Rozmowy o Kresach i nie tylko

Rozmowy o Kresach i nie tylko
Rozmowy o Kresach i nie tylko
Janusz M. Paluch

Książka zawiera wybrane wywiady przeprowadzone przeze mnie w latach 1995–2010, które ukazały się na łamach „Cracovia Leopolis” – kwartalnika wydawanego przez Krakowski Oddział Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich oraz nowojorskiego „Przeglądu Polskiego” – dodatku kulturalnego do „Nowego Dziennika”.

Moich rozmówców łączy miłość do Kresów: niektórzy się tam urodzili, dla innych są przybraną ojczyzną duchową. W rozmowach tęsknota za utraconą – zdaje się, że już bezpowrotnie – krainą dzieciństwa przeplata się z krwawymi wspomnieniami pogromów i troską o pozostałe tam polskie dziedzictwo kulturowe. Lecz nie tylko to… Często są to opowieści o prywatnych losach ludzi, których droga zaczęła się na Kresach lub tam prowadziła. Przy tych krzyżujących się nieraz drogach ich życia leżą dwa miasta: Lwów i Kraków. W rozmowach ukształtował się pomost pamięci pomiędzy minionym światem i współczesną rzeczywistością.

Niektórych z moich rozmówców – Krystyny Bobrowskiej, Jerzego Hordyńskiego, Tadeusza Krzyżewskiego, Janusza Kurtyki, Tadeusza Noworolskiego i o. Adama Studzińskiego – nie ma już dziś z nami. Z tym większym wzruszeniem czytałem ich wypowiedzi, przypominając sobie chwile spędzone z nimi. Uświadomiłem sobie, jak ważną formą dziennikarską jest wywiad, który zatrzymuje dla potomnych myśli, słowa, a nawet głosy ludzi. Szczególnie, gdy są to świadkowie kultury i historii, które przeminęły.

Pragnę podziękować wszystkim, którzy przyczynili się do powstania tej książki. Przede wszystkim moim rozmówcom oraz tym, którzy zachęcali mnie do opublikowania wywiadów: panu Andrzejowi Chlipalskiemu, redaktorowi naczelnemu „Cracovia Leopolis”, i pani Aleksandrze Ziółkowskiej-Boehm, która z odległych Stanów Zjednoczonych wspiera moje poczynania. Podziękowanie kieruję również do dyrektora Małego Wydawnictwa, pana Marka Łosia, który podjął to wydawnicze ryzyko, oraz pani redaktor, Marioli Szafarz za pracę nad całością i cierpliwość wobec grymaśnego autora rozmów.

DEON.PL POLECA


Jest naturalnym, że przez kilka czy nawet kilkanaście lat, które upłynęły od chwili spotkania z rozmówcami, wiele się zmieniło w poruszanych tematach. Chciałbym jednak, by nasze rozmowy pozostały świadectwem tamtego czasu. Dlatego niezbędne uaktualnienia zaznaczone są w postaci przypisów. Tam, gdzie była taka możliwość, teksty zostały oddane do ponownej autoryzacji.

Janusz M. Paluch

 

marzec 1995

Krystynę Bobrowską (1927–2004) poznałem po śmierci jej męża,  Józefa Bobrowskiego (1927–1995). Wszak to z nim miała być ta rozmowa, mój pierwszy wywiad do nowo założonego kwartalnika „Cracovia Leopolis”. Józef Bobrowski był inicjatorem odnowienia, a właściwie odbudowy Cmentarza Orląt Lwowskich; niestety, nie dożył jego otwarcia. Jako dyrektor lwowskiego oddziału Energopolu wspierał na różne sposoby zachowanie pamięci polskiej na Kresach. W tych poczynaniach wspierała go dzielnie żona, która jeszcze po jego śmierci, społecznie zajmowała się pozyskiwaniem środków finansowych na niesienie pomocy Polakom mieszkającym we Lwowie.

Nigdy nie poznałem osobiście Pani męża, inżyniera Józefa Bobrowskiego, czego bardzo żałuję. Zawsze zastanawiałem się, czy jego wyjazd do Lwowa był świadomym wyborem czy też służbowym poleceniem zwierzchników?

Mój mąż nie był inżynierem, lecz magistrem ekonomii. Prowadził zajęcia na krakowskiej Akademii Ekonomicznej, był autorem jednego ze skryptów dla studentów, a także członkiem Rady Programowej Podyplomowego Studium Kadr przy AE. Jednak ten inżynierski tytuł przylgnął do niego, bo całe życie pracował w przedsiębiorstwach budowlanych. Organizował je. W końcu nosiło go po świecie, po różnych budowach.

Pyta pan, czy Lwów był przypadkiem… Nie. To świadomy i mocno przemyślany wybór. Mąż miał do wyboru budowę w Pradze czeskiej, którą ja popierałam, albo Lwów. Lwowa zupełnie nie znałam, ale mąż bez wahania zdecydował. Argumentował, że tam może da się coś dla Polaków zrobić, tym bardziej, że zetknął się z żyjącymi w dawnym ZSRR Polakami w czasie kontroli budowy w Smoleńsku. Wiedział, jakie biedne i zastraszone życie wiodą tam Polacy.

Czy spodziewał się tego, co zastał we Lwowie?

