Kapłanem nie zostaje się w pojedynkę

Kapłanem nie zostaje się w pojedynkę
(fot. Grzegorz Gałązka)
Logo źródła: Przewodnik Katolicki Krzysztof Bronk "Radio Watykańskie" / "Przewodnik Katolicki"

Kiedy przed rokiem dobiegał końca Rok Kapłański, spodziewano się, że jego uroczystą kulminacją będzie ogłoszenie św. Jana Vianneya patronem wszystkich kapłanów. Zapowiadali to wysoko postawieni hierarchowie. Ten papieski akt znalazł się nawet w programie rzymskich uroczystości na zakończenie Roku... Papież zadecydował jednak inaczej.

 

W 60. rocznicę święceń kapłańskich Benedykta XVI

 

Św. Jan pozostał patronem proboszczów. Jak później wyjaśniano, Benedykt XVI doszedł do wniosku, że Proboszcz z Ars nie wyczerpuje całego bogactwa kapłańskiego życia. Innymi słowy, bycie proboszczem, duszpasterstwo w parafii to nie wszystko. Istnieją też inne formy realizacji kapłańskiego powołania. 60 lat posługi Josepha Ratzingera jest tego najlepszym przykładem. W parafii pracował zaledwie rok. Potem powrócił, czy raczej przywrócono go, do duszpasterstwa wbrew jego oczekiwaniom, kiedy na pięć lat został arcybiskupem Monachium i Fryzyngi, a następnie w 78. roku życia – papieżem.

Nigdy jednak nie miał wątpliwości, że we wszystkim tym był po prostu kapłanem. Przyznał to otwarcie, gdy pewnego dnia przyszło mu wyjaśniać swe arcybiskupie zawołanie: Cooperatoeres veritatis – współpracownicy prawdy. „Wydawało mi się, że tymi słowami mogę dobrze wyrazić ciągłość między moim poprzednim zajęciem i nowym zadaniem. Pomimo wszystkich różnic zawsze była to i nadal pozostaje ta sama rzecz: iść za prawdą i oddać się jej na służbę” – pisał kard. Ratzinger w 1997 r. Jego kapłaństwo wyrażało się zatem w wypełnianiu tego zadania, które Kościół mu powierzył.

Przeznaczenie Augustyna

„Byłem przekonany, że moim powołaniem jest bycie naukowcem, nic innego” – przyznał kiedyś papież, opisując swój trudny powrót do duszpasterstwa w 50. roku życia. O tym, co wtedy przeżywał i jak rozumiał swe kapłańskie powołanie, opowiedział też nie wprost na przykładzie św. Augustyna, swego teologicznego mistrza z przełomu IV i V w. I jego spotkał bowiem podobny los. „Początkowo Augustyn – opowiadał przed czterema laty papież swym seminarzystom z diecezji rzymskiej – chciał prowadzić życie wyłącznie kontemplacyjne, chciał pisać książki filozoficzne... ale Pan tego nie chciał; sprawił, że został kapłanem i biskupem, i w ten sposób dalsze jego życie, jego działalność przebiegały zasadniczo w dialogu z bardzo prostymi ludźmi. Musiał on zawsze z jednej strony osobiście odkrywać znaczenie Pisma, a z drugiej uwzględniać zdolności tych ludzi, kontekst ich życia, by jego chrześcijaństwo było realistyczne, a zarazem bardzo głębokie”.

To samo spotkało również Josepha Ratzingera. Jego kapłaństwo wyrażało się właśnie w czynieniu tego, czego „Pan chciał”: jako wikary, potem przez ponad 20 lat jako teolog, kolejnych pięć lat jako arcybiskup, ćwierć wieku w Watykanie jako szef Kongregacji Nauki Wiary i bliski współpracownik Jana Pawła II, i w końcu na starość na Stolicy Piotrowej jako papież

Na początku była liturgia

Powróćmy jednak do początków. Geneza powołania jest dość niejasna. Czasami można wręcz odnieść wrażenie, że Joseph Ratzinger stał się księdzem przez przypadek. Dowiadujemy się bowiem, że do seminarium wstąpił za radą proboszcza, idąc w ślady brata... Starszy o trzy lata brat papieża, ks. Georg Ratzinger, zapytany o te tajemnicze okoliczności wstąpienia do seminarium, odpowiedział: „Obaj byliśmy ministrantami, służyliśmy do Mszy. Wcześnie stało się dla nas jasne, najpierw dla mnie, potem dla niego, że nasze życie oddamy na służbę Kościołowi”. A zatem liturgia. Tu są źródła.

