Patriotyzm i proszek do prania

Patriotyzm i proszek do prania
Krzysztof Wołodźko

Przy okazji Dnia Niepodległości mignął mi 11 listopada w "Teleexpressie" news ukazujący jeden z drobnych szczegółów składających się na naszą rzeczywistość. Okazuje się, że w ten dzień Polacy z rejonów przygranicznych z Niemcami jeżdżą tam na zakupy: po tanie proszki do prania i czekoladki. Temat nie tak efektowny jak spalona tęcza, ale wart chwili uwagi.

Jak się okazuje, Dzień Niepodległości da się uczcić na różne sposoby - także dużymi, tańszymi zakupami za zachodnią granicą. Nie piszę tego w formie wyrzutu - część Polaków jest zdecydowanie pragmatyczna i wykorzystuje okazje, by zrobić nawet skromne oszczędności w domowych budżetach. Gdy nad ich głowami toczą się wielkie ideologiczne spory między przeciwnikami i zwolennikami (spalonej) tęczy - mają swoje sprawy. Do których jak widać nie bardzo pasuje cała ta ideologiczna nadrzeczywistość, o którą z reguły toczą się medialne wojenki.

Tu jeszcze jedna ważna kwestia. Niedawno Centrum Badania Opinii Społecznej na zlecenie Kongresu Budownictwa przeprowadziło badania, dotyczące najważniejszych problemów polskiej rodziny. Wśród spraw najistotniejszych respondenci wymienili bezrobocie, niskie zarobki, brak mieszkania i szans na rozwiązanie tego problemu. Jak podaje "Gazeta Wyborcza", na dalszych pozycjach, wśród największych bolączek życia w Polsce znalazły się problemy ze służbą zdrowia, brak żłobków i przedszkoli, kwestia bezpieczeństwa oraz niszczenie przyrody.

Banalne sprawy, ktoś powie. Ale to one decydują o jakości życia w Polsce. Właśnie bezrobocie, niskie zarobki i brak mieszkań, a nie wielkie spory ideologiczne, które przejawiają się w coraz bardziej radykalnych i absurdalnych odsłonach. Gdy jedni straszą faszyzmem, a drudzy ideologią gender - rzeczywistość skrzeczy. A mi trudno uwierzyć, że polskie bolączki załatwi a to delegalizacja nacjonalistycznych organizacji, a to pomstowanie na feministki. Wpływ jednych i drugich na realia życia w Polsce, jeśli uczciwie przyjrzeć się rodzajom problemów, o jakie potykają się tu ludzie, jest niewielki. Myślę, że dla setek tysięcy rodzin w Polsce o wiele ważniejszy jest tani proszek do prania, niż Ruch Narodowy i kilka warszawskich feministek, pisujących regularnie do "Wysokich Obcasów", względnie wykłady z gender studies na uczelniach.

Niestety, w naszym myśleniu o ojczyźnie wciąż najlepiej mają się ideologie spod znaku pompatycznie traktowanych wielkich kwantyfikatorów. Albo myślimy o swoim kraju bardzo wzniośle, albo niemal w ogóle znika nam sprzed oczu. Czasem myślę nawet, że patriotyzm spod znaku "ciepłej wody w kranach" nie był takim głupim pomysłem. Problem z nim polegał niestety na tym, że z kolei lekceważył treść i wartość tożsamości historycznej, wspólnotowej, ideowej. To także dość typowe: skaczemy ze skrajności w skrajność. A tymczasem w polskich warunkach - jak się zdaje - największy sens miałby taki model szacunku do ojczystego kraju, który uwzględnia i zjawiska społeczno-gospodarcze, i równocześnie zawiera pierwiastek tożsamościowy, także emocjonalny. Ale nie chodzi jedynie o to, żeby wzruszać się nad "umęczoną ojczyzną". Idzie także o to, żeby zobaczyć żyjących w niej ludzi - z ich codziennymi troskami i nadziejami. Ale jak to zrobić, jeśli przy okazji największego święta narodowego niemal jedyne dyskusje dotyczyły problemów, którymi żyje "Warszawka" różnych opcji ideowych i politycznych?

A skoro jesteśmy przy Warszawie. Ze względu na medialne przekazy, jakie stamtąd płyną, wydaje się nam ona miastem luksusu i władzy. Ale podczas ostatniego pobytu w stolicy nocowałem w jej okolicach, u Mateusza Matyszkowicza, szefa "Frondy". Późnym wieczorem jechałem zatłoczonym podmiejskim pociągiem, którego kursy są coraz rzadsze i pełne usterek/przestojów na trasie, a skład - krótki. Pociąg był napchany do granic możliwości - ludzie wracali do domów z pracy, ze szkół, z uczelni. I to także jest Polska, której ogromne kontrasty widać już na poziomie stołecznego grodu. No ale ściśnięci jak śledzie w beczce ludzie w podmiejskim pociągu, albo kolejne zamykane szkoły, albo coraz większe problemy z uzyskaniem/spłaceniem kredytu na mieszkanie - to widać nie jest żaden problem w naszym kraju. Publika, podjudzana przez polityków, politykierów, wielkie redakcje i publicystów z klasy średniej, woli się tłuc o "wielką, narodową Polskę", względnie o tęczę. Bo to lekko, łatwo i przyjemnie. Ech, żeby choć przez tydzień takie emocje budziły dyskusje o systemie edukacji, albo o specyfice rodzimej polityki mieszkaniowej!

Nie jest tajemnicą, że duża część Polaków nie czuje się związana ze swoim krajem. A jeśli już - to cienką nicią sentymentalizmu, któremu dla wypełnienia patriotycznego obowiązku wystarczy obejrzenie ekranizacji "Ogniem i mieczem". To nie jest jedynie problem zawartości podręczników do języka polskiego i historii, ale w znacznej mierze - obojętności wobec państwa, zniechęcenia wobec niego i słabych więzi wspólnotowych. Dodajmy do tego brudny kapitał społeczny, którego odpryskiem jedynie jest korupcja polityczna i w głównych zarysach szkic mamy gotowy.

A jaki wniosek z tego felietonu i moja rada? Jeśli zobaczycie w telewizji kolejną bitwę o tęczę - przełączcie kanał choćby na film krajoznawczy. Pożytek z jego obejrzenia będzie znacznie większy.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Patriotyzm i proszek do prania
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.