Wiedział, czym Lwów jest dla wielu Polaków, dla dziejów kraju i narodu. Znał miasto i okolice. Bywał przed wojną u stryja w Konopnicy pod Lwowem. Tam zresztą uciekli przed Niemcami z całą rodziną we wrześniu 1939 roku. Na szczęście udało im się umknąć spod okupacji sowieckiej. Podzieliliby niechybnie los rodziny stryja – Syberia… Mógł coś planować. Wybierając wyjazd na budowę do Lwowa, mówił mi, że tam mieszka tylu Polaków, że można coś dla nich zrobić. Gdy spojrzę w przeszłość, to uświadamiam sobie, że mój mąż zawsze taki był. Gdziekolwiek znalazł się w świecie obarczony niemałą odpowiedzialnością za budowę, jej organizację i przebieg, szukał, co można jeszcze zrobić, by pozostały czas sensownie wykorzystać. Choć tego czasu naprawdę nie było za wiele. Gdy w latach siedemdziesiątych pracował na jednej z budów w RFN, pisał felietony poświęcone gospodarce polskiej dla Radia Wolna Europa. Kiedy znalazł się w Polsce, już w dobie stanu wojennego, nie odwrócił się od „Solidarności”. Przez wiele lat działał aktywnie w podziemnych strukturach związku, używając kryptonimu „Fin”, przez cały czas jako bezpartyjny dyrektor przedsiębiorstw, którymi kierował. W czasie kontrolowania przez męża budowy elektrowni w Smoleńsku, umiał dotrzeć do Katynia. Wtedy było to oficjalnie niemożliwe, a jemu się to udało. Do tej pory trzymam gdzieś w książkach zasuszony leśny kwiat z katyńskiego lasu. Mówił, że był pierwszym Polakiem, któremu udało się to miejsce odwiedzić nieoficjalnie. On zawsze starał się być pierwszy. Tak więc gdy znalazł się we Lwowie, też musiał natrafić na coś inspirującego. A pan wie, że we Lwowie takich miejsc nie brakuje. Mąż musiał wybrać takie miejsce, które dla Polaków z kraju było długo zakazane, a przez komunistyczne władze ówczesnego Związku Radzieckiego skazane na zagładę. Przecież na katakumbach Cmentarza Orląt wybudowano zakład kamieniarski, słynne lwy wywieziono na rogatki miasta, a Pomnik Chwały próbowano zburzyć czołgami, natomiast groby polskich bohaterów systematycznie zasypywano śmieciami!

Zachowała Pani w pamięci pierwszą opowieść o pobycie męża we Lwowie?

Tych opowieści było tak wiele… Zresztą ja tam byłam z mężem prawie cały czas. Przez przeszło rok pracowałam w polskim konsulacie i osobiście przeżywałam te wszystkie wspaniałe patriotyczne wydarzenia. Lwów mnie zupełnie pochłonął i przyznałam, że decyzja męża była słuszna. Jestem jednak przekonana, że jedna z pierwszych wolnych od pracy chwil poświęcona była odwiedzinom Cmentarza Łyczakowskiego. Tam właśnie zobaczył Górkę Powstańców, całą zarośniętą drzewami i gęstymi krzakami, pokrytą zniszczonymi mogiłami, zdewastowanymi pomnikami nagrobnymi. Od razu wiedział, że właśnie od tego miejsca trzeba zacząć. Natychmiast rozpoczął rozmowy z miejscowymi władzami, wyrażając gotowość uporządkowania mogił powstańczych. Początkowo nie chcieli o tym słyszeć. Myślę, że zatriumfowały stanowczość i spokój męża. Przekonał ich, że to jest cmentarz wojskowy, który chronią prawa międzynarodowe. I pozwolili. Potem przyszedł czas na Cmentarz Orląt. Tu trudności były znacznie większe ze strony miejscowych władz. Jednak też się udało. Nigdy nie zapomnę tych zwałów gruzów wywożonych ciężarówkami, zanim natrafiono na pierwsze obramowania grobów Obrońców Lwowa. Nikt nie umiał mężowi powiedzieć, czy cmentarz został zniszczony przez ciężki sprzęt czy tylko zasypany gruzem. Mąż odniósł też inny sukces. Pracownicy „Energopolu” wolny czas wypełniali piciem alkoholu: bo co tam popołudniami było do roboty? Mąż przerwał tę złą passę wielu ludzi. Poderwał ich do wielkiego czynu. To brzmi trochę patetycznie, ale przekonał ich, by zrobili to dla Polski w swoim wolnym czasie i w dodatku bez żadnej zapłaty. Nie chce się wierzyć, ale nie trzeba było ich długo przekonywać. Ich zapał do tych prac społecznych był godny najwyższego uznania.

Pani mąż nie tylko wstrzymał proces dewastacji, ale także rozpoczął rewaloryzację Cmentarza Orląt. Dokonał niemożliwej na ówczesne czasy rzeczy!

Mąż był tego świadom. Wielokrotnie napotykał bariery nie do przejścia. Ale nie dla niego. Władze Lwowa nie zezwoliły naszemu konsulowi na zapalenie zniczy w dniu Wszystkich Świętych w 1988 roku, lecz nie zabroniły przecież Bobrowskiemu! On pierwszy od wielu lat zapalił na Cmentarzu Łyczakowskim oficjalnie polską świecę. I to dosłownie, bo na jego prośbę przygotowywaliśmy w Krakowie olbrzymie pudła ze świecami. Tam przecież niczego nie można było kupić. Pierwszego listopada 1988 roku „płonęła” już uporządkowana cała Górka Powstańcza.

