wierzę, że Chrystus wzywa nas, by iść przez życie, dobrze czyniąc i dzielić się Dobrem, które od Niego tak hojnie dostajemy. Ja wybrałam życie w małżeństwie i każdego dnia na własnej skórze przekonuję się, że takie powołanie może dawać ogromne szczęście i poczucie satysfakcji. Nie chcę tego ukrywać!

DEON.PL POLECA

Czy małżeństwo zawsze musi oznaczać kryzys?

Zaprosiłam niedawno małżonków, którzy obserwują moje konto na Instagramie, do podzielenia się krótkimi myślami na temat tego, co im osobiście daje małżeństwo. Pojawiło się wiele pięknych argumentów (znajdziecie je u mnie w wyróżnionej relacji, zapraszam). To, co mnie jednak zaniepokoiło, to gros prywatnych wiadomości, które właściwie streścić można jednym zdaniem: „Wiesz co, niby znam odpowiedź, ale nie umiem znaleźć słów, które wyrażą to, dlaczego sądzę, że warto”. Pomyślałam: kiepsko. I przypomniałam sobie fragment starej piosenki religijnej: „Jakże wierzyć Temu, którego się nie słyszy, jak usłyszeć Słowo, kiedy nikt nie głosi”. Bo pewnie, że trudno ogrom dobra płynącego z sakramentu upchać w kilkudziesięciu znakach. Ale jeżeli na hasło „małżeństwo” nie mamy naturalnych, odruchowych, pozytywnych nasuwających się słów, to jak przekonamy do tego powołania tych, którzy od maleńkości karmią się syntetycznymi komunikatami na TikToku, Twitterze czy Snapchacie? Zanurzeni w wirtualnym świecie młodzi bombardowani zewsząd prostym skojarzeniem: „małżeństwo=kryzys” mają nagle sami z siebie uwierzyć, że wierna, wyłączna i sakramentalna Miłość jest drogą błogosławieństwa, piękna i spełnienia? Obawiam się, że to nawet nie jest pobożne życzenie. Takie myślenie, to czysta głupota.

Misja szczęśliwych małżeństw: mówić innym o tym, co jest dobre w ich związkach

Kilka lat temu na pewnych rekolekcjach małżeńskich prowadzący zapytał nas, czy jako małżeństwo mamy taki moment w roku, w którym siadamy i wspólnie zastanawiamy się (rozeznajemy), jaką misję w świecie mamy w danym momencie do spełnienia. Zauważył, że warto to robić cyklicznie, bo nic w świecie nie jest dane raz na zawsze, a i my, jako małżonkowie, nieustannie się zmieniamy. Taka praktyka otwiera nas jednak na innych i pozwala odkrywać sens życia w jego nieograniczonym bogactwie. Gdyby choć część z nas, katolickich, zwykłych, spełnionych, stąpających twardo po ziemi, a nie latających w oparach różowych serduszek małżeństw, zechciała znaleźć kilka prostych, ważnych dla siebie zalet bycia w związku małżeńskim, a następnie werbalizować je jak najczęściej w rozmowie z własnymi dziećmi, z sąsiadami i znajomymi w pracy, może nie mielibyśmy tak galopujących statystyk erozji instytucji małżeństwa. To naprawdę nie jest ani misja na miarę podboju kosmosu, ani misja straceńcza. Ale to może być malutki krok do zbudowania piękniejszego świata, w którym troski i bolączki nie streszczają całej prawdy o życiu.

 

Żona, mama, córka, z zawodu animatorka społeczności lokalnych, z zamiłowania doktorka nauk społecznych, w wolnych chwilach pisze bloga "Dobra Wnuczka" i prowadzi konto na Instagramie. Razem z mężem od lat zaangażowana w Ruch Spotkań Małżeńskich i wrocławską Wspólnotę Jednego Ducha. 

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Betty Drescher, John Drescher

Każdy dzień to okazja, żeby pokochać na nowo

Jedną z najtrafniejszych definicji miłości wypowiedział ktoś, kto miał za sobą wiele lat małżeństwa: „Miłość jest tym wszystkim, przez co się razem przeszło”.

John i Betty Drescherowie...

Skomentuj artykuł

Czy dla cudzego komfortu mam ukrywać moje szczęśliwe małżeństwo?
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.