Na dobranoc i dzień dobry - Łk 2, 22-35

Na dobranoc i dzień dobry - Łk 2, 22-35
(fot. rubyblossom. / flickr.com / CC BY-NC-SA 2.0)
Logo źródła: Na dobranoc Mariusz Han SJ

Ofiarować to, co ma się najlepsze…

Ofiarowanie w świątyni

Gdy upłynęły dni ich oczyszczenia według Prawa Mojżeszowego, przynieśli Je do Jerozolimy, aby Je przedstawić Panu. Tak bowiem jest napisane w Prawie Pańskim: Każde pierworodne dziecko płci męskiej będzie poświęcone Panu. Mieli również złożyć w ofierze parę synogarlic albo dwa młode gołębie, zgodnie z przepisem Prawa Pańskiego. A żył w Jerozolimie człowiek, imieniem Symeon. Był to człowiek sprawiedliwy i pobożny, wyczekiwał pociechy Izraela, a Duch Święty spoczywał na nim. Jemu Duch Święty objawił, że nie ujrzy śmierci, aż zobaczy Mesjasza Pańskiego. Za natchnieniem więc Ducha przyszedł do świątyni.

A gdy Rodzice wnosili Dzieciątko Jezus, aby postąpić z Nim według zwyczaju Prawa, on wziął Je w objęcia, błogosławił Boga i mówił: Teraz, o Władco, pozwól odejść słudze Twemu w pokoju, według Twojego słowa. Bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie, któreś przygotował wobec wszystkich narodów: światło na oświecenie pogan i chwałę ludu Twego, Izraela. A Jego ojciec i Matka dziwili się temu, co o Nim mówiono. Symeon zaś błogosławił Ich i rzekł do Maryi, Matki Jego: Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu, i na znak, któremu sprzeciwiać się będą. A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu.

DEON.PL POLECA

Opowiadanie pt. "Teraz i ja w to wierzę"

Mężczyzna, o którym będzie mowa nazywał się Thord Oeveraas. Wyprostowany, pełen dumy i dostojeństwa stanął pewnego dnia w kancelarii księdza. - Urodził mi się syn - powiedział - i chciałbym go ochrzcić.- Jak ma mieć na imię? - Finn, jak mój ojciec. - A chrzestni?

Padły nazwiska najzacniejszych - mężczyzny i kobiety z jego rodziny. - Coś jeszcze? - zapytał ksiądz i podniósł wzrok. Chłop stał nadal. - Pragnąłbym go ochrzcić oddzielnie - powiedział. - To znaczy w tygodniu?- W przyszłą sobotę o dwunastej, w samo południe. -Jeszcze coś? - zapytał ksiądz. - To wszystko. - Chłop zmiął czapkę w rękach, jak gdyby chciał odejść. Wówczas duchowny wstał. - To jeszcze - powiedział i skierował się wprost do Thorda, uścisnął mu rękę i patrząc prosto w oczy dodał - daj Boże, żeby dziecko stało się dla ciebie błogosławieństwem.

Szesnaście lat później Thord stanął znów w kancelarii księdza. - Trzymasz się dobrze, Thord - powiedział proboszcz, nie dostrzegając w wyglądzie parafianina żadnych zmian.- Nie mam żadnych trosk - odparł.

Ksiądz przemilczał odpowiedź. Później jednak zapytał: - Jaką sprawę masz dziś wieczorem?- Dzisiaj przybywam z powodu mego syna, który ma przystąpić do bierzmowania. - To jest pojętny chłopak. - Nie chciałbym księdza opłacać, zanim nie usłyszę, w którym miejscu przed ołtarzem będzie stał mój syn.- Będzie stał na pierwszym miejscu. - Rozumiem, a tu jest dziesięć talarów dla księdza. - Coś jeszcze? - zapytał ksiądz i spojrzał na Thorda. - To wszystko. Thord wyszedł.

Znów minęło osiem lat. Pewnego dnia przed plebanią dała się słyszeć wrzawa, weszła gromadka mężczyzn, a na ich czele Thord. - Przychodzisz dzisiaj z licznym orszakiem - zagadnął ksiądz.- Pragnę zamówić ślub mego syna. Będzie się żenił z Karen Storliden, córką Gudmunda, który stoi obok mnie. - To najbogatsza dziewczyna w całej parafii. - Tak mówią - odparł chłop i jedną ręką odgarnął włosy. Ksiądz dłuższy czas siedział w głębokiej zadumie, lecz nie wypowiedział ani słowa, tylko wpisywał nazwiska do swoich ksiąg, a mężczyźni składali podpisy. Thord położył trzy talary na stole.- Wystarczy jeden.- Dobrze wiem, ale to moje jedyne dziecko i chciałbym rzecz załatwić dobrze.

