To była pierwsza taka sytuacja. Cały episkopat w stanie oskarżenia

To była pierwsza taka sytuacja. Cały episkopat w stanie oskarżenia
Logo źródła: WAM Gian Franco Svidercoschi

Jeszcze nigdy nie zdarzyło się, by cały episkopat, wszy­scy jego członkowie złożyli dymisję na ręce papieża.

Tym razem wszyscy podali się do dymisji, przyznając się w ten sposób do bardzo poważnych win związanych z przemocą wobec nieletnich oraz z nadużyciami władzy i sumienia, ale też obnażając zarazem upadek jednego z Kościołów, jego hierarchii, jego struktur i metod duszpasterskich. Co więcej, obnażono pewnie też sposób przepowiadania Ewangelii, jej przeżywania, zaprzepaszczający znaczną część jej prorockiego natchnienia.

Nigdy dotąd nie zdarzyło się też, przynajmniej w tak skrajnej formie, by papież został tak bardzo wprowa­dzony w błąd co do niektórych osób i sytuacji. Fakt ten ukazał nieznane dotąd ryzyko, na jakie narażony jest biskup Rzymu, który musi stawić czoła złożonej i zarazem niespójnej rzeczywistości dzisiejszego Ko­ścioła katolickiego. Dlatego, zarządzając sam jeden całą wspólnotą, potrzebuje on ciała (z pewnością nie jest nim rada dziewięciu kardynałów, C9, nawet po ostatnich zmianach), które pomoże mu rozeznać problemy, osądzić sytuację i podjąć właściwą decyzję.

Sprawa pedofilii w Chile nie była po prostu powtórką tego, co stało się w innych krajach.

Sprawa pedofilii w Chile nie była po prostu powtórką tego, co stało się w innych krajach. Nie przypominała skandalu, który wybuchł w Irlandii, gdzie wśród bisku­pów długo panowała zmowa milczenia. W Chile spra­wy przyjęły inny obrót. Tam odkrycie, jak rozpleniła się ta plaga, ujawniło istnienie jeszcze poważniejszego i głębszego (o ile to możliwe) kryzysu, który nieuchron­nie wywiera wpływ zarówno na Kościół powszechny, jak i na samo papiestwo.

Wystarczy zauważyć, że wciąż istnieje pewna klasa episkopalna, która w wielu regionach świata okazuje się być bardzo słabej jakości pod względem nie tylko duszpaster­skim, lecz przede wszystkim ewangelicznym. Wyjaśnia to, dlaczego nigdy nie udało się wprowadzić postulowanej przez Sobór Watykański II kolegialności. Fakt ten tłu­maczy też, dlaczego wobec braku zasadniczego elementu, jakim jest duch komunii, tak trudno jest utrzymać au­tentyczną komunikację pomiędzy Rzymem i Kościołami lokalnymi. Może się natomiast zdarzyć, że nawet papież, zdradzony przez biskupów podsuwających mu fałszywe informacje, może popełnić błąd, i to publicznie.

Zepsucie i jego sprawcy

Przypadek chilijski jest zatem szczególnie emblema-tyczny. Również dlatego, że ukazuje, jak z pozornie mało ważnego epizodu o ograniczonym terytorialnie zasięgu i oddalonego w czasie, może wyniknąć praw­dziwe trzęsienie ziemi - ponieważ zostaje świadomie zignorowany przez władze kościelne. „Myślę, że tu tkwi - powie papież Franciszek - jeden z naszych błę­dów i naszych największych zaniedbań; nie umiemy słuchać ofiar".

Wszystko zaczęło się mniej więcej w latach osiem­dziesiątych ubiegłego stulecia, w Santiago, w parafii El Bosque, którą kierował ksiądz Fernando Karadima. Był kierownikiem duchowym świeckich i księży, których skupiał w założonej przez siebie Unii Kapłańskiej. Cha­ryzmatyczny i popularny duchowny miał wielu wpływo­wych przyjaciół, wśród których byli też politycy. Pod tą fasadą krył się jednak zepsuty, niemoralny człowiek, który molestował dziesiątki chłopców i młodych ludzi, swoich duchowych „dzieci".

Mijały lata, a Karadima nadal dopuszczał się prze­stępczych czynów. Niektóre ofiary zdobywały się na odwagę i próbowały rozmawiać ze swoimi biskupa­mi: nie spotkały się jednak ze zrozumieniem. Nie słuchano ich, nie solidaryzowano się z nimi. Aż do chwili, gdy - nie wiadomo jak - wszystko wyszło na jaw i Kościół nie mógł już udawać, że o niczym nie wie. Wszczęto dochodzenie kanoniczne i na początku roku 2011 Kongregacja Nauki Wiary uznała Karadimę winnym zarzucanych mu czynów. Dochodzenie karne jednak zamknięto z powodu przedawnienia popełnio­nych przestępstw.

Wydawałoby się, że na tym sprawa się zakończy, ale cztery lata później znów odżyła, wywołując jeszcze większy skandal. Papież Franciszek nominował bi­skupem Osorno Juana Barrosa, jednego z ulubionych uczniów Karadimy. Co więcej, jedna z ofiar doskonale pamiętała jeden z aktów przemocy dokonanych przez występnego kapłana, w którym Barros brał udział. W diecezji natychmiast zaczęły się protesty: grupy księży i wiernych świeckich demonstrowały przeciwko nowemu hierarsze, domagając się jego dymisji. Trzeba przyznać, że widząc rosnący sprzeciw wobec jego osoby, Barros sam dwa razy prosił papieża, by pozwolił mu odejść z urzędu, ale odpowiedź zawsze brzmiała: „nie". Koniec, kropka. Papież był nieugięty i pewny swojej decyzji.

