Włosi coraz bardziej podzieleni ws. imigrantów

Włosi coraz bardziej podzieleni ws. imigrantów
(fot. shutterstock.com)
Sylwia Wysocka / PAP / pk

Po wielu bezskutecznych apelach ponawianych w ostatnich latach Rzym po raz kolejny prosi UE o pomoc wobec kryzysu imigracyjnego. Problem ten głęboko podzielił same Włochy; mnożą się protesty lokalnych władz i mieszkańców przeciwko napływowi imigrantów.

W coraz gorętszej dyskusji pojawiają się opinie o porażce Unii Europejskiej, która nie jest w stanie zgodnie odpowiedzieć na kryzys i skutecznie pomóc Włochom, jak i o słabości samego rządu Matteo Renziego, niezdolnego do powstrzymania fali uciekinierów z Afryki i Bliskiego Wschodu.

Od początku roku na włoskie wybrzeża dotarło ponad 50 tys. uchodźców; większość z nich uratowały z łodzi i pontonów dryfujących na Morzu Śródziemnym włoskie i zagraniczne statki uczestniczące w unijnej operacji polegającej na patrolowaniu akwenu.

W debacie publicznej padają też argumenty, że napływ imigrantów, koczujących także na dworcach, w parkach i w miejscowościach nadmorskich, może zagrozić branży turystycznej, utrzymującej setki tysięcy ludzi.

DEON.PL POLECA

Podczas gdy niektórzy domagają się od władz natychmiastowego usunięcia imigrantów ze stacji kolejowych i miejsc publicznych, inni zbierają pieniądze na pomoc dla nich, przynoszą im jedzenie oraz środki higieniczne i ubrania. O wielu takich spontanicznych gestach informują media, podkreślając zazwyczaj, że Włosi wyręczają niemogące dojść do porozumienia państwa Unii. W ten sposób wspierają zarazem inicjatywy lokalnych władz, które tworzą miasteczka namiotowe i uruchamiają machinę doraźnej pomocy humanitarnej.

To, co dzieje się w rejonie mediolańskich i rzymskich dworców oraz w wielu innych miejscach, to nowa odsłona kryzysu imigracyjnego. Jeszcze kilka miesięcy temu największym problemem było całkowite przepełnienie ośrodków dla nielegalnych imigrantów i azylantów oraz poszukiwanie dla nich nowych centrów.

Teraz nowym zjawiskiem są tysiące przybyszów, którzy nie chcą przebywać w takich ośrodkach, bo dla nich Włochy są jedynie pierwszym etapem podróży dalej na północ Europy - do Francji, Szwajcarii, Niemiec, Wielkiej Brytanii i Skandynawii. Określa się ich jako "imigrantów tranzytowych". Domagają się przepuszczenia przez włoską granicę do innych krajów wzorem dziesiątek tysięcy Afrykańczyków, którzy wcześniej zrobili to samo. Symbolem tego zjawiska, od dawna znanego i traktowanego z milczącym przyzwoleniem, stało się miasto Ventimiglia przy francuskiej granicy. Żandarmeria Francji nie wpuszcza czekających tam na zielone światło nielegalnych imigrantów, którzy przebyli cały Półwysep Apeniński. Przez dłuższy czas koczowali oni na skałach, grożąc strajkiem głodowym.

Los tych ludzi i kwestia zamknięcia przez Francję granicy doprowadziły do ostrej wymiany zdań między przedstawicielami władz w Rzymie i Paryżu, ktorej skutki starali się później załagodzić Matteo Renzi i prezydent Francois Hollande.

W mediach padały w ostatnich tygodniach słowa krytyki pod adresem Polski, która protestowała przeciwko wyznaczonym przez Komisję Europejską kwotom imigrantów, jacy mieli być rozmieszczeni we wszystkich państwach członkowskich. W tym kontekście politycy lewicy uznawali za niedopuszczalne to, że - jak mówili - Warszawa przyjmuje ogromne sumy z unijnych funduszy, a nie chce uczestniczyć w inicjatywach solidarności z krajami UE, borykającymi się z kryzysem imigracyjnym.

- Histeria i egoizm - podsumował takie postawy grupy państw unijnych Renzi. - Nie oczekujemy, że ktoś za nas rozwiąże ten problem, ale uważamy, że powinien przeważyć dwumian: solidarność - odpowiedzialność - oświadczył.