Co na to miejscowi Polacy?

Oni byli zastraszeni. Przez całe lata bali się przyznawać do tego, że są Polakami. To mąż przełamywał ich bojaźń. Na zawsze zapamiętam koncert Reprezentacyjnej Orkiestry Wojska Polskiego, który odbył się 11 listopada 1988 roku w pięknej sali teatru we Lwowie. Publiczność złożona z pracowników „Energopolu” i miejscowych Polaków płakała. Owacja na stojąco. Ludzie widzieli polski mundur pierwszy raz od zaboru Lwowa w 1939 roku. To było wydarzenie. Choć zaprezentowany przez orkiestrę repertuar – tak między nami mówiąc – był bardzo bezpieczny i na polskie warunki już anachroniczny. Jak wyznał mi dyrygent, repertuar tego koncertu dobierany był specjalnie przez jakiegoś generała. Mimo wszystko ten koncert pozwolił poczuć się ludziom – Polakom ze Lwowa – jak u siebie w domu. Takich wydarzeń inspirowanych we Lwowie przez męża można byłoby wymienić wiele… Przecież dzięki mężowi pierwszy raz od 1938 roku do polskich dzieci przybył 6 grudnia 1989 roku Święty Mikołaj. Ile było wzruszeń! Ta normalna obyczajowość polska pomału na powrót zaczynała wrastać w życie Polaków we Lwowie. Jednak to nie oznaczało, że Polacy przestali się bać. Mąż był inicjatorem i członkiem założycielem pierwszego Towarzystwa Kultury Polaków na Ukrainie. Na spotkanie założycielskie przybyło prawie pięćset osób. Na listę chętnych przystąpienia do Towarzystwa wpisało się tylko trzydziestu. Skąd ta bariera, mur nie do pokonania? Okazało się, że po sali poszła informacja, żeby się nie wpisywać, bo to są już gotowe listy na wywózkę Polaków na Sybir.

Z czasem ta bojaźń minęła?

Tak, ale to olbrzymia praca męża i „Energopolu”. Organizowano tam liczne okolicznościowe koncerty, przyjeżdżali znani polscy aktorzy, odbywały się bale i spotkania Polaków. To owocowało. Budowało jedność Polaków tam żyjących. Czerpaliśmy z ich postawy energię i chęć do pracy. Polacy powoli zaczęli już ze wszystkimi sprawami zwracać się do męża, bo twierdzili, że „Energopol” to dla nich Polska – mały kawałek własnej Ojczyzny. Nie zapomnę koncertu warszawskich aktorów, który odbył się w kościele w Samborze, jak zebrani tam miejscowi Polacy o zmęczonych i zniszczonych biedą twarzach płacząc, śpiewali pierwszy raz od pięćdziesięciu lat: „Nie rzucim ziemi skąd nasz ród”. Na koncerty, jakie odbywały się we Lwowie, mężowi udawało się wynajmować salę opery pod pretekstem imprezy dla pracowników „Energopolu”. W rzeczywistości trzy czwarte biletów otrzymywali Polacy ze Lwowa. To były bardzo wzruszające imprezy zarówno dla publiczności, jak i dla występujących aktorów. A ta wspaniała wigilia urządzona przez męża w stołówce „Energopolu”, na którą zaproszono wielu polskich lwowiaków śpiewających już pełnym głosem, bez strachu, polskie kolędy, łamanie się opłatkiem? To trzeba przeżyć, bo takie wydarzenia pozostają w pamięci na całe życie. Oby tylko nie zaprzepaścili tego, co zdobyli dzięki pomocy mojego męża.

Pobyt Józefa Bobrowskiego we Lwowie, to również inne przypomniane i ocalone – miejmy nadzieję na zawsze – miejsca. Jakie?

Powszechnie znanym, bo pisała o tym cała prasa polska, miejscem ocalonym przez męża jest kościół i krypta grobowa, w której spoczywa Aleksander hr. Fredro w Rudkach. Były też mogiły żołnierzy z września 1939 roku. Jedna przy ulicy Warszawskiej, druga na Hołosku Wielkim. Niestety, nie udało mu się w pełni zabezpieczyć mogiły w Malechowie za Lwowem. Wybudowali tam kapliczkę i rozmawiali z miejscowymi ludźmi, by jednak to miejsce uszanowali. Ta malechowska mogiła wymagała przeprowadzenia ekshumacji. Kości ludzkie wystawały tam z zerodowanej skarpy.

Kontrakt „Energopolu” dobiegł końca. Józef Bobrowski musiał pozostawić Lwów…

Tak, to było dla męża przykre. On tyle pracy i serca tam pozostawił. A ile mógłby tam jeszcze zdziałać! Pragnął odbudować katakumby. Nawet tego nie doczekał… Mimo to muszę przyznać, że wtedy cieszyłam się na jego powrót do Polski. W ostatnim czasie odbierał tam mnóstwo telefonów z pogróżkami. Oczywiście w języku ukraińskim. Natomiast w nocy po wyjeździe ekipy „Energopolu”, ich baza została napadnięta i splądrowana przez bandytów, a Polacy, którzy jeszcze pozostali na miejscu, dotkliwie pobici.

