artykuł nadesłany / funkstain

Wzór ewangelizatora doskonałego? Poznajcie receptę na szybką, dobrą i owocną ewangelizację! Jaka jest ta recepta?

Nie przyszedłem gadać i błyszczeć słowem, elokwencją, mądrością lecz przyszedłem po to by być z wami, takim jakim jestem, być bo znam Jezusa Chrystusa i to Jezusa ukrzyżowanego. Przyszedłem po to byście widzieli moje życie, moje upadki, moje słabości, moje troski, moje wady i moje zalety, moje zdolności, które jako człowiek Chrystusa oddaje to wszystko pod Jego stopy i święte rany! Przyszedłem by trwać i żyć z Wami, abyście widzieli czym dla mnie jest Jezus i Jego krzyż!(por. 1kor 2,1-3)

Dalszą historię znacie, jak nawracali się ci, a w konsekwencji jaka była wiara tych do których przybywał Paweł ze swoją receptą, a właściwie nie swoją lecz Bożą. Bóg nie chce byśmy pouczali innych słowem, nawet jeśliby nasz charyzmat przepowiadania był tak wielki, że gromadziłby tłumy i poruszał je do nawrócenia (choć jest to cenne). Bóg nie ceni kazań i homilii, bo wie, że tym możemy zrażać bliźnich do chrześcijaństwa. Bóg ceni sobie naszą obecność wśród… wszystkich! Wierzących, niewierzących, chrześcijan, niechrześcijan, a także wśród współczesnych pogan.

Dlatego zamiast gadać wychodźmy do ludzi i żyjmy jak Paweł! Trwajmy, towarzyszmy bliźnim w codzienności. Pokażmy im nasze słabości, nasze upadki, pokażmy nasze wady ale też nasze zalety, pokażmy ludziom nasze charyzmaty, pokażmy im siebie samych w służbie, wierze i w ufności Jezusowi Chrystusowi.

No chyba, że nie masz wiary, nie ufasz, nie masz charyzmatów. Wtedy gadaj, ale nikt Cię słuchać bracie i siostro nie będzie. I piszę to dlatego, że byłem taki, gadałem, oceniałem, prawiłem kazania i co i nic! Dopiero wyjście i trwanie, przebywanie i przeżywanie codzienności wśród "grzeszników" uczyniło moją misję świętą i owocną, a także uświęciło mnie samego.

Gdy mieszkałem w akademiku i pojechałem na Przystanek Woodstock dostało mi się okrutnie od "prawdziwych katolików", czy "świętych" za to, że jadę czy mieszkam tam gdzie jest grzech. Owszem pojechałem i byłem. Nie ewangelizowałem. Nie nawracałem, nie gadałem o Jezusie i Jego mocy, czasem tylko założyłem koszulkę chrześcijańską i tyle, milczałem i robiłem swoje. I wiecie co? Dziś wiele osób do mnie pisze, bo widzą, że ich nie nawracam, ale z nimi rozmawiam i towarzyszę im w ich trudach.

Tak, chodziłem do wioski Kryszny, chodziłem tam gdzie jest grzech, tam gdzie jest trucizna, widziałem grzech. Dziś mija miesiąc od Woodstocku i nie straciłem wiary, nic mnie nie opętało, duchowo raczej się rozwijam niż cofam, nowe znajomości podtrzymuję, Boga w tych ludziach dostrzegam, ich poszukiwania sensu, od czasu do czasu się z nimi spotykam i rozmawiam, a dla tych, którzy wieszczyli mi opętanie i inne zagrożenia duchowe mam Słowo Boże, Ewangelia wg świętego Marka rozdział szesnasty, wersety od siedemnastego do osiemnastego:

"Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, i ci odzyskają zdrowie".

Tym bardziej mi chyba nic nie grozi jeśli prowadzę, regularne życie sakramentalne, czytam Słowo. To są dla mnie podstawy chrześcijaństwa. No ale cóż, lepiej bać się samemu niż ruszyć się bo i po co. Łatwiej oceniać i krytykować, łatwiej skazać woodstockowiczów na potępienie, niż podać im rękę. A jeśli sobie normalny człowiek jedzie, to lepiej go zbesztać, posądzić od czci i wiary (choć w jakimś wpisie było, że nie chce posądzać, ale do tego to zmierzało), nazwać go zdrajcą ojczyzny. Łatwiej go zastraszyć, niż dodać odwagi i wspomóc modlitwą czy czynem.

Dlatego wielki szacunek dla ludzi ewangelizujących na Woodstocku i tych na PJ, ale i przede wszystkim dla wszystkich wierzących, którzy jechali po cywilnemu i dali ciche świadectwo wiary w swoich czynach.

W akademiku nikt nie wiedział czemu wstaję wcześniej niż wszyscy i idę na Mszę do karmelu, który jest naprzeciwko akademika. Nikt nie wiedział czemu i gdzie znikałem, nie tylko w niedziele, ale i w dni tygodnia. Lecz po jakimś czasie nie znikałem sam, lecz z towarzyszami, po cichu, gdy nikt nie widzi, bo jak się modlisz to zamknij drzwi i módl się w ukryciu gdzie widzi Cię Twój Ojciec Niebieski! (por. Mt 6,6).

No to idę, bo szkoda słów, lepiej jest być i trwać i służyć. Uwierzyłem - więc idę śmiało do przodu, uwierzyłem - więc idę, bo ludzie czekają, by wyrzucić złe duchy i włożyć na nich ręce, by ci odzyskali zdrowie.

Panie oto ja- poślij mnie! Bo lepiej jest być i trwać, niż gadać. Bo gdy zobaczą, że uczciwie przy nich trwasz, to wtedy i słuchać Cię będą. A Pan stosownie Cię do tego w potrzebne charyzmaty uposaży.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Tematy w artykule

Skomentuj artykuł

Bądź, a nie gadaj!
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.