Piłka nożna a sprawa ukraińska

(fot. EPA/TATYANA ZENKOVICH)

Odnoszę wrażenie, że wojna Rosji przeciw Ukrainie raz jeszcze obnaża jakąś naiwną, infantylną wiarę (rozpowszechnianą niestety przede wszystkim w naszej części Europy), że kawałek zapisanej kartki, opatrzony pieczęciami i podpisami liderów państw ma jakiekolwiek znaczenie w chwili kryzysu. W chwili kryzysu każdy zaczyna bronić swoich interesów a biedny zostaje sam.

 

Legia Warszawa wyleciała z Ligi Mistrzów, gdyż w drugim meczu ze Szkotami (prowadząc już w dwumeczu 6:1) na ostatnie cztery minuty wstawiła nieuprawnionego zawodnika. Regulamin (modyfikowany ponoć przy każdej nowej edycji LM) stanowi, że należy taki klub ukarać dyskwalifikacją. Prawo jest prawo.

           

UEFA, organizator LM, stanowi, że kluby grające w jednej federacji piłkarskiej (np. ukraińskiej) nie mogą występować w innej (np. rosyjskiej) bez zgody tej pierwszej i UEFA. Za niesubordynację grożą surowe kary, włącznie z zwieszeniem w prawach członka UEFA. Po aneksji Krymu (nieuznanej przez zdecydowaną większość państw) kluby krymskie zostały włączone (bez wspomnianej zgody Ukrainy) do federacji rosyjskiej i występują w ligach Rosji. UEFA poinformowała jedynie, że w tej sprawie komentarza nie będzie. Prawo jest prawo, ale to GAZPROM finansuje LM.

           

To proste zestawienie dwóch faktów z boiska piłkarskiego skłania do dwóch banalnych pytań: kogo dotyczą te wszystkie przepisy i ile są warte podpisywane zobowiązania. Odpowiedź jest banalnie prosta: przepisy dotyczą tylko biednych a ich wartość jest w gruncie rzeczy żadna.

           

W 1994 roku zostało podpisane tzw. Memorandum Budapesztańskie, na mocy którego Ukraina przekazała swoją broń nuklearną Rosji, zaś ta, wespół z Wielką Brytanią i USA gwarantowała poszanowanie niezależności i suwerenności istniejących granic Ukrainy oraz powstrzymywanie się od stosowania groźby lub użycia siły przeciw Ukrainie. Brzmi pięknie a ile to warte widzimy oglądając codziennie relacje ze wschodniej Ukrainy.

           

Odnoszę wrażenie, że wojna Rosji przeciw Ukrainie raz jeszcze obnaża jakąś naiwną, infantylną wiarę (rozpowszechnianą niestety przede wszystkim w naszej części Europy), że kawałek zapisanej kartki, opatrzony pieczęciami i podpisami liderów państw ma jakiekolwiek znaczenie w chwili kryzysu. W chwili kryzysu każdy zaczyna bronić swoich interesów a biedny zostaje sam.           

           

Ale to nie tylko ta naiwna wiara w moc traktatów (piszę to w 75 rocznicę paktu Ribbentrop - Mołotow, który pokazał całą złudność naszych paktów z Europą Zachodnią). To również jakieś oświeceniowe przekonanie, że jesteśmy na takim etapie rozwoju społecznego i politycznego, który wyklucza (czyni niemożliwym), czy wręcz nie do pomyślenia jakiekolwiek użycie siły. Głupio nam się wydaje, że wojny to relikt przeszłości!

           

Rosja do tej pory, w konflikcie przeciw Ukrainie, nie uszanowała niczego: anektowała Krym, finansuje terrorystów dostarczając im broń, pieniądze i kolejne oddziały najemników, przewiozła prawie 300 ciężarówek tzw. humanitarnego konwoju, który niewiadomo co wwiózł i co wywiózł. Pozostaje ostatnia granica - otwarte wprowadzenie wojsk na wschodnią Ukrainę i okupacja tego kraju. Czy Rosja się zawaha? Czy możemy a priori wykluczyć taką ewentualność tylko dlatego, że żyjemy w Europie XXI wieku? Według mnie nie.