Po powrocie do Krakowa, rozpoczął się nowy etap pracy Pani męża na rzecz kresów II Rzeczypospolitej.

Rzeczywiście, mąż bardzo aktywnie włączył się w działalność Stowarzyszenia „Wspólnota Polska”. Pełnił funkcję wiceprezesa zarządu głównego. Konsultował budowę szkoły im. Jana Pawła II w Wilnie. Również dzięki jego spokojnemu podejściu do wygórowanych wymagań Polaków na Białorusi w Grodnie stanęła polska szkoła. W planach były też szkoły w Mościskach i Strzelczyskach. Na te budowy nie starczyło mu zdrowia i życia, a do końca żył Lwowem. Śledził wszelkie rozmowy dotyczące spraw polskich we Lwowie. Denerwował się ślamazarnością niektórych działaczy, którzy jeździli, dyskutowali, omawiali, powoływali komisje, ale tak naprawdę nic z tego nie wynikało. Spowodował jeszcze przeprowadzenie badań kanalizacji na Cmentarzu Orląt. Jeszcze zapoznał się z ich wynikami. Martwił się o katakumby, że zaprzepaści się możliwość ich odbudowy. Wiedział, że gdyby jeszcze został we Lwowie, udałoby mu się zakończyć ratowanie Cmentarza Orląt. Jego ostatnie słowa były poświęcone temu miastu. Następnego dnia stracił mowę.

Zapewne firma „Energopol” wdzięczna była Pani mężowi. Dzięki jego pracy społecznej stała się przecież znana w kraju i poza granicami, nie tylko dzięki prowadzonym budowom.

Mąż cieszył się sympatią jako człowiek pracowity, skromny i niekonfliktowy. Pomimo tego spotykały męża ze strony niektórych członków dyrekcji duże przykrości. Mąż bardzo to przeżywał i trudno mu było zrozumieć niektóre decyzje. Nie będę o tym szerzej mówiła. Niech to pozostanie na sumieniu tych osób. Zawsze pocieszałam męża, mówiąc: „sukces ma wielu ojców”. We mnie pozostał głęboki żal i poczucie krzywdy wyrządzonej mężowi.

 

styczeń 1998

Urodził się w 1953 roku w Dąbrowie koło Rzeszowa. Ukończył polonistykę i dziennikarstwo na UJ, jednak jego prawdziwą miłością jest historia sztuki. Od wielu lat w strukturach samorządowych Krakowa i województwa małopolskiego zajmuje się szeroko pojętą kulturą i ochroną zabytków. Jest znawcą Kresów. Dawno temu z nim po raz pierwszy zwiedzałem Lwów. Miejsca niedostępne wówczas jeszcze dla przeciętnego turysty – jak choćby katedra ormiańska czy kościół oo. Jezuitów, gdzie przechowywano zbiory Ossolineum – otwierały przed nami swe podwoje.

Wiele podróżuje Pan po świecie, odwiedza piękne, pełne zabytków architektury miasta. Jednak Lwów jest dla Pana miejscem szczególnym. Dlaczego?

Nie ulega wątpliwości, że spośród wielu miast, zwłaszcza europejskich, które przyszło mi oglądać, Lwów należy do tych, które są mi szczególnie bliskie. W najbardziej polskim, a zarazem europejskim mieście, Krakowie, którego klimatem i pięknem jestem zafascynowany od dzieciństwa, podjąłem studia uniwersyteckie, a z czasem na stałe zamieszkałem; do Rzymu – kolebki naszej śródziemnomorskiej i chrześcijańskiej kultury podążam możliwie najczęściej. Spośród miast dawnej Rzeczypospolitej do szczególnie mi bliskich należą Wilno i Lwów. Mówię o tym bez żadnego kontekstu politycznego. Położone na dwu biegunach rozległego państwa owe miasta były bardzo różne i zarazem bardzo podobne; mimo swego kresowego położenia i wielokulturowego charakteru – wybitnie polskie. Wilno, które jest miastem niezwykle pięknym, było jako stolica Wielkiego Księstwa Litewskiego przez wieki całe drugą stolicą Rzeczypospolitej. Lwów w państwie polskim takiej funkcji nie pełnił, był jednak miastem dogodnie położonym, na ważnych szlakach handlowych, bogatym, a jego rola zawsze była znacząca. W XIX w., po ciężkich doświadczeniach z austriackimi władzami zaborczymi, był stolicą cieszącego się pewną autonomią regionu, przewrotnie i kłamliwie zwanego przez Habsburgów Galicją, peryferyjnie położonego „kraju” w dogasającej monarchii Austro-Węgier. Był to jednakowoż okres znacznego rozwoju Lwowa, który nie tylko odzyskiwał dawne swe piękno, ale stawał się przy tym dużym, nowoczesnym miastem.

