Unia Europejska na miarę możliwości

Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

ZOBACZ TAKŻE

Brak rozpoznawalnego w całej Unii i na świecie lidera zjednoczonej Europy oznacza dalsze kłopoty z tożsamością Wspólnoty, ale Rompuy ma przed sobą dwa i pół roku kadencji, by pokazać, czym prezydent Unii właściwie jest - pisze Jakub Halcewicz-Pleskaczewski.

 

W czwartek wieczorem przywódcy 27 krajów wybrali na szczycie w Brukseli chadeckiego premiera Belgii Hermana Van Rompuya na pierwszego stałego przewodniczącego Rady Europejskiej, a brytyjską baronessę Catherine Ashton z Partii Pracy na wysokiego przedstawiciela Unii ds. zagranicznych i polityki bezpieczeństwa.


Oba stanowiska powstają w wyniku Traktatu z Lizbony, który wchodzi w życie 1 grudnia. To koniec pewnego etapu refleksji nad kształtem Unii. Efekt żmudnych prac i trudnych kompromisów, które dla wielu zakończyły się sukcesem.

 

Od wielu lat toczyły się dyskusje nad reorganizacją i usprawnieniem unijnych instytucji. Już w grudniu 2001 r. powstał Konwent Europejski, który miał opracować propozycję konstytucji dla Wspólnoty. Konwent pod przewodnictwem Valéry'ego Giscard d'Estaing zakończył prace w lipcu 2003 r. Rok później Traktat ustanawiający Konstytucję dla Europy podpisali przywódcy państw UE. Niestety w referendach odrzuciły go Francja i Holandia. W końcu 13 grudnia 2007 r. podpisany został traktat lizboński – czyli Traktat z Lizbony zmieniający Traktat o Unii Europejskiej i Traktat ustanawiający Wspólnotę Europejską, potocznie zwany traktatem reformującym. I tym razem nie obyło się bez kłopotów: traktat odrzucili w referendum Irlandczycy (zmienili zdanie po powtórnym głosowaniu rok później), ze złożeniem podpisu pod dokumentem zwlekali prezydenci Czech i Polski.


Ta historia pokazuje kilka rzeczy. Po pierwsze, Unia Europejska potrafi się dogadać. Mimo długoletniej dyskusji, a czasem pełnego namiętności sporu (pamiętamy np. hasło Jana Rokity „Nicea albo śmierć”) europejska integracja postępuje.


Po drugie, eurosceptycy mogą spać spokojnie. Przeciwnicy zarówno Konstytucji Europejskiej, jak i Traktatu z Lizbony roztaczali przed nami wizję Unii jako superpaństwa, w którym głos narodowych reprezentacji straci znaczenie, a tożsamości narodowe rozmyją się w postmodernistycznym tworze politycznym. Wybór Hermana Van Rompuya na stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej, potocznie – prezydenta Unii – świadczy o tym, że na prezydenta-lidera, uosobienie władzy wykonawczej zjednoczonej Europy jeszcze za wcześnie. Powszechne podkreślanie u Rompuya takich zalet jak umiejętność szukania kompromisu i godzenia stron (np. Flamandów i Walonów w Belgii) to jednocześnie wyraz oczekiwania, że będzie on sprawnym organizatorem spotkań i negocjacji europejskich przywódców. To nie Tony Blair, który mógłby mówić silnym głosem.


Po trzecie jednak brak rozpoznawalnego w całej Unii i na świecie lidera zjednoczonej Europy oznacza dalsze kłopoty z tożsamością Wspólnoty. Mówił o nich np. Jerzy Buzek w wywiadzie dla Przeglądu Powszechnego dwa miesiące przed wyborem na przewodniczącego Parlamentu Europejskiego: o słabej identyfikacji Europejczyków z instytucjami Wspólnoty, małym zainteresowaniu mediów. Symboliczne znaczenie prezydenta wybieranego za zamkniętymi drzwiami jest w oczach przeciętnych obywateli Unii niewielkie. Ale Rompuy ma przed sobą dwa i pół roku kadencji, by pokazać, czym prezydent Unii właściwie jest.

 

Czytaj dalej...

Twoja ocena:

Średnia ocen:

0

Liczba głosów:

0

Komentarze użytkowników (0)

Dodaj komentarz

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?