Sam Joseph Ratzinger niejednokrotnie wspominał, że jego dzieciństwo i młodość przypadły na czas odnowy liturgicznej. Tej przedsoborowej. A zatem reformy, która nie sprowadzała się jedynie do banalnej wymiany Mszałów czy postawienia nowego ołtarza w prezbiterium. W tym czasie odnowa liturgii polegała na jej wyjaśnianiu i wtajemniczaniu w nią. Pomagały w tym mszaliki i książki do nabożeństwa. Nie zabrakło ich również w domu państwa Ratzingerów. „Nasi rodzice – wspomina papież – od najmłodszych lat przyzwyczaili nas do wnikania w liturgię: mieliśmy modlitewnik dla dzieci, taki odpowiednik mszaliku z obrazkami, które ukazywały przebieg akcji liturgicznej. Dzięki temu mogliśmy ją dobrze śledzić. Każdy kolejny krok w głębię liturgii był dla mnie wielkim wydarzeniem. Wspaniała przygoda stopniowego wkraczania w tajemniczy świat liturgii, która dokonywała się tu, na ołtarzu, przed nami i dla nas. Coraz jaśniej rozumiałem, że dotykałem tu rzeczywistości, której nikt nie wymyślił, która nie była dziełem jakiejkolwiek władzy, czy jednej, wielkiej osobistości. Ten tajemniczy splot tekstów i działań wyrósł na przestrzeni wieków z wiary Kościoła”.

Warto dodać, że owa urzekająca liturgia, z jaką Joseph Ratzinger spotkał się w swym dzieciństwie, nie bała się wielkiej chrześcijańskiej kultury, która z niej czerpała inspirację. Przy okazji częstych dziś koncertów muzyki poważnej w Watykanie Benedykt XVI niejednokrotnie przyznaje, że z wielką muzyką spotkał się właśnie w swym małomiasteczkowym kościółku w Traunstein i że były to jedne z najwznioślejszych doświadczeń w jego życiu.

Fascynacja liturgią, służba ołtarza była zatem dla Josepha Ratzingera naturalną drogą do seminarium. Powołanie dojrzewało jednak dalej. Benedykt XVI zwierzył się z tego dzisiejszej młodzieży, w przesłaniu na tegoroczny ŚDM w Madrycie: „Stosunkowo wcześnie zdałem sobie sprawę z powołania kapłańskiego, które Pan mi wyznaczył. Jednak później, po wojnie, gdy podczas studiów w seminarium i na uniwersytecie kierowałem się już ku temu celowi, musiałem odnowić swoje przekonanie. Musiałem zadać sobie pytanie: czy rzeczywiście jest to ścieżka, którą powinienem obrać? Czy naprawdę taka jest wola Boża wobec mnie? Czy będę w stanie pozostać Mu wiernym, całkowicie oddanym Jemu i Jego służbie? Taka decyzja nie przychodzi łatwo, cierpimy z jej powodu. I nie może być inaczej. Jednak potem nadeszła pewność: tak właśnie ma być! Tak, Jezus mnie woła i sam da mi siłę. Słuchając Go i podążając za Nim, stanę się naprawdę sobą. Nie ma znaczenia spełnianie się moich pragnień, lecz Jego wola. W ten sposób życie staje się prawdziwe”.

