Wspomnienia kresowe

Życie Duchowe
Tadeusz Ślipko w okresie dzieciństwa (Fot. prywatne archiwum T. Ślipko SJ)

Z Tadeuszem Ślipko SJ, filozofem i etykiem, rozmawia Józef Augustyn SJ.


Urodził się Ojciec jeszcze za czasów, kiedy Polska była pod zaborami.

 

Urodziłem się 18 stycznia 1918 roku w Stratynie i rzeczywiście przez dziesięć miesięcy, do listopada, kiedy Polska odzyskała niepodległość, byłem jeszcze poddanym Karola I Habsburga-Lotaryńskiego, ostatniego władcy Cesarsko-Królewskich Austro-Węgier. Stratyn w powiecie rohatyńskim w czasach Polski przedrozbiorowej należał do magnackiej rodziny Bałabanów. Za czasów II Rzeczpospolitej był najmniejszym miasteczkiem w województwie stanisławowskim. Dziś to niewielka wioska w zachodniej Ukrainie.


Mój ojciec, Jan, był w Stratynie komendantem miejscowej policji, najpierw cesarsko-królewskiej, a po odzyskaniu przez nasz kraj niepodległości już policji polskiej. Jego służba przypadła na bardzo burzliwe czasy - okres pierwszej wojny światowej, a później wojny polsko-bolszewickiej z 1920 roku. W 1923 roku mój ojciec zmarł. Miał wtedy pięćdziesiąt lat.

 

Jak wspomina Ojciec okres dzieciństwa spędzony na Kresach Wschodnich?

 

Z najwcześniejszego dzieciństwa wiele rzeczy znam tylko ze wspomnień mojej matki - Marii. Opowiadała na przykład o czasach wojny z 1920 roku. Mój ojciec walczył wtedy z Rosjanami, a ona została ze mną w Stratynie. Miasteczko zostało zajęte przez Rosjan, zdaje się, że przez oddział 1. Armii Konnej Siemiona Budionnego, który nacierał w kierunku Lwowa. Żołnierze tej armii słynęli z ogromnego okrucieństwa i właśnie jeden z jej oddziałów dotarł do Stratyna. Posterunek policji, przy którym mieszkaliśmy, został zajęty przez oficerów. Matce kazali się przenieść do pokoju za kuchnią, a sami zajęli pozostałe dwa czy trzy pokoje. Mama wspominała jednak, że wobec niej zachowali się bardzo grzecznie. Nie było żadnej przemocy ani nadużyć. Pozwolili jej nawet korzystać z kuchni.


Miałem wówczas niecałe trzy lata. Pewnego dnia nieupilnowany wyszedłem z naszego pokoju i stanąłem w progu drzwi wyjściowych. Stał tam akurat jeden z tych bolszewickich kawalerzystów - trębacz w jednostce. Dał mi swoją trąbkę, wziął na ręce, posadził na koniu i sam także na niego wsiadł. Zaczęliśmy powoli jeździć na około podwórka, a inni żołnierze, którzy akurat tam siedzieli pod drzewami, śmiali się z tej naszej ekskursji. Tylko mama mdlała ze strachu, bo nie wiedziała, jak ta zabawa się skończy. Po chwili jednak żołnierz oddał mnie w jej ręce.

 

Nie wszystkie więc wspomnienia z bolszewikami w tle są złe.

 

To był akurat dobry człowiek. Po jakimś czasie oddział sowieckich kawalerzystów wyjechał z miasteczka. Żołnierze opuszczając nasze mieszkanie, nie wyrządzili w nim żadnych szkód. Mieliśmy więc naprawdę dużo szczęścia.
 

Po wojnie polsko-bolszewickiej ojciec wrócił na posterunek. Miał pod swoim dowództwem kilku policjantów. Stratyńska jednostka była dosyć silnie obsadzona, ponieważ po 1920 roku na tym terenie dochodziło do wielu bandyckich napaści na okolicznych mieszkańców. Niebezpiecznie było bodajże do 1923 roku, kiedy na Podole zostało wysłane wojsko polskie i dopiero z pomocą żołnierzy udało się tu przywrócić spokój. Mama wspominała, że ojciec wychodząc na służbę, żegnał się z nią tak, jakby miał już nie wrócić. Nie był pewien, co się wydarzy na patrolu.