Przed wiekami, bo w XIV wieku, w niedługim czasie po włączeniu przez Kazimierza Wielkiego Lwowa do państwa polskiego stał się on siedzibą katolickiej metropolii, jednej z dwóch naówczas polskich prowincji kościelnych, ale właśnie Lwów. Podkreślało to rangę miasta. Gniezno i Lwów. Nawet stołeczny Kraków nie był stolicą prowincji kościelnej, choć biskupi krakowscy zajmowali po arcybiskupie gnieźnieńskim drugie miejsce w hierarchii ważności. Z czasem był Lwów siedzibą trzech arcybiskupów katolickich: obrządku łacińskiego, greckiego i ormiańskiego. Był to swoisty fenomen religijny, historyczny i kulturowy. Miasto zawsze wierne Rzeczypospolitej. Zamieszkiwane aż do czasów bolszewickiej eksterminacji Polaków w większości przez ludność polską (już na początku XV wieku w pięciotysięcznym Lwowie Polaków było około 4,5 tys., Żydów około 100, Ormian – 400, Rusinów kilkunastu), posiadało właściwy sobie charakter, niepowtarzalny klimat, będący w jakiejś mierze wynikiem jego wielokulturowej specyfiki. Każda z zamieszkujących tam społeczności cieszyła się znaczną swobodą w kultywowaniu własnej kultury, religii i tradycji. Tej mozaice narodowościowej odpowiadała też pyszna mozaika architektoniczna. Obok więc okazałych łacińskich kościołów były także wspaniałe cerkwie – utrzymane już to w stylu stricte bizantyjsko-ruskim, już to – zwłaszcza po przyjęciu unii brzeskiej (nastąpiło to tu stosunkowo późno) – w formie coraz częściej i szerzej odzwierciedlającej wpływy kultury zachodniej, z pyszną późnobarokową katedrą greckokatolicką św. Jura na czele. Były wszakże we Lwowie także miejsca o trochę orientalnym, właściwym dla kultury ormiańskiej charakterze. Ormiańska społeczność, jakkolwiek stosunkowo nieliczna, była bardzo wpływowa. Ormiańscy kupcy należeli do najzamożniejszych mieszczan lwowskich, utrzymywali też dalekosiężne kontakty z własną nacją, rozsianą po wielu krajach. Właśnie we Lwowie było duchowe centrum polskich Ormian – katedra, tu mieściła się ich szkoła i klasztor benedyktynek ormiańskich. Znajdowali Ormianie w Rzeczypospolitej dogodne warunki życia i rozwoju, trudnili się na ogół handlem i rzemiosłem, a Polskę traktowali jak swą ojczyznę, dając wielokrotnie dowody swego do niej przywiązania. Bogaty Lwów posiadał wiele okazałych mieszczańskich kamienic i wielkopańskich rezydencji. Wystarczy przejść się po ulicach starego miasta, by zobaczyć je, bo wiele z nich się zachowało, mimo licznych, często nieudolnych przeróbek i wieloletnich zaniedbań.

Czy tylko architektura aż tak bardzo zapiera Panu dech w piersiach, gdy odwiedza Pan Lwów?

Nie same mury, oczywiście. Lwów to obszerna i bogata historia polskiego teatru, radosny klimat, który w tym mieście istniał. Do dobrego tonu należał folklor przedmieść lwowskich. Ożywiały to miasto wesołe piosenki, kapele podwórkowe, batiarskie dowcipy. Znajduję często ten klimat w dokumentacji, którą przeglądam. Przykra konstatacja mi się nasuwa, gdy chodzę po Lwowie dzisiaj i tego wszystkiego tam już nie ma. Po ostatniej wojnie światowej miasto skazane zostało na głęboki prowincjonalizm.

Należy Pan do tych szczęśliwców, a nie jest ich za wielu w naszym kraju, przed którymi otworzyły się drzwi kościoła Jezuitów, gdzie przechowywane są zbiory Ossolineum. Wiem również, że oglądał Pan wnętrze katedry ormiańskiej.

Myślę, że nie było to nazbyt trudne, bo wyłączając miejsca szczególnie strzeżone, na terenie dawnego państwa radzieckiego udawało się wejść wszędzie, oczywiście okazując stosowne dowody wdzięczności. Często chodziło o wcale niewielką łapówkę. Po zakończeniu II wojny światowej tylko część zbiorów Ossolineum została przewieziona do Wrocławia. We Lwowie pozostały wciąż bogate zasoby, których wbrew intencjom Ossolińskich nie zamierzano zwrócić narodowi polskiemu. Znaczną część tych zbiorów złożono w pięknym barokowym kościele Jezuitów, który władze sowieckie zamieniły na magazyn. Przekraczając progi kościoła, naocznie przekonałem się, że głoszone przez władze deklaracje są tylko deklaracjami, bowiem zbiory przechowywane są w warunkach tragicznych. Gmach świątyni nie był przecież dostosowany do funkcji, które mu zostały narzucone. Zawilgocone ściany, zniszczony częściowo dach powodowały warunki nie do zniesienia. W konsekwencji, przebywając w tym kościele, należało używać specjalnych masek. Zauważyłem, że niektórzy pracownicy mieli założone na usta jakieś tampony. Od tamtego czasu upłynęło parę lat. Nie słyszałem, aby w sposób zasadniczy zmieniły się warunki przechowywania tych zbiorów. Obustronne rządowe rozmowy, dotyczące zwrotu tej części zbiorów Ossolińskich, które zatrzymano we Lwowie, nie przyniosły dotąd – mimo deklarowanej pomocy – zasadniczych rozstrzygnięć. Decyzje w tym zakresie będą podejmowane zapewne na najwyższych szczeblach władz państwowych pomiędzy Rzeczpospolitą a państwem ukraińskim. Kiedy? Tego dzisiaj ustalić nie sposób. Władze ukraińskie stosują w tym względzie przedziwną – moim zdaniem – politykę.[1]