Pod prąd duchowi czasów

Trzeba pamiętać, że powołanie Josepha Ratzingera dojrzewało w mrocznych latach nazizmu. „Moje lata młodzieńcze – zwierzał się kilka lat temu młodym Amerykanom – zostały zniszczone przez złowrogi reżim, który uważał, że posiada wszelkie odpowiedzi; jego wpływ wzrastał, przenikając do szkół i instytucji obywatelskich, jak również do polityki, a nawet do religii, zanim został uznany w całej swej pełni za potwora, którym był w istocie”. Z kolei w liście do seminarzystów przytacza inny epizod, pokazujący, że młody kleryk już wtedy pojmował swą przyszłość w kategoriach posługi poranionemu społeczeństwu: „W grudniu 1944 r., kiedy zostałem powołany do służby wojskowej, dowódca kompanii pytał każdego z nas, w jakim zawodzie chciałby pracować w przyszłości. Odpowiedziałem, że chcę zostać kapłanem katolickim. Podporucznik odparł: No to musi pan poszukać sobie czegoś innego. W nowych Niemczech księży nie będzie potrzeba. Wiedziałem, że to już koniec nowych Niemiec i że po ogromnych zniszczeniach, jakie to szaleństwo spowodowało w całym kraju, bardziej niż kiedykolwiek będą potrzebni kapłani”.

U źródeł kapłańskiego powołania dzisiejszego papieża stały też właściwe dla młodych ideały i aspiracje. W cytowanym już przesłaniu na madryckie spotkanie Benedykt XVI wspomina: „Patrząc w przeszłość, przede wszystkim pamiętam, iż nie chcieliśmy zadowolić się zwyczajnym życiem klasy średniej. Dążyliśmy do większych, nowych idei. Pragnęliśmy odkryć sedno życia, jego wspaniałość i piękno. W dużej mierze postawa ta była wynikiem czasów, w których żyliśmy. Podczas wojny i dyktatury nazistowskiej byliśmy w pewnym sensie stłamszeni przez strukturę władzy dominującej. Chcieliśmy więc wyswobodzić się, by odkryć pełnię możliwości ludzkich”.

W dobrym seminarium

Lata seminaryjne Benedykt XVI wspomina z wielką nostalgią. Jak wyznał pół wieku później swym własnym klerykom w Rzymie, w seminarium spotkał wspaniałych profesorów, wszedł na drogę modlitwy, nauczył się porządku w pracy. Tam również narodziły się jego wielkie intelektualne i duchowe fascynacje: Augustynem i Bonawenturą. Znajdował też czas na poznanie literatury światowej.

Pod koniec formacji seminaryjnej młody Joseph Ratzinger staje przed poważnym dylematem, o którym wspomniałem już na wstępie. Być duszpasterzem czy naukowcem? Po skończeniu przedostatniego roku studiów zaproponowano mu udział w konkursie o możliwość podjęcia studiów doktoranckich. Na konkurs trzeba jednak przygotować poważną pracę. Tymczasem w seminarium rozpoczyna się ostatnia prosta przed święceniami, ostatni rok formacji poświęcony duszpasterstwu. Młodemu klerykowi bardzo na tym zależy. Z drugiej strony marzy o kontynuowaniu studiów. Boi się, że dwóm rzeczom nie podoła. Zaniedba przygotowanie duszpasterskie. Ostatecznie jednak podejmuje wyzwanie i wygrywa. Jak później wyzna, było to możliwe dzięki oparciu, jakie znalazł w rodzeństwie. Starszy brat ułatwiał mu życie w seminarium, wyręczał go w niektórych obowiązkach, siostra zaś redagowała i przepisywała na czysto jego pracę. „Kapłanem nie zostaje się w pojedynkę” – napisze później Benedykt XVI.

Dzień święceń

Święcenia kapłańskie otrzymał razem z bratem. 29 czerwca 1951 r. na Świętych Piotra i Pawła. Ks. Georg Ratzinger tak wspomina to wydarzenie: „Był to bardzo radosny dzień. Byliśmy bardzo wzruszeni. Piękna pogoda wprawiła nas w dobry humor. Było nas ponad czterdziestu. Razem przygotowywaliśmy się do święceń. Wszyscy byliśmy zadowoleni, bo oto osiągaliśmy cel, do którego przygotowywaliśmy się przez lata i którego bardzo pragnęliśmy. Teraz miało się to stać. Weszliśmy do katedry Fryzyngi. Jej wielka dzwonnica już wcześnie rano zbudziła całe miasto i stworzyła świąteczną atmosferę”.