           

Postawa Europy, świata wobec Ukrainy (de facto najechanej przez Rosję) każe nam z wielką ostrożnością spojrzeć na NATO. Jakość nie potrafię uwierzyć, że Wielka Brytania, Niemcy czy Francja staną w obronie bombardowanego Braniewa czy Tallina. Podejrzewam, że zostalibyśmy poproszeni, aby z umiarkowaniem (jak to się wyraził prezydent Francji wobec władz Ukrainy) traktować agresorów. Raz jeszcze powtarzam, że konflikt między Rosją a Ukrainą pokazał po raz kolejny iluzoryczność wszelkich traktatów i paktów. Byłoby dziecinadą wierzyć, że z NATO będzie inaczej.

           

Wydaje mi się, że to, co dzieje się na wschodniej Ukrainie zmusza nas także do refleksji nad językiem, którym opisujemy ten dramat.

 

Z czym mamy do czynienia w Donbasie: z wojną hybrydową? z kryzysem ukraińskim? z wojną domową? z wojną Rosji przeciw Ukrainie?

 

Kto walczy z armią ukraińską? Rebelianci? Separatyści? Terroryści? Najemnicy? Każdy z tych terminów determinuje widzenie tego konfliktu a co za tym idzie określa również skalę odpowiedzialności Ukrainy, Rosji, USA czy Europy. Nie jest jednak tak, że te terminy narzuca nam rzeczywistość. To raczej tak, że wybieramy te pojęcia ze względu na nasz stosunek do Rosji lub Ukrainy. I również dlatego, że przyjęcie określonej narracji pociąga za sobą konieczność reakcji. Skoro jest to konflikt wewnątrz ukraiński (prawowita władza przeciw bliżej nieokreślonym rebeliantom, powstańcom, separatystom) to pozostawmy rozwiązanie tego konfliktu samym Ukraińcom. Jeżeli Ukraina stała się celem ataku terrorystów to może należałoby widzieć tę batalię jako jedną z odsłon walki z terroryzmem. I zaangażować się weń tak jak czynimy to walcząc z terroryzmem. Jeśli natomiast przyjmiemy, że mamy do czynienia z wojną jednego państwa przeciw drugiemu to wszyscy zdajemy sobie sprawę, że mamy do czynienia z czymś zupełnie innym. Na co oczywiście nie jesteśmy przygotowani.

 

Nie wiemy dzisiaj jak to się wszystko skończy. Nie wiemy nawet jak interpretować wizytę pani Merkel w Kijowie. Ci, którzy mówią, że to poparcie dla Ukrainy przywołują symbolikę tej wizyty (w przededniu ukraińskiego Święta Niepodległości), obietnicę pomocy finansowej dla zrujnowanego Donbasu. Ci, którzy uważają, że to raczej ostatni etap zmiękczania Ukrainy przed wtorkowym spotkaniem w Mińsku twierdzą, że słowa o tym, że Europa ma dość tych kłopotów powinny paść w Moskwie a nie w Kijowie. W takie widzenie tej wizyty miałoby się również wpisywać veto Niemiec wobec baz NATO w Polsce czy też deklaracja, że mimo naruszenia uzgodnień w sprawie konwoju, dalszych sankcji póki co nie będzie. Każdy tę wizytę interpretuje tak jak chce i każdy w niej widzi to, co chce zobaczyć, co zdaje się nie tyle wynika ze złej woli pani Merkel ile z nieprzewidywalności Rosji.

 

Co nam zostaje? Może rację ma papież Franciszek, który wzywa nas, abyśmy Ukrainę zawierzyli, oddali Panu Jezusowi i Maryi. To taki "czynnik", którego wielcy tego świata nie biorą pod uwagę, bo są zakładnikami swoich grup interesu, my zaś, mali tego świata, nie bierzemy go pod uwagę, bo jesteśmy zakładnikami naszego strachu przed tym, co przyniesie jutro. 

 

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

4

Liczba głosów:

24

 

 

Komentarze użytkowników (9)

Sortuj według najnowszych

Komentarz ukryty przez moderatora.

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?