3 rzeczy, które pozwoliły mi spotkać Boga

3 rzeczy, które pozwoliły mi spotkać Boga
(fot. pixabay.com)
Rafał

Pierwszym i nadrzędnym dobrem, jakie otrzymałem i nadal otrzymuję od Boga jest Jego obecność. Świadomość, że On nigdy mnie nie zostawił.

Długo się zastanawiałem, czy coś w ogóle tu pisać. Czy to, czego w życiu doświadczyłem jest aż tak wyjątkowe? Przecież Pan Bóg doświadcza wielu ludzi, wielu odkrywa Jego działanie, więc nie jestem jedyny.

Ale nie! Moje przeżycia są wyjątkowe, bo są moje! Bóg tak cudownie zadziałał w moim życiu, tak niespodziewanie, i tylko w ten jeden, jedyny sposób - specjalnie dla mnie. Ale po kolei.

Kiedy moja mama mnie urodziła, miała 43 lata. Byłem piątym dzieckiem i lekarze wtedy (a był to 1995 rok) doradzali aborcję. Twierdzili, że albo urodzę się chory, albo urodzę się martwy, albo coś się stanie mojej mamie. Oczywiście mama podjęła jedyną słuszną decyzję i tak oto pewnego czerwcowego poranka przyszedłem na świat. Cały i zdrowy.

Po kilku dniach wyszedłem razem z mamą (też całą i zdrową) ze szpitala. Tak mijał dzień za dniem, przyszła szkoła. Razem z czasem szkoły rozpoczął się dla mnie czas posługi w parafii. Moja mama była "ostoją wiary" w naszym domu i kiedy byłem mały codziennie chodziłem z nią do kościoła.

W wieku 8 lat postanowiłem zostać ministrantem i 18 maja 2003 roku (w dzień urodzin Karola Wojtyły) pierwszy raz stanąłem przy ołtarzu. Nigdy chyba nie zapomnę tego dnia - te emocje, to podekscytowanie, że moje największe, jak na ten wiek, marzenie właśnie się spełnia.

Kilka miesięcy później ksiądz proboszcz pozwolił mi czytać w czasie Mszy (tak, ośmiolatek, któremu wystawał czubek głowy z ambony czytał czytanie w czasie Liturgii). Lata mijały, a ja niezmiennie służyłem przy ołtarzu.

Przyszedł czas gimnazjum, a ja wbrew wszelkim stereotypom, zamiast odwracać się od Kościoła, jeszcze bardziej się angażowałem. Dołączyłem do wspólnoty młodzieżowej, pomagałem w kościele, redagowałem gazetkę parafialną.

To wszystko dawało mi poczucie, że jestem komuś potrzebny. Nie czułem się samotny, ale parafia stała się, zaraz po domu i szkole, miejscem, gdzie spędzałem najwięcej czasu. A że byli tam moi znajomi, to nie sprawiało mi to żadnego problemu.

Brakowało tylko jednego - prawdziwej więzi z Bogiem. Brakowało w moim życiu Jego realnej obecności. Wiedziałem, że gdzieś tam sobie siedzi na chmurce, ale nie czułem Go tak naprawdę w sobie.

Aż wreszcie przyszedł 2010 rok. Miałem wtedy 15 lat. W marcu mama zachorowała na nowotwór i po niecałych dwóch miesiącach zmarła - trzeciego maja, w uroczystość Matki Bożej Królowej Polski. Nie mogłem w to uwierzyć, ta myśl kompletnie nie mieściła mi się w głowie.

Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem jeszcze tego samego dnia, to pobiegłem do kościoła na nabożeństwo majowe. To, które moja mama tak bardzo uwielbiała, nigdy żadnego nie opuściła. Klęczałem przed Najświętszym Sakramentem, nie pamiętam co mówiłem, czy w ogóle coś mówiłem. Liczyło się dla mnie w tym momencie tylko to, że jest przy mnie Chrystus - Ten Prawdziwy, w swoim Ciele. W dzień pogrzebu nie potrafiłem uronić łzy. Wszyscy przechodzili, składali kondolencje, ale ja nadal nie dopuściłem do siebie myśli, co się stało. Do czasu.