Do Rzymu udała się grupa wiernych, którym na za­kończenie jednej z audiencji generalnych udało się spo­tkać z Franciszkiem i wyrazić swoje oburzenie z powodu nominacji biskupa Barrosa. Ale papież potraktował ich bardzo ostro, używając określeń, które być może były nie na miejscu. Mówił o Kościele (mając na myśli die­cezję Osorno), który „stracił wolność, bo daje napełniać sobie głowę politykom, osądzającym biskupa bez żadnego dowodu, po dwudziestu latach sprawowania urzędu. Niech myślą głową i niech nie dają się wodzić za nos tym wszystkim «lewym1», którzy napędzają aferę".

Papież się poprawia

Zarejestrowany telefonem komórkowym wybuch Fran­ciszka zaczął krążyć po internecie, wzbudzając ogromną sensację. Tym bardziej, że według jednego z obecnych papież nie tylko stwierdził, że ludzie z diecezji Osorno są „lewicowi", lecz powiedział też, że są „głupi". Z pewnością nie była to miła wypowiedź, zwłaszcza że Franciszek kilka miesięcy później, w styczniu 2018 roku, miał jechać do Chile. A jednak, pomimo otrzymywanych informacji, ab­solutnie nie zamierzał zmienić zdania. Problem nie istniał. Przybywszy do Santiago, zaledwie wspomniał o „nie­odwracalnych krzywdach wyrządzonych dzieciom przez ludzi Kościoła"16; uczynił to nie tylko w sposób bardzo ogólny, ale też i w niestosownych okolicznościach, pod­czas spotkania z władzami i z korpusem dyplomatycznym.

Tak jest bezpiecznie i koniec! Trzy dni później w Iquique, gdy dziennikarze ponownie spytali go o kry­zys w Chile, powtórzył: „ten, kto oskarża bez dowo­dów, z uporem, dopuszcza się oszczerstwa. Ale jeśli ktoś przyjdzie i przedstawi mi dowody, to ja pierwszy go wysłucham". Te wypowiedziane naprawdę nieostrożne słowa zabrzmiały szczególnie źle w ustach papieża. A za­razem - z pomocą Opatrzności! - miały przyczynić się do radykalnej zmiany postawy Franciszka i jego decyzji.

Do wypowiedzi tej za kilka godzin bardzo odważnie nawiązał z wyraźnie polemiczną intencją przewodniczą­cy Komisji Ochrony Nieletnich kardynał Sean O'Malley: „Słowa, które mówią: «Jeśli nie możesz udowodnić swoich stwierdzeń, nie można ci wierzyć», to porzucenie tych, którzy doświadczyli przestępczej przemocy, na wygnanie i niesławę".

Franciszek zrozumiał, że zrobił błąd.

Franciszek zrozumiał, że zrobił błąd. W drodze po­wrotnej z Ameryki Łacińskiej podziękował O'Malleyowi za jego krytyczną uwagę i poprosił o przebaczenie tych, których mógł obrazić. Później napisał, że popełnił „po­ważne błędy w ocenie i postrzeganiu sytuacji, szcze­gólnie z powodu braku prawdziwych i wyważonych informacji".

Zaledwie kilka dni wystarczyło, by papież zmienił poglądy i przygotował plan działania. Franciszek wy­słał do Chile swojego zaufanego eksperta, arcybiskupa Charlesa Sciclunę. Jego raport, będący owocem lektury szeregu dokumentów i wysłuchania zeznań świadków, liczył 2300 stron zawierających - często szokujący - opis tego, co działo się w Chile przez ostatnie kilkadziesiąt lat.

Od tej chwili bieg wydarzeń bardzo przyspieszył. Jak­by Franciszek odczuwał potrzebę ujawnienia prawdy, oddania sprawiedliwości, ale też w pewien sposób uwol­nienia się od brzemienia błędów, które nazbyt długo sam popełniał z nadmiaru troski o bezpieczeństwo wspólnoty. I może właśnie dlatego, nim wezwał do siebie episkopat chilijski, poprosił o spotkanie z trzema z ofiar Karadimy, które najbardziej zaangażowały się w publiczny protest przeciwko biskupowi Barrosowi.

Tekst pochodzi z książki "Odwieczne zło. Klerykalizm i pedofilia w Kościele"

1. Słowo, którego użył tu papież Franciszek, wskazując na sprawców protestów, jest właściwie nieprzetłumaczalne. Mówiąc po hiszpańsku, użył sformułowania: „Piensan con la cabeza y no se dejen llevar por las narices de todos los zurdos, que son los que armaron la cosa”. Określenie los zurdos oznacza „leworęcznych”, w sensie politycznym „lewicujących” (i tak jest najczęściej w tym kontekście tłumaczone), a w języku potocznym także homoseksualistów. W języku włoskim wyrażenie sinistròrso, jak tłumaczy Svidercoschi zurdo, oznacza „lewoskrętny”, „leworęczny” lub „lewicujący” (por. http://www.treccani.it/vocabolario/sinistrorso). Wersji oficjalnej tych słów nie ma, gdyż była to wypowiedź papieża Franciszka w tłumie, na placu świętego Piotra w maju 2018 roku, zarejestrowana smartfonem przez jednego z obecnych (przyp. tłum.).

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Gian Franco Svidercoschi

Kościół. Świętość i grzech. Nadzwyczajne dobro i odwieczne zło.

Od starożytności chrześcijaństwo zmaga się z dwoma demonami: klerykalizmem i pedofilią. Ten piekielny związek, który wyrządził wiele krzywd, został rozbity całkiem niedawno. A towarzyszyło temu wielkie...

Skomentuj artykuł

To była pierwsza taka sytuacja. Cały episkopat w stanie oskarżenia
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.