W podobnych okolicznościach udało mi się wejść do katedry ormiańskiej, którą zamieniono na magazyn obrazów. Już wtedy interesowałem się historią Kościoła ormiańskiego. Tragiczny był stan zabezpieczenia obiektu i zgromadzonych w nim zbiorów. Zacząłem się zastanawiać, na ile sprowokowany tam pożar byłby w mentalności opiekunów miejsca uwolnieniem od konieczności choćby sporadycznego przeglądu zbiorów? W słabo oświetlonym wnętrzu nie sposób było dostrzec elementów wystroju: polichromii, mozaiki Mehoffera, wspaniałych nagrobków etc. Kiedy końcem 1996 roku przebywałem ponownie we Lwowie, zapragnąłem – tym razem bardziej oficjalnie, bo z pomocą przedstawicieli miejscowych władz – dostać się do katedry. Nie potrafię orzec, czy kłopotliwość sytuacji, wysoce niewłaściwe warunki przechowywania zgromadzonych tam dzieł sztuki, czy też dotkliwy rozziew między deklarowanym liberalizmem wyznaniowym i rzeczywistością stały się przeszkodą w wejściu do świątyni. Dowiedziałem się oto, że osoba posiadająca klucze od katedry wyjechała poza Lwów. Komentarz do tej sceny jest zbyteczny.[2]

Zechciałby Pan odsłonić tajemnice innych miejsc we Lwowie, może nieznanych, zapomnianych?…

Nie chciałbym tej rozmowy zamienić w przewodnik po Lwowie, zwłaszcza po miejscach, do których oficjalnie nie wolno, czy też nie wolno było chodzić. Znam wszakże takich miejsc znacznie więcej. Cmentarz Łyczakowski z położonym obok niego zrujnowanym Cmentarzem Orląt, liczne lwowskie kościoły, gmachy użyteczności publicznej, zrujnowane klasztory, pałace etc. Na szczęście takich miejsc jest tam coraz mniej, a wkrótce – wierzę – ich nie będzie. Sytuacja w państwie ukraińskim powoli normalnieje. Z pewnym uznaniem postrzegam, że we Lwowie władze starają się te miejsca eliminować, aliści sądzę, że jest to proces obliczony z konieczności na dłuższy czas. Niektóre obiekty są w tak katastrofalnym stanie, że kłopotliwe czy wręcz niebezpieczne jest ich udostępnianie.

Zajmuje się Pan między innymi ochroną zabytków. Po tych licznych wizytach we Lwowie, rozmowach z ludźmi odpowiedzialnymi za kulturę, a tym samym substancję zabytkową w tym mieście, jest Pan zapewne w stanie określić stan zachowania zabytków we Lwowie.

Zacznijmy od zabytków sakralnych, które podobnie, jak w Krakowie czy Wilnie stanowiły w sposób przemożny o randze Lwowa. Były tych miast klejnotami po ostatniej wojnie kościoły te w wielu przypadkach skazane zostały niemal na zupełną zagładę. Szczytem wandalizmu w najgorszym wydaniu, wręcz bandytyzmu – nie boję się tego określenia – było przeznaczenie tych obiektów na różnego rodzaju magazyny. Najczęściej, z pełną premedytacją, przechowywano tam takie środki, które w warunkach zawilgocenia niszczyły substancję architektury, doprowadzając te obiekty do stanu nieodwracalnej ruiny. Bywały obiekty sakralne, którym udało się w sposób przedziwny uniknąć zagłady, gdyż wyznaczono im funkcję muzealną. Podobna sytuacja była w Wilnie, skąd niedawno wróciłem. Ale tam, na Litwie, wykazywano więcej wyobraźni, a mniej bezinteresownej zawiści. Nikt przez lata nie dbał o to, by je naprawiać czy remontować. One były skazane na powolną zagładę. Stało się na szczęście inaczej. Ukraina uzyskała niepodległość i ona sama decyduje w tej chwili o tym, co tam się dzieje i jaka jest, czy jaka będzie ich funkcja. I stąd wspólna, nas wszystkich nadzieja, że te obiekty w wielu wypadkach będą miały przywróconą dawną swoją funkcję. Jeśli chodzi o stan obiektów świeckich, to stwierdzić trzeba, że jest w większości tragiczny. Te budynki malowano z zewnątrz często najgorszymi farbami, bez stosowania elementarnych wymogów konserwatorskich. Zamalowywano, tynkowano zagrzybione obiekty, nic nie robiąc, żeby je ratować. Wystarczyło wejść na zaplecze, by zobaczyć ich prawdziwy stan. Są we Lwowie całe kwartały budynków, których stan jest przerażający. Jeśli władze Lwowa i Ukrainy nie podejmą natychmiastowej decyzji o ich gruntownej restauracji, to one się nieuchronnie zawalą bądź grozi im nieodwracalna degradacja. Dochodzą do mnie wiadomości pocieszające, że świadomy tego rząd ukraiński i władze lwowskie zamierzają ze swych budżetów przeznaczyć znaczące środki na restaurację tych obiektów. Wierzę również, że skoro tak wysoki protektorat w tym zakresie jest przewidziany, to za tym pójdą znaczne środki, które pozwolą wielu obiektom zabytkowym odzyskać tyle z ich świetności, ile będzie to możliwe. Myślę, że parę zabytków we Lwowie można by już pokazać jako gruntownie odnowionych, zgodnie z wymogami konserwatorskimi. Przykładem w tym względzie może być katedra łacińska. Ale tam od kilku lat troszczy się o tę świątynię jej gospodarz, ksiądz metropolita Marian Jaworski. Kościół lśni zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz. Życzę tego Lwowowi, by cały mógł się tak prezentować i odsłaniać swoje nadzwyczajne piękno.