Z rozczarowaniem przyjęto wyniki szczytu UE pod koniec czerwca, gdzie doszło do ostrego sporu o plan przejęcia od Włoch i Grecji 40 tys. imigrantów. Według mediów Renzi nie szczędził ostrych słów pod adresem krajów przeciwnych projektowi Komisji w sprawie kwot imigrantów. Nowy, wymagający doprecyzowania plan relokacji uchodźców oparty na zasadzie dobrowolności strona włoska uznała za niewystarczający.

Z jednej strony szef rządu deklaruje, że w razie braku porozumienia na forum UE, jego kraj ma "plan B", polegający na tym, że sam będzie dalej rozwiązywał problem, ale nadal apeluje też o zgodne zaangażowanie wszystkich państw unijnych i skuteczną walkę z przemytnikami ludzi z wybrzeży Libii. Wymiar sprawiedliwości już wymierza im surowe kary. Tunezyjskiego przemytnika statku, w którego katastrofie w 2013 r. zginęło 366 imigrantów, sąd w Agrigento skazał na 18 lat więzienia i 10 mln euro grzywny.

Komentatorzy podkreślają, że mijają lata, a polityka dotycząca imigracji nie zmienia się, za to rosną liczby ilustrujące jej skalę.

Rośnie też bilans ofiar przeprawy przez Morze Śródziemne wśród afrykańskich uciekinierów, wysyłanych na południe Italii przez przemytników ludzi. W dniach, gdy z powodu gorących dyskusji na temat przyszłości Grecji sprawa nielegalnej imigracji niemal całkowicie zniknęła z mediów także w samych Włoszech, na wybrzeża tego kraju każdej doby statki patrolujące Cieśninę Sycylijską przywożą z dryfujących łodzi od kilkuset do ponad tysiąca imigrantów.

Włoski premier powtarza zaś, że jego kraj jest dumny z tego, że ratuje imigrantów i że będzie dalej to robić.

Jednocześnie rząd, w oczekiwaniu na decyzje poszczególnych państw w sprawie liczby imigrantów, którą są gotowe przyjąć, rozważa nowe rozwiązania w sprawie ich rozmieszczenia. Według dziennika "La Repubblica" możliwy jest scenariusz, zgodnie z którym na południu Włoch, głównie na Sycylii, w ośrodkach i innych specjalnie wygospodarowanych strukturach lokowani będą nielegalni uchodźcy oraz osoby ubiegające się o azyl, a na północy ludzie mający już status uchodźców.

Wszystko wskazuje też na to, że rząd Renziego przyspieszy i usprawni procedurę odsyłania tzw. imigrantów ekonomicznych, czyli np. przybyszów z Tunezji. Jednocześnie gabinet, tworzony przez centrolewicę i część centroprawicy, zmaga się z rosnącym na północy Włoch sprzeciwem wobec rozporządzeń MSW, które nakazuje wszystkim regionom i prowincjom przyjmowanie imigrantów.

Protestują prawicowe władze Lombardii, Wenecji Euganejskiej i Ligurii. Na czele buntu stanął gubernator Lombardii Roberto Maroni z Ligi Północnej, który zagroził wstrzymaniem dotacji burmistrzom udzielającym gościny imigrantom.

- U nas jest już komplet, nikogo więcej nie przyjmiemy, sytuacja jest nie do opanowania - oświadczył Maroni na spotkaniu rządu z delegacjami wszystkich 20 regionów.

Podobną deklarację złożył nowy, prawicowy burmistrz Wenecji Luigi Brugnaro. Lider oskarżanej o ksenofobię Ligi Północnej Matteo Salvini nawołuje do protestów przeciwko polityce imigracyjnej rządu Renziego. - Nie można pozwolić na to, aby nielegalni imigranci dotykali włoskiej ziemi - oświadczył. Jako wzór wskazał model australijski, czyli - jak stwierdził - "pomaganie wszystkim, ale bez zabierania kogokolwiek na ląd". Salvini twierdzi, że wobec braku reakcji wspólnoty międzynarodowej Włochy powinny zaprzestać płacenia składek UE i ONZ.

Z sondażu przeprowadzonego pod koniec czerwca dla stacji telewizyjnej RAI News wynika, że tylko 16 proc. Włochów popiera przyjmowanie imigrantów i uchodźców. Jedna czwarta obywateli uważa imigrację za największe zagrożenie dla państwa. 38 proc. twierdzi, że zjawisko to może być powiązane z groźbą terroryzmu. 25 proc. Włochów mówi zaś, że imigracja jest ważnym, dodatkowym zasobem dla ich kraju.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Włosi coraz bardziej podzieleni ws. imigrantów
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.