Lech Dorobczyński OFM: jak Bóg już coś daje, to z rozmachem

Lech Dorobczyński OFM: jak Bóg już coś daje, to z rozmachem
(fot. Tomasz Augustynowicz)
Małgorzata Gadomska

Artyści "wiedzieli, że nie mogą wyjść na scenę i «pacnąć» sobie pioseneczkę. Bóg jest Reżyserem - do tego bardzo nieprzewidywalnym. I to w Nim kocham najbardziej" - mówi autor scenariusza koncertu na Campus Misericordiae.

Małgorzata Gadomska: Ojciec jest przyjacielem wielu znanych polskich muzyków, m.in. Kuby Badacha, Kasi Cerekwickiej czy Adama Sztaby. Jak Ojciec odczytuje wasze spotkanie z perspektywy tego, czego wspólnie dokonaliście podczas ŚDM? Co pojawiło się pierwsze w Ojca życiu: muzyka czy myśl o zakonie?

Lech Dorobczyński OFM: Od dzieciństwa chciałem być księdzem. I od dzieciństwa lubiłem muzykę. Myślę, że obie pasje wzięły się stąd, że Bóg co rusz stawiał na mojej drodze świetnych kapłanów, którzy zajmowali się muzyką (od poważnej po gospel). Przed maturą zastanawiałem się, jaką drogę ostatecznie wybrać: zakon czy akademia muzyczna. Poszedłem do zakonu. A Bóg - jakby w nagrodę - jeszcze bardziej pobłogosławił tę zakonną drogę muzyką. Nigdy bym nie przypuszczał, będąc w liceum, że to, co wówczas było tylko w sferze moich marzeń, w przyszłości stanie się rzeczywistością. Zauważyłem, że Bóg jak już coś daje, to tylko z rozmachem. Marzysz, by usłyszeć na żywo chór gospel? To Bóg cię posyła do Przemyśla i Konina, gdzie z pomocą Dobrych Ludzi zakładasz takie chóry. Dzięki temu poznałem fantastycznych muzyków - zarówno polskich jak i zagranicznych. I - co ważne dla obu stron - poznałem ich nie jako muzyk, ale jako kapłan. A jak odczytuję spotkanie tych muzyków w kontekście koncertu uwielbienia na Światowych Dniach Młodzieży? Jako plan Boży. To Bóg jest Reżyserem - do tego bardzo nieprzewidywalnym. I to w Nim kocham najbardziej!

Jak doszło do tego, że spotkaliście się z Adamem Sztabą w jednym z najważniejszych wydarzeń muzycznych i duchowych w Polsce ostatnich lat?

DEON.PL POLECA


Tu znów ukłon w stronę Bożej nieprzewidywalności (śmiech). Adama poznałem na ślubie Kuby Badacha. Pewnego dnia Adam przyjechał do mnie do Krakowa. Wziąłem go na obiad. Okazało się, że na tym obiedzie byli też księża z dekanatu. Wśród nich mój znajomy - ks. Marek Hajdyła. Mówię Adamowi: "Chodź, poznasz dobrego księdza". Po kilku tygodniach zadzwonił do mnie ks. Marek i powiedział: "Wiesz, jestem szefem Wydarzeń Centralnych ŚDM. Od pewnego czasu rozmawiamy o muzyce. Nie umiem tego spotkania z Adamem odczytać inaczej jak znaku od Pana Boga". I w ten sposób Adam został jednym z aranżerów i dyrygentów ŚDM. Po kilku miesiącach znowu dzwoni ks. Marek: "Adam chce, byś dołączył do Zespołu ds. Muzyki ŚDM". Natychmiast przypomniał mi się tekst z "Rejsu": "Chciałbym zaproponować pana, który mnie zaproponował" (śmiech). Spytałem o zgodę mojego prowincjała. Pozwolił i pobłogosławił. Zebrania Zespołu były fascynujące! Znakomita ekipa - bardzo profesjonalna. Na którymś ze spotkań usłyszałem: "Lechu, stwórz scenariusz koncertu uwielbienia po czuwaniu z Ojcem Świętym". Pomyślałem wtedy, że Bóg ma większe poczucie humoru ode mnie (śmiech).