Lwów to nie tylko zabytki, to także ludzie. Są tacy, którzy przetrwali tam bardzo dramatyczne lata. Czy sądzi Pan, że będą w stanie dźwigać nadal, w nowych warunkach, swą rodzimą polską kulturę? Tym bardziej, iż w Kościele rzymskokatolickim obowiązującym w liturgii stał się język ukraiński.

Kościół jest uniwersalny i traktowanie tych kwestii w narodowych kategoriach, że grekokatolik-unita to Ukrainiec, a rzymski katolik to Polak, jest daleko idącym uproszczeniem i anachronizmem. Nie ma żadnych powodów, dla których Ukrainiec miałby być obcym dla Kościoła rzymskokatolickiego i vice versa. Wśród księży katolickich obrządku łacińskiego dominują Polacy bądź duchowni polskiego pochodzenia – problem języka polskiego w liturgii i w ogóle w życiu tamtejszego Kościoła nie powinien przysparzać trudności. To raczej kwestia przemyślanej, mądrej strategii, w której powinno być miejsce na praktykowanie obu języków. W zależności od potrzeb i oczekiwań wiernych. Nowoczesne państwo dbające o rozwój kulturalny pozwoli na funkcjonowanie całego dziedzictwa kulturowego zarówno po jednej, jak i po drugiej stronie. Wierzę, że wraz z wybiciem się na niepodległość państwa ukraińskiego stworzone tam zostaną zdecydowanie lepsze warunki mniejszościom narodowym. Także Ukraińcy coraz bardziej interesują się naszym językiem i kulturą. Znaczna część Polaków zamieszkujących tamte tereny, a ukrywających dotąd swoje pochodzenie, widzi dzisiaj potrzebę ujawniania tego pochodzenia i kultywowania polskich tradycji, zaś powstające i działające tam polskie towarzystwa kulturalne rozszerzają zakres swojej działalności. Nieliczne wciąż polskie szkoły cieszą się niemałą popularnością.

Polska stara się prezentować na Ukrainie swe najlepsze osiągnięcia z zakresu kultury. Czyni to z myślą o rodakach żyjących tam, na ojcowiźnie, a także o promocji polskiej kultury. Przykładem tego jest Festiwal Kultury Polskiej we Lwowie, który odbył się w 1996 roku. Rzeczywiście. Ten festiwal rodził się w bólach. Po obu stronach było wiele niedomówień. Wreszcie, decyzją władz ministerialnych, polskich i ukraińskich, odbył się w roku 1995 Festiwal Kultury Ukraińskiej w Przemyślu. Właśnie wówczas podjęto myśl o zorganizowaniu Festiwalu Kultury Polskiej we Lwowie. Dzięki przychylności władz zorganizowano znakomitą imprezę. W katedrze łacińskiej odbył się rewelacyjny koncert „Homagium Leopoli”, w którym wystąpiły zespoły z Polski i Ukrainy. Reżyserem był Zbigniew Chrzanowski, lwowianin, zamieszkujący w Przemyślu. Brałem udział w bezprecedensowym wydarzeniu artystycznym, które wieńczyło ten festiwal – w koncercie „Polskiego Requiem” Krzysztofa Pendereckiego. Wykonanie utworu odbyło się w miejscu dla Polaków niezwykłym, w katedrze łacińskiej, która to katedra w okresie powojennym była bastionem polskości. „Polskie Requiem” jest dziełem obdarzonym olbrzymim ładunkiem ekspresji, wyrażającym tragiczne doświadczenia Polaków w ostatnich czasach. Utwór wykonany został przez chór i orkiestrę Filharmonii Krakowskiej pod batutą samego kompozytora. Krzysztof Penderecki specjalnie na tę okazję przyjechał do Lwowa, by osobiście poprowadzić orkiestrę. Wystąpili znakomici soliści: Jadwiga Rappé, Jadwiga Gadulanka, Piotr Kusiewicz, Piotr Nowacki. Katedra wypełniona była po brzegi. Rozmawiałem z biskupem Markiem Trofimiakiem, sufraganem lwowskim, który był zbudowany tak wielką ilością ludzi. Bilety na koncert były drogie, jak na zasobność tamtejszej społeczności, a mimo to zostały one wyprzedane w całości. Kiedy przechodziłem obok katedry na dwie godziny przed rozpoczęciem koncertu, zobaczyłem szturmujące tłumy ludzi. Było to dla mnie wzruszające doświadczenie. Tam była nie tylko elita artystyczna Lwowa. Owacja, jaką zgotowano kompozytorowi i wykonawcom, była dowodem, że dzieło zostało przeżyte w sposób nadspodziewanie głęboki. Myślę, że słuchający tego utworu Ukraińcy znaleźli w nim również tragiczne doświadczenia własnego narodu.