Kiedy Benedykt XVI przybył do tej katedry już jako papież w 2006 r., powrócił pamięcią do tamtych wydarzeń. „Gdy leżałem tutaj na posadzce, a dokoła mnie rozlegały się wezwania Litanii do Wszystkich Świętych i byłem jakby objęty wstawiennictwem wszystkich świętych, uświadamiałem sobie, że na tej drodze nie jesteśmy sami, lecz że wielka rzesza świętych idzie razem z nami, a święci żyjący – wierni dnia dzisiejszego i jutrzejszego – wspomagają nas i nam towarzyszą. Potem nadeszła chwila nałożenia rąk, i w końcu, gdy kard. Faulaber zawołał: «Iam non dico vos servos, sed amicos – Już nie nazywam was sługami, lecz przyjaciółmi», doświadczyłem tego, że święcenia kapłańskie włączają mnie we wspólnotę przyjaciół Jezusa”.

Kilka lat wcześniej wspominając swoje święcenia w autobiografii, kard. Ratzinger zwrócił uwagę na inny epizod, a mianowicie na fakt, że w chwili, gdy arcybiskup Fryzyngi nakładał na niego ręce, z głównego ołtarza poderwał się do lotu mały ptaszek i zaczął śpiewać. „Dla mnie – napisał ówczesny prefekt Kongregacji Nauki Wiary ­– był to jakby głos z wysoka, który mi mówił: dobrze, że to się dzieje, jesteś na właściwej drodze”.

Wikary w Monachium

Wspominając genezę 60-letniej już posługi kapłańskiej Josepha Ratzingera, warto wspomnieć jeszcze o jego pierwszej i jedynej jak dotąd pracy na parafii. Zaraz po święceniach jako wikary trafił na rok do burżuazyjnej dzielnicy Monachium. A chociaż w tym czasie powołań jeszcze nie brakowało, wraz z nim zostało wyświęconych ponad 40 seminarzystów, ks. wikarusz Ratzinger musiał pracować wcale nie mniej niż dzisiejsi kapłani w kryzysowych regionach Kościoła: w niedzielę co najmniej dwie Msze z dwiema różnymi homiliami; 16 godzin katechezy w tygodniu; godzina spowiedzi codziennie rano, a w sobotę cztery godziny; ponadto całe duszpasterstwo młodzieży, co tydzień kilka pogrzebów, a okazjonalnie również chrzty i śluby. Słowem, nie kapłan, ale dystrybutor sakramentów – jakby powiedzieli dzisiaj dekonstruktorzy Kościoła masowego. Młody wikary rozumiał to jednak inaczej. Przede wszystkim za sprawą proboszcza, który dał mu wzór kapłańskiego poświęcenia. Sam zmarł kilka lat później, niosąc wiatyk umierającemu.

Tak wyglądały początki kapłaństwa Josepha Ratzingera. Po rocznym doświadczeniu pracy parafialnej dzisiejszy papież w pełni zaangażował się w posługę teologa. Nie oznacza to, że zwykłe duszpasterskie sprawy stały się mu obce. Benedykt XVI chętnie o nich rozmawia, kiedy spotyka się z księżmi. Odpowiadając na ich pytania, z pokorą przyznaje: „wy macie większe doświadczenie”, „jakże miałbym was pouczać”. Ale nie uchyla się od odpowiedzi. Pokazuje tym samym, że duszpasterstwo leży mu na sercu. Ma je dobrze przemyślane. Stara się pomóc swym braciom kapłanom, dzieląc się z nimi swą teologiczną wiedzą i mądrością. Przekonany, że kapłaństwo w każdej swej postaci to w gruncie rzeczy jedna i ta sama rzecz: „iść za prawdą i oddać się jej na służbę”.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Tematy w artykule

Skomentuj artykuł

Kapłanem nie zostaje się w pojedynkę
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.