Grzech? A co to takiego?

Wacław Oszajca SJ

(fot. Jesse Wagstaff / flickr.com / CC BY)

ZOBACZ TAKŻE

Grzech? Czyli co? Dajmy sobie spokój, poza paroma nawiedzeńcami, kogo to dzisiaj jeszcze obchodzi? Grzech, wszędzie grzech, wszystko grzech! Jeszcze się dobrze człowiek nie ruszy, a już popełni tysiąc grzechów i jeden.

 

Nie żartuję, pamiętam czasy, kiedy mówiono, że prezbiter, po odprawieniu mszy, wychodził z kościoła bardziej grzeszny niż był przede mszą. Obrzędy mszy były obwarowane tyloma przypisami, że nie daj Boże. Począwszy od tego, jak i kiedy należy łączyć palec wskazujący z kciukiem, przez liczbę krzyżyków nad kielichem, a skończywszy na tym, ile kropel wody należało dodać do wina, by ono było nadal winem, albo też ile uncji mięsa można było zjeść w piątek i nie złamać postu. Natomiast o normach regulujących życie seksualne wolę nie wspominać, bo się wstydzę. Było, przeszło, całkiem jednak nie przeminęło, skoro biskup Rzymu Franciszek przestrzega Kościół przed "intelektualistami bez talentu", moralistami, "etykami bez dobroci", przed chrześcijanami, którym "o pięknie nie ma co wspominać, bo nic z niego nie rozumieją". Zapewne chodzi papieżowi o ludzi, którzy chcieliby chrześcijaństwo sprowadzić, zredukować do jakiegoś mniej lub bardziej skomplikowanego kodeksu zasad moralnych. Najkrócej mówiąc do wtłoczenia ludzkiej wolności do klatki zbudowanej z wolno i nie wolno.

 


Papież Franciszek mówi: Jestem grzesznikiem. To jest najtrafniejsza definicja. To zaskakujące słowa, bo - choć jesteśmy grzesznikami - mało kto z nas chce się do tego przyznać. Czy taka deklaracja Ojca Świętego nie działa deprymująco na nas, maluczkich? Co to znaczy - grzeszyć? Kto jest grzesznikiem? Czy można nie grzeszyć? A może grzech z definicji wpisany jest w naturę człowieka? W czasie adwentu zapraszamy do lektury naszego cyklu. Temat i problematykę grzechu na warsztat wzięli jezuici - Wacław Oszajca, Stanisław Biel, Dariusz Piórkowski, Wojciech Żmudziński, Wojciech Werhun, Marcin Baran, Jacek Siepsiak oraz Piotr Kropisz.


 

Trochę etymologii

 

Słowo grzech dzisiaj znaczy wiele lub nic. Zależy to od tego, kto się nim posługuje. Ma ono jednak długą i tajemniczą historię. W internetowej "Poradni językowej" czytamy, iż ogólnosłowiański termin grzech powstał w okresie przedchrześcijańskim, na co wskazuje używanie omawianego wyrazu w znaczeniu błąd, pomyłka, uchybienie, zwłaszcza w związku ze słownictwem rolniczym i tkackim, na przykład w niektórych polskich dialektach występują takie słowa jak grzecha, ogrzech, czyli wolny pas w zasiewie na polu lub kawałek ziemi, który przez nieuwagę oracza nie został zaorany. Słowo grzech znaczy również: chybić, nie trafić celu, rozminąć się z czymś, podążać niewłaściwą drogą, oraz stan bezbożności, niewierność, niedotrzymanie umowy wynikające z tego, że człowiek nie szanuje woli Boga. Jednym słowem słowo grzech to przepaść bez dna, dlatego trzeba doń podchodzić ostrożnie, z rozwagą i nie nadużywać.

