Antykoncepcja ekologiczna

Antykoncepcja ekologiczna
(fot. shutterstock.com)
Logo źródła: Radio Watykańskie Ks. Piotr Kieniewicz MIC / slo

Antykoncepcja hormonalna może powodować komplikacje zdrowotne, niekiedy o bardzo poważnym charakterze. Najgroźniejszymi są: choroba zakrzepowo-zatorowa, nadciśnienie tętnicze, depresja oraz poważne zwiększenie ryzyka niektórych chorób nowotworowych, a przecież nie są to powikłania jedyne.

Inne, jak bóle migrenowe, nadwaga, czy trądzik są nie tyle groźne, co uciążliwe. Wymogi prawa farmakologicznego zmuszają producentów do umieszczenia ubocznych skutków na ulotkach informacyjnych - warto je przeczytać, choć nie jest to lektura ani krótka ani przyjemna. W gruncie rzeczy musi budzić zdziwienie, że agendy odpowiedzialne za bezpieczeństwo ludzi korzystających z farmaceutyków, dopuszczają na rynek środki niebezpieczne dla zdrowia i życia, środki, których zasadniczym celem jest upośledzenie fizjologicznego zdrowia kobiety. Nie można ich - w kontekście działań antykoncepcyjnych - nazywać lekami, ponieważ ciąża nie jest chorobą, a naturalnym i prawidłowym stanem fizjologicznym będącym konsekwencją poczęcia dziecka.

Bywa oczywiście i tak, że stan zdrowia kobiety domagać się może poważnych interwencji ze strony lekarza, także poprzez terapię hormonalną. Celem terapii powinno być przywrócenie stanu zdrowia, a więc stanu normalnej, cyklicznej płodności. Działania terapeutyczne powinny zatem być oparte na porządnej diagnostyce ukierunkowanej na płodność; zablokowanie płodności niekiedy bywa nieuniknionym, choć niepożądanym skutkiem ubocznym zastosowanych leków, nigdy natomiast nie może być efektem, do którego się dąży, o który się zabiega, lub którego wystąpienie traktuje się z lekceważeniem. Potwierdził to Paweł VI w encyklice Humanae vitae, gdy pisał: "Kościół natomiast uważa za moralnie dopuszczalne stosowanie środków leczniczych, niezbędnych do leczenia chorób, choćby wynikać stąd miała przeszkoda, nawet przewidywana, dla prokreacji, byleby ta przeszkoda nie była z jakichś motywów bezpośrednio zamierzona" (HV 15).

Warto na tę wypowiedź zwrócić uwagę. Współczesna ginekologia sięga po środki hormonalne - w imię rzekomo koniecznych działań terapeutycznych - niezwykle często. Przepisuje się je także w sytuacjach, w których jedynym efektem jest powstrzymanie niepokojących objawów - bez faktycznej poprawy stanu zdrowia - mimo, iż medycyna zna metody skuteczniejsze, umożliwiające przywrócenie zdrowia prokreacyjnego bez narażania kobiety na uboczne skutki stosowania preparatów hormonalnych o działaniu antykoncepcyjnym.

Niestety, sytuacja nader często obecnie wygląda tak, że kobieta wchodząc do gabinetu ginekologicznego widzi lekarza gotowego do przepisania jej takich środków zanim jeszcze jakiekolwiek badanie czy wywiad zostaną przeprowadzone. Współczesna cywilizacja ma przetrącony kręgosłup, jeśli chodzi o wartość ludzkiego życia. W konsekwencji, nie troszczy się o płodność. Nie widzi w płodności błogosławieństwa, ale zagrożenie. Nie czeka na dziecko, ale się przed nim broni.

Postawa sprzeciwu wobec poczęcia dziecka, a jednocześnie obawa przed możliwymi powikłaniami wynikającymi ze stosowania antykoncepcji hormonalnej skłania niektórych do zainteresowania się metodami naturalnymi, opartymi na znajomości procesów fizjologicznych w organizmie kobiety. Świadomość, że płodność można stosunkowo łatwo rozpoznać i że nie jest to stan zbyt długo trwający, prowadzi do wniosku, że wyrzeczenie się współżycia w okresie płodnym nie jest nazbyt poważnym wyrzeczeniem, że jest to cena, którą warto zapłacić, byle uniknąć poczęcia dziecka i zachować zdrowie.

Takie podejście oznacza, że jakkolwiek zmienia się metoda antykoncepcyjna, zasadniczy cel pozostaje ten sam: wykluczenie potomstwa. Dziecko jest nadal niepożądane i jeśliby się poczęło, jego życie będzie zagrożone przez pokusę aborcji. Takie bowiem są skutki życia w mentalności antykoncepcyjnej. Właśnie dlatego Paweł VI swoją aprobatę dla metod rozpoznania płodności ograniczył warunkiem rzetelnego rozeznania woli Bożej, w którym postawą fundamentalną jest wielkoduszność i otwartości na życie, odłożenie poczęcia potomstwa wynika z rozpoznania warunków fizycznych, psychicznych, ekonomicznych i społecznych, a nie suwerennej, apodyktycznej decyzji małżonków (por. HV 16).

Różnica pomiędzy godziwym zastosowaniem metod rozpoznania płodności a antykoncepcją naturalną (czyli ekologiczną, jak ją nazywają niektórzy) jest zatem dosyć subtelna. Wynika nade wszystko z intencji małżonków, z ich wewnętrznego nastawienia i motywacji podejmowanych wyborów. Metody naturalne same w sobie nie są ani dobre, ani złe. Dobre lub złe może być ich wykorzystanie. Płodność jest wpisana w porządek stworzenia, ale nie przesądza to o godziwym wykorzystaniu wiedzy na jej temat. Można tę wiedzę wykorzystać źle, na zły sposób i do złych celów. Tak samo do złych celów można wykorzystać możliwości ludzkiego intelektu czy siłę ludzkich rąk.

Mógłby ktoś zapytać, czy nie lepiej, by ludzie korzystali z naturalnej antykoncepcji, niż mieliby korzystać ze sztucznej, skoro jest tak bardzo szkodliwa? To źle postawione pytanie. Nie jest godziwym sposobem uniknięcia większego zła moralnego (czyli poważniejszego grzechu) przyzwolenie na zło mniejsze. To prawda, że antykoncepcja hormonalna jest tylko bardziej szkodliwa od strony zdrowotnej. Ale każda antykoncepcja - jaka by ona nie była - jest zła, bo wyraża postawę zamknięcia na życie, odmowy dawania siebie drugiemu. I to tę postawę trzeba zmienić...

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Antykoncepcja ekologiczna
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.