Najważniejszy był pomysł na koncert. Wiedzieliśmy, że nie chcemy, by to był jeden z wielu koncertów uwielbienia. Dlatego tak ważna była myśl główna. Prosiłem Boga o światło. I przyszło - w… autobusie. Jadąc do szkoły odmawiałem Koronkę do Bożego Miłosierdzia w intencji moich uczniów. Nagle się zorientowałem, że klepię ją bezmyślnie. Zacząłem więc jeszcze raz: "Wierzę w Boga, Ojca Wszechmogącego…". I nagłe olśnienie: scenariuszem tego koncertu musi być Credo! Poleciałem z tym pomysłem do bp. Grzegorza Rysia, a on mówi: "Jeśli to ma być Credo, to zauważ działanie Bożego Miłosierdzia w poszczególnych artykułach wiary". I w ten sposób powstał tytuł koncertu: "Credo in Misericordiam Dei" - Wierzę w Boże Miłosierdzie.

ŚDM identyfikuje się głównie z katolikami, ale jest to spotkanie otwarte na wszystkich. W scenariuszu koncertu poszliście jeszcze dalej i zdecydowaliście, że będzie miał charakter ekumeniczny. Jak klarowała się koncepcja?

Powoli. I to aż za bardzo (śmiech). Każdy pomysł musiał być zatwierdzony przez zespół. To, co wypracował zespół, szło "na biurko" bp. Damiana Muskusa - głównego koordynatora ŚDM. To, co zatwierdził bp Damian, szło do Watykanu i czekało na potwierdzenie Papieskiej Rady ds. Świeckich.

Któregoś dnia przychodzi odpowiedź z Watykanu: pomysł na koncert jest zatwierdzony. W tym czasie rodzi się myśl, by do udziału w tym koncercie zaprosić chrześcijan z różnych Kościołów. Ale jak ich przekonać? Tym już zajął się Duch Święty. I to na tyle profesjonalnie, że żaden z zaproszonych gości nawet się nie skrzywił (śmiech). Bardzo wzruszającym momentem był utwór "How great is our God", który wykonali: Andrzej Lampert - katolik z Polski, Wayne Ellington - protestant z Wielkiej Brytanii i Joshua Aaron - Żyd mesjanistyczny z Izraela. To było niezwykłe świadectwo trzech Przyjaciół, którzy śpiewają dla Jednego Pana. A chwilę później jeden z najbardziej "kontrowersyjnych" artykułów Credo (ten o Kościele) śpiewają już wszyscy! Jak to się stało? Poprzedziła go bardzo mocna modlitwa, którą poprowadził franciszkanin, o. Leonard Bielecki i protestantka Diana Droździel: "Jezu. Modlimy się także za Kościół - Twoje Ciało. Wybacz nam, że nadal jest podzielony - przez co jesteśmy zgorszeniem dla świata. Pokaż nam, co zrobić, by miłość między nami była czymś realnym, a nie tylko teorią. Ucz nas jedności - mimo różnorodności. I dziś - jako jeden Kościół, jako jedno Ciało - chcemy wykrzyczeć światu naszą wspólną wiarę w Twojego Ojca". Tak. To było bardzo mocne przeżycie dla wszystkich.

Trochę nie wyobrażam sobie procesu twórczego, zmagań w Zespole, w którym każdy z członków miał wieloletnie doświadczenie, ale i swój wyrazisty charakter, własne rozumienie Kościoła czy muzyki religijnej. Jak dochodziliście do konsensusu?