 

Ma też to słowo swoją tajemnicę, niezgłębioną tajemnicę, gdyż mówi o rzeczywistości korzeniami sięgającej najbliższego otoczenia Boga. Pierwszego grzechu dopuścili się najpierw aniołowie, a ludzie dopiero po nich. Jeśli tak, to myśląc o grzechu, dobrze jest pójść za radą Ignacego z Loyoli i na przykład rachunek sumienia rozpoczynać nie od liczenia i ważenia grzechów, ale od poszukiwania tego, czego Bóg od nas oczekiwał, do czego zapraszał, co proponował i co z tą Bożą inicjatywą człowiek zrobił. Takie podejście sprawia, że zaczynamy też rozumieć dlaczego nie mamy pełnej odpowiedzi na pytanie: Skąd zło? Osławione Unde malum? Brak stuprocentowo pewnej odpowiedzi jednak nas nie martwi, przeciwnie, pozwala na zło i grzech popatrzeć z nadzieją. Skoro jego korzenie, jak wspomniano, sięgają samego najbliższego otoczenia Boga, to i zadowalająca odpowiedź może przyjść tylko z Tamtej Strony.

 

Grzech lekki, ciężki, śmiertelny…

 

Liczenie i ważenie grzechów sprawa to niełatwa, a można rzec, że nie zawsze i nie każdemu potrzebna. Niech sobie nad tym łamią głowę fachowcy, teologowie moraliści byle z talentem, z miłością i wrażliwością na piękne strony ludzkiego żywota. A że sprawa nie jest łatwa, a wszelkiego rodzaju kazuistów stawia w trudnej sytuacji, świadczy przypadek Piotra Apostoła. Mówimy, że po aresztowaniu, czy też podczas procesu Piotr zaparł się Jezusa. To znaczy wyparł się nie tylko tego, że jest Jego zwolennikiem i uczniem, ale oświadczył, że Jezusa nigdy na oczy nie widział, ani też cokolwiek o Nim słyszał. Takie zachowanie pierwszym odruchu  gotowi jesteśmy osadzać jak najostrzej i surowo potępić. Jeśli tak, to proszę powiedzieć, jaki grzech popełnił apostoł? Ciężki? Lekki? Śmiertelny? A może "nieśmiertelny", bo przeciwko Duchowi Świętemu.

 

Piotr, grzesznik? Czemu nie. A może jednak nie grzesznik? Może jednak Piotr nie popełnił żadnego grzechu? Przeciwnie, zachował się jak należy, odpowiednio do okoliczności w jakich się znalazł. Wyobraźmy sobie taką oto sytuację. Mamy stan wojenny, nasz dobry znajomy drukuje, oczywiście nielegalnie, prasę solidarnościową. Któregoś dnia przydarza mu się wpadka. Milicja, areszt, rewizja i w ręce milicjantów wpada jego kalendarz z naszym nazwiskiem i adresem. Po godzinie w drzwiach naszego mieszkania staje esbek i bez pardonu wpycha się do pokoju. Pierwsze o co pyta, a właściwie oświadcza nam, że ten a ten został aresztowany, grozi mu ileś lat więzienia i najrozsądniej będzie, jeśli od razu powiemy, co nas z zatrzymanym łączy. Oczywiście mówimy, że nic, nigdy, że owszem, gdzieś tam żeśmy się spotkali, ale tylko tyle i tak dalej. Mówiąc tak postępujemy, można powiedzieć, zgodnie z instrukcją. Na tego typu śledztwie nie mówiło się prawdy. Nic nie widziałem, nic nie wiem, nic nie słyszałem. Tak też postąpił Piotr i nie sposób stawiać mu z tego powodu jakiekolwiek zarzuty. A jednak…

 

A jednak… "Piotr przypomniał sobie słowa Jezusa, który powiedział: <<Zanim kogut zapieje, ty trzykroć się Mnie zaprzesz>>. I wyszedłszy za bramę gorzko zapłakał." (Mt 26, 75) Dlaczego? Nad kim płacze Piotr? Nad sobą? Nad Jezusem? Nad oprawcami Jezusa? Nad swoją szczerą i pobożną, a jednak zbyt zuchwałą gorliwością? Czy może, niby małe dziecko, płacze z bezsilności wobec tego, co nań spadło? Może? Może tak, może inaczej, ale jedno można powiedzieć bez obawy popełnienia grubego błędu - tak w człowieku płacze jego nieszczęście, tak się płacze z miłości.       