W lipcu pojechaliśmy jako Służba Liturgiczna na obóz na Suwalszczyznę. Pewnego wieczoru mieliśmy Adorację Najświętszego Sakramentu. Niby zwyczajna, jak wiele, w których dotychczas uczestniczyłem.

Ale akurat tego wieczoru wszystko co w sobie dusiłem, wszystkie emocje i żale uszły ze mnie. Ryczałem chyba kilka godzin, długo nie mogłem się pozbierać. Potrzebowałem takiego oczyszczenia. Wszystko co we mnie siedziało oddałem Jezusowi, ufając, że On coś z tym zrobi.

I zaczął robić. I w sumie to robi nadal. Z pozornie najgorszej rzeczy, jaka mnie spotkała w życiu, z mojej największej katastrofy, Bóg wyprowadził niesamowicie wiele dobra.

Po pierwsze - moja dojrzałość. Mając 15 lat, nie musiałem tylko nauczyć się podstawowych umiejętności w domu, takich jak pranie czy gotowanie (trzech chłopów w domu, każdy za coś musiał odpowiadać). Nauczyłem się odpowiedzialności za swoje decyzje. Cały czas w głowie siedziała mi myśl: a co by mama powiedziała?. To i myśl, aby nie zawieść taty powodowała, że nie miałem ochoty na żadne głupstwa. Cały mój okres buntu praktycznie chyba nie zdążył się rozpocząć. A jeśli nawet zdążył, to bardzo szybko się skończył.

Po drugie - decyzje, które podjąłem. Szybsze dorośnięcie spowodowało, że podjąłem konkretne, moje decyzje. Wiem, że gdyby mama żyła, nie musiałbym ich podejmować. Żyłbym sobie spokojnie pod opieką rodziców i niczym bym się nie przejmował.

Po trzecie - dobro od innych. Na własnej skórze przekonałem się jak ludzie mogą być życzliwi i dobrzy. Spotkałem się z tym wielokrotnie, począwszy od szkoły, która zafundowała mi obiady, skończywszy na sąsiadce, która podrzuciła jakieś ciasto czy owoce. Na każdym kroku dawało się odczuć tę empatię, życzliwość i troskę. Coś niesamowitego. I to we mnie zaowocowało, bo nie potrafię dobra, które otrzymałem, zatrzymać tylko dla siebie. Robię, co mogę, żeby zarażać nim innych.

Te trzy dobra są tylko wybrane, jest ich o wiele więcej. Wszystkie te dobra, całe Boże prowadzenie, jakie odczuwałem spowodowały, że podjąłem decyzję o wstąpieniu do seminarium. Za tydzień rozpocznę trzeci rok formacji, pod koniec października przyjmę sutannę. Tak jak kilkanaście lat temu spełniało się moje marzenie o służbie przy ołtarzu, tak dzisiaj spełnia się moje marzenie o kapłaństwie.

Do święceń mi daleko, droga formacji seminaryjnej jest długa i trudna, ale przede wszystkim piękna. Boże wyprowadzanie dobra z mojej życiowej katastrofy jeszcze się nie skończyło. Bóg dał mi wspaniałych braci, z którymi tworzymy bardzo zgrany rocznik, wielu innych braci, z którymi przyszło mi żyć w seminarium, a którzy na każdym kroku mnie ubogacają.

Zauważyliście pewnie, że wymieniając tych kilka dóbr, pominąłem pierwsze. Bo pierwszym i nadrzędnym dobrem, jakie otrzymałem i nadal otrzymuję od Boga jest Jego obecność.

Świadomość, że On nigdy mnie nie zostawił. Nigdy nie czułem się porzucony przez Niego, nigdy nie czułem się całkowicie sam, bo zawsze wiedziałem, że On jest przy mnie. Przy tych wszystkich żalach i smutkach nigdy nie miałem do Boga pretensji, dlaczego mnie tak doświadczył.

I to jest chyba ta wyjątkowość mojego życia. Dzięki Bogu udało mi się to dostrzec. Ale nie jestem jedyny. Bóg nigdy nikogo nie opuszcza. Nigdy! Choćby spotkała cię największa katastrofa, Bóg wyprowadzi z niej dobro. Zaufaj Mu! Bo On zawsze będzie przy tobie.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

3 rzeczy, które pozwoliły mi spotkać Boga
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.