Zespół ds. Muzyki tworzyła grupa profesjonalistów - poza mną (śmiech). Ci ludzie reprezentowali przeróżne światy muzyczne. I o to chodziło, bo przecież Światowe Dni Młodzieży to modlitwa, spotkania i cała masa muzyki (pieśni liturgiczne, śpiewy lednickie, Festiwal Młodych, pieśni uwielbienia...). Właśnie dlatego było czterech aranżerów i sześciu dyrygentów. Nie ma szans, by całość ogarnął jeden człowiek. Co tydzień, a czasem częściej, spotykaliśmy się w wąskim gronie osób odpowiedzialnych za dane wydarzenie (w naszym zespole pracowali: ks. Marek Hajdyła - dyrektor Wydarzeń Centralnych, ks. Robert Tyrała - odpowiedzialny za muzykę podczas ŚDM, Adam Sztaba - kierownik muzyczny wydarzenia, Gabriela Gąsior - dyrygentka chóru i zespołu wokalnego, oraz wspaniała koordynatorka Weronika Griszel we współpracy z Łukaszem Jarockim). Z kolei raz na jakiś czas odbywały się spotkania całego Zespołu, gdzie w szerokim gronie omawialiśmy wykonane prace.

Jak wyglądał proces doboru utworów?

Schemat koncertu był taki: zapowiedź danego artykułu Credo, modlitwa uwielbienia w różnych językach i utwory, które będą kontynuacją tej modlitwy. Większość utworów przyszła szybko. Ale są takie artykuły, do których ciężko znaleźć dobry utwór. Największy problem mieliśmy z artykułem "w Święty Kościół powszechny". No bo co tu zaśpiewać? "Kościoła słuchać w każdy czas"? (śmiech). Wydzwaniam po ludziach. Pomagają wybitnie. Szukamy przede wszystkim utworów znanych, tak, by jak największa ilość uczestników ŚDM mogła włączyć się w śpiew. Udało mi się zebrać prawie dziewięćdziesiąt utworów. Potem usiedliśmy z Adamem i zaczęliśmy je przesłuchiwać. Wybraliśmy ponad dwadzieścia. Adam, jako kierownik muzyczny, bardzo pilnował, by były zróżnicowane, tak, by koncert w pewnym momencie nie stał się nudny.

Czy artyści czuli się wygodnie w dobranych przez Was pieśniach?

Równolegle z repertuarem powstawała lista artystów. Słuchając oryginalnego wykonania jakiegoś utworu, często mieliśmy już z tyłu głowy nazwisko artysty, któremu chcielibyśmy go zaproponować. Oczywiście, ostateczną decyzję podejmował Adam, który pisał aranżacje. I to on rozmawiał z artystami o szczegółach, tak by czuli się w tych utworach dobrze.

Ci artyści nie byli z przypadku. Choć proponowano to nam, nie chcieliśmy tak zwanych gwiazd. Nie chcieliśmy, by którykolwiek z artystów przesłonił sobą Jezusa. Założenie było proste: to On ma być Numerem Jeden tego wieczoru. Dlatego zaprosiliśmy nie tylko dobrze śpiewających, ale i wierzących.

Dla kogoś, kto nigdy nie brał udziału w trudnych przygotowaniach do tak wielkiego wydarzenia, wiele sytuacji mogło być szokiem. Tu jednak widać było, że podczas koncertu wielu artystów modliło się swoją pieśnią i miało duży spokój. Czy przygotowywałeś ich duchowo?

I w tym właśnie pomaga kapłaństwo (śmiech). Jak refren powtarzałem artystom słowa: "Pamiętaj, w co wchodzisz. Ten koncert ma być uwielbieniem - ale nie Ciebie…". A oni uśmiechali się i odpowiadali: "Wiem". Każdy z nich mówił o zaszczycie, jaki ich spotkał. Każdy z nich miał poczucie, że ten koncert nie może być kolejnym (największym!) "jobem" w ich życiu. Wiedzieli, że nie mogą wyjść na scenę i "pacnąć" sobie pioseneczkę, tylko muszą poprowadzić ludzi w uwielbieniu. A żeby móc kogoś poprowadzić w modlitwie, sam musisz się modlić. Tak samo było z Adamem. Nigdy mu o tym nie powiedziałem, ale docierały do nas głosy zaskoczonych chrześcijan: "Adam Sztaba kierownikiem muzycznym koncertu uwielbienia?! Nie! To nie ma szans powodzenia!". Dlatego powtarzałem Adamowi: "Zanim siądziesz do pisania, módl się do Ducha Świętego". I Duch znów powiał jak chciał. A ludzie po koncercie mówili, że czuli się pobłogosławieni jego muzyką.