 

Korzeń grzeszności albo grzech pierworodny

 

Grzech pierworodny? Każdy o nim słyszał i wielu widziało, na obrazach oczywiście, ale i w niejednym kabarecie, jak to Ewa podkrada Panu Bogu jabłka i podkarmia nimi Adama. Ot, rzecz śmiechu warta. A nawet biblijna wersja owego wydarzenia, która co najmniej od czasów Darwina, wydaje się nam mocno podejrzana, też wypada niezbyt przekonująco. I słusznie. Każdy paleontolog nam powie, że żadnego Edenu nigdy nie było, a zjawiliśmy się na tej Ziemi, jak każdy inny stworzenie, dzięki ewolucji. Natomiast czy ewolucja to proces samoczynny, czy może jest sposobem działania Boga, to już inna sprawa. Dlatego chcąc ten biblijny opis (właściwie dwa opisy, jeden starszy, drugi młodszy, jeden bardziej poetycki, literacko i teologicznie przetworzony, drugi prostszy) możliwie dokładnie odczytać, trzeba się odwołać się do innych tekstów Biblii, na przykład do Listu Pawła Apostoła do Rzymian - Rz 7, 18-25.  

 

Paweł mówi: "Jestem bowiem świadom, że we mnie, to jest w moim ciele, nie mieszka dobro; bo łatwo przychodzi mi chcieć tego, co dobre, ale wykonać - nie. Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię to zło, którego nie chcę. Jeżeli zaś czynię to, czego nie chcę, już nie ja to czynię, ale grzech, który we mnie mieszka. A zatem stwierdzam w sobie to prawo, że gdy chcę czynić dobro, narzuca mi się zło. Albowiem wewnętrzny człowiek [we mnie] ma upodobanie zgodne z Prawem Bożym. W członkach zaś moich spostrzegam prawo inne, które toczy walkę z prawem mojego umysłu i podbija mnie w niewolę pod prawo grzechu mieszkającego w moich członkach. Nieszczęsny ja człowiek! Któż mnie wyzwoli z ciała, [co wiedzie ku] tej śmierci? Dzięki niech będą Bogu przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego! Tak więc umysłem służę Prawu Bożemu, ciałem zaś - prawu grzechu."

 

Patrząc w świetle tego cytatu na opis z Księgi Rodzaju łatwo dojść do przekonania, że nie chodzi w nim o historyczne wydarzenia, które da się jakoś tam umiejscowić w czasie i przestrzeni, ale chodzi o teraźniejszość, o to co przeżywali zarówno nasi praojcowie jak i o to co dzieje się w nas dzisiaj, tu i teraz. Bycie obciążonym grzechotem pierworodnym, bycie grzesznikiem, nie musi zaraz oznaczać, że człowiek jest do imentu zepsuty, podły, zdemoralizowany w mniejszym lub większym stopniu. Człowiek grzeszny nie znaczy człowiek zły, jak mówi biskup Rzymu Franciszek, ale znający dobrze siebie i wiedzący, że jest słaby, tak jak to mówi Apostoł Paweł. Ta słabość jednak nie jest nieszczęściem, przeciwnie, jest atutem, szansą, można rzec błogosławieństwem. Człowiek uznający siebie za słabego, tym samym, jak mówi Franciszek, otwiera się na innych ludzi, a w rezultacie na Boga. Prosi o przebaczenie, ale jednocześnie sam uczy się przebaczać. Prosi o pomoc, ale i sam spieszy z pomocą. Cierpi z powodu przewinień, ale też tym mocniej cieszy się życiem. Kocha czas, nie boi się przemijania, bo wie, że nic z tego co dobre nie przeminie. Wszystko jest w ręku Boga, również szatan i zło. Nie boi się też przyszłości, ale pokładając nadzieję w tym, że Bóg jest Panem czasu, dlatego wierzy i ufa, że najlepsze, najprawdziwsze, najpiękniejsze, czyli najważniejsze, jest wciąż przed nami. To pewnie dlatego Czesław Miłosz ma odwagę powiedzieć:

 

"Ktokolwiek uważa za normalny porządek rzeczy,

w którym silni tryumfują, słabi giną, a życie kończy się śmiercią,

godzi się na diabelskie panowanie.