Pragnę podkreślić, że przed wyjazdem do Lwowa miałem propozycję udania się na uroczystość prezentacji regionu krakowskiego w Liège. Musiałem zatem dokonać wyboru, wyjaśniając, że w Liège już byłem, a we Lwowie nie byłem już dwa lata – i pojechałem do Lwowa. Wypowiadam te słowa bez cienia kurtuazji. Ta decyzja w sposób naturalny odzwierciedla mój stosunek do tego miasta. Wierzę, że takie wydarzenia jak ów koncert będą tam się powtarzać. Sam Krzysztof Penderecki pragnąłby w przyszłości zaprezentować we Lwowie „Jutrznię”. Po koncercie znany lwowski reżyser teatralny, Miron Łukawiecki z małżonką, Walą, zaprosili mnie do swojego mieszkania na kolację. Miron zwierzył mi się, że czułby się ogromnie zaszczycony obecnością w swoim domu państwa Elżbiety i Krzysztofa Pendereckich, ale nie ośmieli się ich zaprosić. Jakaż była radość państwa Łukawieckich, gdy Krzysztof Penderecki z małżonką i ówczesną dyrektor Filharmonii Krakowskiej, Joanną Wnuk-Nazarową wyrazili gotowość odwiedzenia Łukawieckich. Spotkanie miało nadzwyczajny charakter. Przedłużyło się do późnych godzin nocnych. Okazało się, że tematów do rozmów było nader wiele. Ojciec Mirona, absolwent krakowskiej ASP, kochał Kraków, zachował to miasto we wdzięcznej pamięci, lubił wracać pod Wawel. Rodzina Łukawieckich bywa w Krakowie możliwie często, sam zaś Miron był inicjatorem współpracy lwowskiego Teatru Młodego Widza z krakowskimi instytucjami kultury.[3]

Pańskie kontakty z władzami miasta Lwowa na różnych szczeblach predestynują Pana do przedstawienia własnej wizji Lwowa i jego szans w XXI wieku.

Nie ulega wątpliwości, że Lwów jest jednym z najciekawszych miast współczesnego państwa ukraińskiego, choć – jak wspomniałem – jego ranga jest dziś znacznie mniejsza niż ongiś. Wierzę, że jest to stan przejściowy. Tam kiedyś była przecież Europa.

Czy sami Lwowiacy to dostrzegają?

Lwów ma duże szanse stać się jednym z centrów kulturalnych i gospodarczych, ale dzisiejsza kondycja tego miasta wciąż jest zbyt niezadowalająca. Złotego okresu, jaki Lwów przeżywał w swej historii parokrotnie, w najbliższej przyszłości nie wróżę. A szkoda, bo przecież tam kiedyś panowały doprawdy europejska etykieta i styl. Życzę Lwowowi, żeby te dobre doświadczenia wróciły. Wielu lwowiaków zdaje sobie z tego sprawę, zwłaszcza bywali w świecie. Oni też wiedzą najlepiej, jak wiele pozostało im w tym względzie do zrobienia.



[1] Problem zbiorów Ossolińskich pozostaje nadal nierozwiązany, władze ukraińskie nie godzą się na ich zwrot bądź nawet ich zamianę za pozostające w polskich zasobach eksponaty i dzieła ważne dla dziejów i tożsamości kulturowej Ukraińców. Nietrudno tu o przygnębiającą konstatację: czy za kilka, kilkanaście lat, gdy dobrej woli oraz rozwagi w tym względzie będzie więcej, nie będzie już za późno… Podobno pojezuicki kościół św. Piotra, którego dach doczekał się przed kilkunastu laty reparacji, ma być w nieodległej przyszłości cerkwią garnizonową.

[2] W 2000 r., po ponad półwieczu, przekazano wspólnocie ormiańskiej maleńką kaplicę usytuowaną przy katedralnej dzwonnicy, a wkrótce potem samą katedrę. Gospodarzami katedry ormiańskiej nie są dziś Ormianie – unici (a więc katolicy), ale gregoriański Kościół ormiański, podległy katolikosowi eczmiadzyńskiemu. Zdecydowana większość polskich Ormian wyjechała z włączonych do sowieckiej Ukrainy terenów i osiadła w granicach powojennej Polski – m.in. w Krakowie, Gliwicach, Wrocławiu czy Gdańsku. Katedra ormiańska z odnawianym sukcesywnie malowniczym otoczeniem jest dziś masowo odwiedzana i zachwyca niezmiennie swoją niespotykaną urodą i klimatem.

[3] Wymiana kulturowa między Polską i Ukrainą ciągle się rozwija. W czerwcową niedzielę 2004 r. podczas Dni Krakowa we Lwowie, wraz z prezydentem Krakowa prof. Jackiem Majchrowskim, w katedrze lwowskiej uczestniczyliśmy w historycznym, pierwszym po wojnie wykonaniu dzieła Śluby Jana Kazimierza Mieczysława Sołtysa w realizacji Capellae Cracoviensis i lwowskiego chóru Trembita. Uznaliśmy to wydarzenie za znak lepszych czasów i wspólne poszukiwanie tożsamości…

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Rozmowy o Kresach i nie tylko
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.