Cokolwiek uczyniliście jednemu z braci Moich

Cokolwiek uczyniliście jednemu z braci Moich
(fot. alessandro silipo/flickr.com)
ks. Bartłomiej Pępka

Gdy słuchamy biblijnej opowieści o ofierze Abrahama, w naszych sercach powinien się zrodzić niepokój, a wręcz oburzenie. Bo oto słuchamy o Bogu, który od człowieka żąda ofiary niewyobrażalnej, ofiary z ukochanej osoby. Bóg zdaje się mówić: Jeśli chcesz być Mi posłuszny, jeśli rzeczywiście chcesz nazywać się Moim wyznawcą - zrezygnuj z miłości do bliskich ci ludzi. /Rdz 22, 1-29; Mk 9, 2-8/

Duński filozof, Soren Kierkegaard rozważał głęboko tę właśnie biblijną scenę, a rozmyślania nad ofiarą Abrahama zatytułował: Bojaźń i drżenie.

Rzeczywiście, bojaźń i drżenie musiały przenikać serce Abrahama, gdy szedł na górę Moria, prowadząc ze sobą Izaaka. Podobny lęk gości czasami i w naszych sercach. Boimy się napięcia, które w sobie nosimy, napięcia spowodowanego myślą, że wiara i miłość do Boga przeciwstawiać się mogą miłości do drugiego człowieka; że to, co boskie, przeciwstawia się temu, co ludzkie. Niewątpliwie, takie myślenie niejednokrotnie pojawiało się w dziejach ludzkiej religijności.

Kilka przykładów. Tak myśleli pobożni faryzeusze, kapłani i uczeni w Piśmie, gdy w imię obrony Boga skazywali Jezusa na śmierć. Przeciwstawianie miłości do Boga i do ludzi ujawniało się także w postawie tych, którzy na całe życie uciekali od cywilizacji, wspólnoty i bliskich, by w pustelniach szukać kontaktu z Bogiem, odcinając się tym samym od miłości bliźniego. Wyrazem takiego myślenia było niemal do naszych czasów obecne przekonanie, że skupić się na Bogu można, tylko w jakiś sposób rezygnując z tego, co ludzkie; że aby służyć Bogu, trzeba odgrodzić się od drugiego człowieka sutanną bądź zakonnym habitem. Twierdzenie o napięciu między Bogiem a człowiekiem doszło także do głosu w myśli francuskiego filozofa, ateisty - Jeana Paula Sartre'a. Mówił on, że jeśli istnieje Bóg, człowiek jest tylko mizerną marionetką w Jego rękach, więc aby bronić wielkości człowieka, należy postulować nieistnienie Boga.

Także my nosimy w sobie lęk spowodowany owym napięciem między tym, co boskie i ludzkie, między miłością Boga i człowieka. Boimy się stracić Boga, który przecież ma być gwarantem naszego zbawienia i w związku z tym boimy się zaangażować w sprawy człowieka i świata, myśląc, że Bóg tego właśnie nam zakazuje. Sądząc, że Bóg żąda dla siebie wyłącznej miłości, przestajemy kochać ludzi. Czasami zaś dzieje się odwrotnie. Przeciwstawiając miłość Boga i ludzi, wybieramy człowieka, uważając, że musi się to wiązać z całkowitym odrzuceniem Boga.

Najczęściej jednak żyjemy w jakimś rozdwojeniu, chcąc trochę dać Bogu i trochę człowiekowi. To jakby ubezpieczanie się na każdą ewentualność. Tylko że w ten sposób tworzymy połowiczne relacje i z Bogiem, i z ludźmi. Przychodzimy do kościoła, idziemy do spowiedzi, modlimy się, żeby Boga mieć z głowy i gdyby pytał o coś na sądzie ostatecznym, to będziemy mogli wyciągnąć spis odprawionych modlitw, pielgrzymek, Mszy świętych i tym się będziemy usprawiedliwiać. Tym samym, wchodząc w relacje z drugim człowiekiem, ciągle podejrzewamy siebie i innych, że czynimy coś przeciw Bogu. I tak ani Boga nie kochamy naprawdę, ani ludzi.

Takie jest często nasze myślenie. Zwróćmy jednak uwagę na dwa obrazy, które poddaje nam Pismo święte. Pierwszy to wzniesiona, a powstrzymana przez anioła Pańskiego ręka Abrahama. Biblijna historia z Księgi Rodzaju dobrze się kończy. Bóg nie chce, by człowiek składał tak wielką ofiarę. Bóg nie chce, by człowiek rezygnował z ludzkiej miłości. I drugi obraz, o wiele istotniejszy. To Jezus na górze Tabor. Jakub, Jan i Piotr doskonale znali Jego ludzką stronę. Spędzali z Nim tak wiele czasu. Jezus razem z nimi łowił ryby, jadł i pił, rozmawiał. Widzieli, jak się męczy, śmieje, smuci. Wiedzieli, jakie są Jego ludzkie utrapienia i ludzkie radości. Na Taborze zobaczyli coś jeszcze. „Jego odzienie stało się lśniąco białe (...). I przyszli Eliasz i Mojżesz, którzy rozmawiali z Jezusem" (Mk 9, 3-4). Przestraszyli się, bo zobaczyli, że biorą udział w czymś boskim. Zrozumieli, że Jezus - prawdziwy Człowiek i prawdziwy Syn Boży - to ktoś, kto ma dla rozdartego człowieka odpowiedź na jego lęk. On sam jest tą odpowiedzią. On, który łączy w sobie boskość i człowieczeństwo, jest znakiem, że nie ma sprzeczności i napięcia pomiędzy tym, co boskie i tym, co ludzkie. Że nie można przeciwstawiać miłości Boga i człowieka. Że człowiek, który kocha drugiego, nie musi bać się Boga i że kochając Boga, nie musi oddalać się od ludzi.

Wsłuchajmy się w słowa, które są fundamentem Jezusowej nauki: „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci Moich najmniejszych, Mnieście uczynili" (Mt 25, 40) i .. .„kto nie miłuje bliźniego, którego widzi, jakże może miłować Boga, którego nie widzi?" (1J 4, 20b).

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Cokolwiek uczyniliście jednemu z braci Moich
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.