(…)

Kto pokłada ufność w Jezusie Chrystusie, oczekuje Jego przyjścia

i końca świata, kiedy pierwsze niebo i pierwsza ziemia

przeminą i śmierci już nie będzie."

 

A zatem nie do grzechu należy świat i ostatnie słowo, ale do Tego, który "narodził się tej nocy" by "nas wyrwać z Czarta mocy". Chciałoby się więc do wiersza Miłosza dorzucić zdanie przywołanego powyżej Listu Pawła Apostoła: "Dzięki niech będą Bogu przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego!".                 

 

 

 

Czytaj dalej...

Twoja ocena:

Średnia ocen:

4.19

Liczba głosów:

32

Komentarze użytkowników (19)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

~Dominique 20:01:38 | 2013-12-16
Hmmm....
Może Jezus Chrystus to też tylko taka metafora? I zmartwychwstanie też?

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~Dominique 19:45:17 | 2013-12-16
Znaczycie się grzech pierworodny, biblijny, to taka metafora? Czyli Jezus Chrystus umarł za metaforę na krzyżu?

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~Aniela Salawa 17:13:26 | 2013-12-03
Lepiej jest dla mnie znosić wszystkie cierpienia i udręczenia, i oschłości, i pokój, i ciemności, i głód, i zimno, i wszystkie fizyczne cierpienia niż najmniejszym grzechem Pana Boga obrazić.

Jak wielkim złem jest grzech, nawet lekki, skoro Pan dla niego tak wiele wycierpiał.

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~Faustyna 17:08:10 | 2013-12-03
. Kiedy przyszłam do siebie nie mogłam ochłonąć z przerażenia, jak strasznie tam cierpią dusze, toteż jeszcze się goręcej modlę o nawrócenie grzeszników, ustawicznie wzywam miłosierdzia Bożego dla nich. O mój Jezu, wolę do końca świata konać w największych katuszach, aniżeli bym miała cię obrazić najmniejszym grzechem.” (Dzienniczek II, 741)

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~Bożena 10:24:27 | 2013-12-03
 .....tak w człowieku płacze jego nieszczęście, tak się płacze z miłości.  

Pozdrawiam serdecznie. o.Wacława :)    

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~Karolina 23:53:59 | 2013-12-02
Troszkę mi się nie podobają słowa odnośnie postawy Św. Piotra... i nie chodzi mi tutaj o to, że jestem odważna, bo nie jestem i zaparłam się nieraz Jezusa, w zasadzie zapieram się Go przy każdym grzechu, no i osądzać też raczej nie będę Św. Piotra, który pewnie nieraz mnie wyciągnął z szamba i jest święty... Ale zastanawiam się, czy to nie jest łatwe usprawiedliwienie i zniechęcanie do ponoszenia konsekwencji za swoje czyny ("tak się robiło", "nie mówiło się prawdy")

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~klara 23:24:05 | 2013-12-02
@jewka
Święci własnie dlatego zostali świętymi bo za życia sami siebie uważali za grzeszników ...

...
DLATEGO???  A nie dlatego, że z miłości do Boga przestrzegali Jego przykazań?

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~jewka 22:53:27 | 2013-12-02
Do Pani Klary - Święci własnie dlatego zostali świętymi bo za życia sami siebie uważali za grzeszników ...

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~Po prostu Dawid. 22:26:07 | 2013-12-02
To uczucie , kiedy czytasz tekst tego typu i w głowie: " O to to to to! Rozumiem!"  I ta fala pozytywnych emocjii ;) 

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~klara 22:07:04 | 2013-12-02
@rafi
Dla mnie słowa papieża, że jest grzesznikiem, sprawiły że papież stał się dla mnie naprawdę wiarygodnym świadkiem Chrystusa.

...
A to ciekawa koncepcja! A ja dotąd myslałam, że naprawdę wiarygodnymi świadkami Chrystusa są święci. To już nie są?

Oceń odpowiedz

Pokaż więcej komentarzy

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?