Ojciec był chory na serce i zmarł nagle w styczniu 1923 roku. Miałem wtedy pięć lat. Pamiętam, że jego ciało położono w kancelarii. Mama siedziała obok i bardzo płakała. Została trzydziestosześcioletnią wdową z trójką małych dzieci. Chciałem ją jakoś pocieszyć, więc podszedłem i powiedziałem: "Nie płacz mamo, będziemy mieli innego tatę". Taka to była ta moja pociecha. Nie było jednak innego taty. Po śmierci ojca jeszcze przez rok mieliśmy prawo mieszkać w służbowej kwaterze przy posterunku policji. Przez ten czas mama wykończyła dom, który wcześniej zaczęli budować z ojcem na skraju miasteczka. W tym domu mieszkaliśmy bodajże dwa lata.


Mama jednak nie chciała zostać w Stratynie. Dom planowała przy pierwszej nadarzającej się okazji sprzedać, by móc przenieść się do Gródka Jagiellońskiego, 33 kilometry od Lwowa, skąd pochodzili obydwoje rodzice i gdzie mieliśmy rodzinę. W Gródku mama miała zapisaną połowę domu rodzinnego i właśnie tam się przeprowadziliśmy.

 

Do szkoły więc zaczął Ojciec uczęszczać w Gródku Jagiellońskim.

 

Mama zapisała mnie do szkoły jeszcze w Stratynie. Pamiętam, że w pierwszy dzień nauki zaprowadziła mnie do szkoły, ale ja nie chciałem tam zostać. Kiedy mama wychodziła z klasy, rozpłakałem się. Szkoła mnie trochę przerażała - to był dla mnie zupełnie inny świat, którego się po prostu bałem. Jedną lekcję mama ze mną posiedziała, żebym się uspokoił, a później przekupiła mnie cukierkami i wtedy zgodziłem się zostać w klasie bez jej towarzystwa. Do szkoły w Stratynie chodziłem jednak tylko dwa miesiące. Edukację kontynuowałem już w Gródku. Najpierw przez cztery lata uczyłem się w szkole powszechnej, a później zdałem egzamin do Gimnazjum Humanistycznego im. Króla Władysława Jagiełły i tam uczyłem się przez osiem lat, do matury.


To gimnazjum było bardzo blisko naszego domu, dosłownie pięć minut drogi. Trzeba było tylko przejść przez most na rzece. Pamiętam, że na długiej przerwie przybiegałem do mamy na drugie śniadanie. To było przedwojenne gimnazjum, w którym pilnowano dyscypliny. Uczniów, którzy coś tam przeskrobali, karano "trzcinką". Karze podlegały na przykład brudne nogi. A te nieraz się zdarzały, bo wielu uczniów z przedmieścia chodziło do szkoły na boso. Przed lekcjami, zwłaszcza przed gimnastyką, pędzili do strumyka umyć nogi, by uniknąć wspomnianej trzcinki.

 

Rzeczywiście uczniowie chodzili wówczas do szkoły boso?

 

Zdarzało się, zwłaszcza w lecie. Gródek to nie było wielkie miasto. Do naszego gimnazjum chodziły dzieci z mieszczańskich rodzin, ale także biedne chłopskie dzieci pochodzące z okolicznych wiosek. Między uczniami były widoczne różnice pochodzenia. W Gródku mieszkali Polacy, Ukraińcy i Żydzi, ale w naszej szkole mieliśmy kolegów także o niemieckich, austriackich czy nawet węgierskich nazwiskach. W czasach zaborów w Gródku były koszary i prochownia, stacjonował tu 13. Galicyjski Regiment Ułanów. W związku z tym do miasta przybyło wielu austriackich urzędników i wojskowych, którzy się tu osiedlili i zupełnie spolonizowali. Miasto i jego okolice to było naprawdę wielonarodowościowe, wielokulturowe i wieloreligijne środowisko.

 

Czy od razu po maturze postanowił Ojciec wstąpić do Towarzystwa Jezusowego?

 

Po maturze, którą zdałem w 1936 roku, chciałem się dalej uczyć. Nie myślałem wówczas o zakonie. Moje plany pokrzyżowało jednak zapalenie płuc. Rodzinna rada złożona z mamy, wujka, ciotki i stryjenki ustaliła, że po tak ciężkiej chorobie nie mogę iść od razu na studia. Miałem więc w nauce roczną przerwę. Przez ten czas fizycznie się wzmacniałem. Siedziałem w domu i udzielałem korepetycji, by zarobić parę złotych. Zdaje się, że za cały miesiąc dostawałem 10 złotych. Dopiero po roku zapisałem się na studia na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie.

1 2 3 4  
Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

5

Liczba głosów:

23

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

 

 

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Google
Zaloguj przez Facebook