Ksiądz przyjął datek. - To już trzeci raz Thordzie, kiedy tu przychodzisz z powodu swego syna.-Teraz też jestem z nim skwitowany - powiedział Thord. Schował portfel, powiedział "do widzenia" i wyszedł. Mężczyźni pomału wychodzili za nim.

Czternaście dni później ojciec z synem wiosłowali przy spokojnej pogodzie przez fiord do Storlidenów, aby omówić przebieg wesela.- Siedzenie leży źle pode mną, porusza się - powiedział syn i wstał, żeby je ułożyć jak należy. W tej samej chwili deska, na której stał, obsunęła się. Wyrzucił ręce do góry, - wydał krzyk i wpadł do wody. - Trzymaj się wiosła - woła ojciec, wstaje i usiłuje podać wiosło synowi. Ten kilka razy daremnie je łapał. Nagle zdrętwiał.- Poczekaj chwilę! - zawołał ojciec i powiosłował bliżej. Syn zachłysnął się, zdążył jeszcze rzucić ojcu przeciągłe spojrzenie i poszedł pod wodę. Thord nie chciał uwierzyć. Odrętwiałym wzrokiem patrzył w miejsce, w którym syn skrył się pod powierzchnią, jak gdyby wierząc, że musi wrócić. Kilka baniek powietrza podniosło się do góry i jeszcze kilka, a potem już tylko jedna jedyna, która pękła, po czym woda fiordu znów leżała równo, jak lustro.

Trzy dni i trzy długie noce ludzie widzieli ojca na tamtym miejscu, jak wiosłował tam i z powrotem, nie jedząc i nie śpiąc. Bosakiem szukał ciała swego syna. Rankiem trzeciego dnia znalazł je i zaniósł przez wzgórze do swojej zagrody.

Od tego dnia minął zapewne cały rok. Ksiądz usłyszał któregoś jesiennego wieczoru chrobot poruszanej klamki. - Otworzył drzwi i do środka wszedł rosły, pochylony mocno do przodu mężczyzna, wychudły, z białym włosem. Był nim Thord. - Tak późno przychodzisz? - zapytał ksiądz i zatrzymał się przed nim. - Ach tak, przychodzę późno - powiedział Thord i usiadł. Milczenie trwało długo. Potem gość powiedział:- Przyniosłem coś ze sobą, co chciałbym ofiarować biednym. To ma być fundacja dobroczynna nosząca imię mego syna.

Wstał, położył pieniądze na stół i ponownie usiadł. - To dużo pieniędzy.- To wartość połowy mojego gospodarstwa, które dzisiaj sprzedałem.

Ksiądz długo siedział w milczeniu. Wreszcie zapytał, ale delikatnie: - Co teraz zamierzasz, Thord? - Coś lepszego. Czas jakiś siedzieli. Oczy Thorda wbite były w podłogę, księdza spoczywały na nim. Ksiądz powiedział wolno i spokojnie: - Myślę, że teraz syn twój stał się wreszcie dla ciebie błogosławieństwem. - Tak, teraz i ja w to wierzę - odparł Thord, podniósł wzrok i dwie łzy spłynęły mu po twarzy.

Refleksja

Kiedy coś ofiarujemy drugiej osobie, wtedy niech to co dajemy, będzie jak najlepsze. Nie musi to coś mieć dużej wartości materialnej, ale przede wszystkim niech to będzie ogromny dar serca, wynikający z miłości do drugiego człowieka…

Chrystus ofiarował swoje życie za nas, abyśmy my, napełnieni Jego Duchem,  obdarowywali innych ludzi sobą samym, zwłaszcza tym, co mamy najcenniejsze, czyli nasze serce. Tylko człowiek, który kocha, może pomóc i widzieć ludzką biedę i nieszczęście. Widząc sercem, widzimy lepiej też naszymi oczami… 

3 pytania na dobranoc i dzień dobry

1. Czy dajesz drugiej osobie tylko to, co posiadasz najlepsze?
2. Czym jest dar "widzenia sercem"?
3. Co znaczą dla Ciebie słowa: "Miłuj bliźniego, jak siebie samego"?

I tak na koniec...

"Całkiem niedawno wyjęto kulę z serca komuś, kto nigdy nie był na wojnie" (Henri Michaux)

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Na dobranoc i dzień dobry - Łk 2, 22-35
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.