A jak wyglądał proces tworzenia modlitw, które zaczynały się od słów "Abba, Ojcze"? Napisaliście je razem z bp. Grzegorzem Rysiem.

Nie wyobrażałem sobie, by modlitwy mogły się zacząć inaczej jak słowami: "Abba, Ojcze". To było bardzo świadome nawiązanie do hymnu ŚDM w Częstochowie w 1991 roku. To był hołd dla o. Jana Góry, który już wtedy patrzył na nas z Góry.

Niektóre teksty napisały "się" od razu, a inne rodziły się przez wiele tygodni. I zawsze powstawały na modlitwie. Gdy miałem jakiś problem, z pomocą przychodził niezawodny bp Grzegorz, który mówił: "A weź ten temat ugryź od tej strony".

Do poprowadzenia tych modlitw zaprosiliśmy dwudziestu sześciu młodych ludzi z całego świata (w sumie dwudziestu pięciu, bo jeden na pół minuty przed wejściem na antenę gdzieś się "zapodział" - śmiech). Wielu z nich było wolontariuszami ŚDM. Zabrzmiały więc różne języki: japoński, angielski, litewski, rosyjski, ukraiński, włoski, francuski, hiszpański, portugalski i niemiecki.

Jeszcze został nam wątek połączonych sił chóru ŚDM z głosami DeocentriCity i Deus Meus.

Najpierw powstała koncepcja, by połączyć dwa lub trzy gotowe chóry na co dzień śpiewające uwielbienie i muzykę gospel. Niestety, z różnych powodów to się nie udało. A do Światowych Dni Młodzieży pozostało nam… pięć miesięcy! Prosiliśmy Boga o wskazanie drogi. Wysłuchał nas 27 lutego. Razem z Gabrysią i jej mężem poszliśmy na koncert DeocentriCity - i już wiedzieliśmy kogo zaprosić. Do Asi, Bartka, Diany, Gosi, Karoliny, Kasi, Gabrysi, Pawła i Romka dołączyli Natalia i Paweł z Deus Meus. Dwa tygodnie później w Krakowie odbyła się pierwsza próba wielkiego chóru ŚDM. Kiedy usłyszeliśmy śpiew tych trzystu ludzi, oniemieliśmy! Spotkali się pierwszy raz w życiu, przed chwilą dostali nuty, które widzą pierwszy raz na oczy, a śpiewają jak jeden organizm! Ogromny szacunek należy się ks. Robertowi Tyrale, Wiesławowi Delimatowi, dominikaninowi o. Dawidowi Kuszowi i Bartkowi Karwańskiemu, którzy dokonali przesłuchań ponad dwóch tysięcy zgłoszonych kandydatów i wyłonili cały trzystuosobowy chór.

Po próbie, przy kawałku pizzy, Adam powiedział: "Ten chór również powinien zaśpiewać w koncercie uwielbienia". A ja na to: "Amen"! I po długich rozmowach przyszła decyzja z góry: "OK".

A prowadzący koncert?

Nikt z nas nie miał żadnych wątpliwości, że powinni to być Agata i Tomasz Wolni - zawodowi prezenterzy telewizyjni i - co ogromnie ważne - małżeństwo. Kiedy zadzwoniłem do Tomka z propozycją poprowadzenia koncertu, usłyszałem w słuchawce… ciszę, co jest dość nietypowe jak na standardy rozmowy z Tomkiem (śmiech). Oczywiście się zgodzili, choć mieli wątpliwości, czy dyrekcja telewizji, w której pracowała Agata, wyrazi zgodę, by wystąpiła w konkurencyjnej stacji. Pomyślałem wtedy: "Boże, masz kolejną robotę!". I znów spisał się na medal (śmiech).

Każdy, kto pracował przy organizacji tego koncertu, powie jedno: walka była straszliwa! Ale tam, gdzie pojawiała się ludzka słabość, Bóg natychmiast (albo po chwili) przychodził z pomocą. Mogę śmiało powiedzieć, że Bóg sam sobie przygotował ten koncert, a my tylko troszeczkę Mu w tym pomogliśmy.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Lech Dorobczyński OFM: jak Bóg już coś daje, to z rozmachem
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.