Jak odkryć swoje powołanie?

Blogi
(fot. unsplash.com)

Czy można sądzić, że Bóg obrał dla kogoś drogę piekarza i tylko na tej drodze ten człowiek może osiągnąć zbawienie? Czy jest uzasadnione upatrywać w konkretnych zawodach planu Boga wobec mnie?

 

Od jakiegoś czasu próbuję zrozumieć słowa św. Pawła z 1 Listu do Koryntian, w którym autor pisze: "Trzeba więc, aby ci, którzy mają żony, tak żyli, jakby byli nieżonaci, a ci, którzy płaczą, tak jakby nie płakali, ci zaś, co się radują, tak jakby się nie radowali; ci, którzy nabywają, jak gdyby nie posiadali; ci, którzy używają tego świata, tak jakby z niego nie korzystali. Przemija bowiem postać tego świata" (7, 29-31). Ciekawą interpretację podaje ks. Stanisław Bielecki w książce Teologia znaków czasu. Zwraca uwagę, że owo "jakby nie" (hôs mè) wymaga od chrześcijanina "przyjmowania w stosunku do rzeczywistości tego świata takiej postawy, by cechowało ją zarówno zaangażowanie, jak i pewnego rodzaju dystans. […] Służba Panu stanowi podstawowy obowiązek chrześcijanina, któremu powinny być podporządkowane wszystkie obowiązki codziennego życia" (s. 73).

 

Z powyższych wniosków rodzi się kilka dalszych. Jeśli to służba Panu stoi na piedestale życia chrześcijanina, to codzienne obowiązki powinny służyć osiągnięciu zbawienia. Są one zatem tylko środkiem lub, mówiąc adekwatnej do charakteru poruszanej tematyki, drogą, po której idąc, człowiek może realizować swoje powołanie do świętości. Doświadczenie pokazuje, że nasz status społeczny się zmienia: jesteśmy uczniami, potem studentami, zakładamy rodziny, pełnimy jakiś zawód (często różne i/lub kilka jednocześnie), stajemy się starcami, umieramy (oczywiście schemat ten jest skrajnie uproszczony).

 

Czy w związku z tym można powiedzieć, że istnieje coś tak powszechnie uznawanego jak powołanie do bycia np. nauczycielem, lekarzem, policjantem itp. (przecież kogoś, kto jest dobry w swoim zawodzie, z przekonaniem nazywamy "nauczycielem, lekarzem, policjantem z powołania")? Czy można sądzić, że Bóg obrał dla kogoś drogę piekarza i tylko na tej drodze ten człowiek może osiągnąć zbawienie? Czy jest uzasadnione upatrywać w konkretnych zawodach planu Boga wobec mnie, poprzez realizację którego mogę zasłużyć na nagrodę radości wiecznej? Co zatem rozumieć w tak pospolitej prośbie młodych ludzi modlących się o "rozeznanie powołania"? Czy upatrywanie w tych słowach prośby o właściwy wybór studiów jest słuszne? W ogóle na jakiej podstawie mogę stwierdzić, że ów wybór jest tym "właściwym"? Czy naprawdę zbawienie człowieka jest uzależnione od pełnienia jakiejś roli w społeczeństwie?

 

Ilu znamy nauczycieli świetnych w swoim zawodzie, a jednak niewierzących? Ilu znamy kapłanów, którzy swoją postawą wyraźnie rozmijają się z tym, co głoszą z ambony? Czy fakt, że ktoś został wyświęcony na kapłana i jako kapłan służy Bogu oraz człowiekowi, może powiedzieć, że ma już zagwarantowane zbawienie? Czy bezdomni lub niewolnicy nie mogą zjednoczyć się z Bogiem w niebie?

 

Szukając odpowiedzi na powyższe pytania, przypomniałem sobie, że bardzo podobną intuicję wyraził sługa Boży ks. Franciszek Blachnicki, założyciel Ruchu Światło-Życie. W książce Idąc, czyńcie uczniami wyróżnia on trzy formy powołania: ogólnochrześcijańskie (powołanie do świętości, do zbawienia), ucznia (powołanie oddających się wyłącznie ewangelizacji) i specjalne (powołanie do kapłaństwa, do życia zakonnego). Nie jest przedmiotem tego artykułu, by szczegółowo opisywać każde z nich. Wystarczy nam jedyne ich nakreślenie. Istotny jest fakt, że nie ma w nich mowy ani o powołaniu do bycia archeologiem, historykiem, botanikiem, ani nawet do życia małżeńskiego.

 

Owszem, może to wprowadzać pewnego rodzaju dezorientację. Czy to znaczy, że dla Boga nie ma znaczenia, "kim będę, gdy dorosnę"? Czy modlitwy o "rozeznanie powołania" są bezsensowne? Czy w perspektywie wyboru drogi życia jestem skazany na samotne poszukiwania?

 

Celem życia człowieka jest osiągnąć życie wieczne w niebie (powołanie do świętości). Jednakże niebo poprzedzone jest drogą na ziemi, gdzie mamy możliwość poznawać Boga, żyjąc w zgodzie z własnym sumieniem, karmiąc się słowem Bożym i sakramentami, opierając się na nauce Kościoła. Istotne jest w tym to, że zbawienie dotyczy każdego człowieka w pewnym sensie "osobnego". Po śmierci czeka nas sąd jednostkowy, podczas którego będziemy sądzeni z tego, jacy byliśmy za życia na ziemi. Wynikają z tego dwa wnioski.

 

Świat, w którym żyjemy, jest areną, na której rozgrywa się nasze "być" albo "nie być" wiecznie szczęśliwym. Nasze czyny dzisiaj decydują o tym, jacy będziemy w wieczności. A ponieważ Bóg zna nasze sumienia i "widzi w ukryciu" (por. Mt 6, 4), nie ma większego znaczenia, czy grzeszymy publicznie, czy bez świadków (np. nawet jeśli nikt nie widzi, że ściągamy na sprawdzianach, to i tak popełniamy grzech przeciw uczciwości; nawet jeśli tylko my wiemy, że kogoś okłamujemy, nie zwalnia nas to z odpowiedzialności moralnej). I tak, i tak grzech odbija się na naszej duszy, co utrudnia osiągnięcie zbawienia.

 

Droga do jego osiągnięcia jest w swej istocie drogą indywidualną (choć nie można jej oddzielać od dróg innych ludzi). Owszem, żyjemy pośród wielu ludzi, ale na sądzie będziemy odpowiadać sam na sam z Bogiem. Na drodze tej kroczy człowiek taki, jaki on konkretnie jest, ze wszystkimi swoimi zaletami i wadami, mocnymi i słabymi stronami, zdolnościami i brakiem zdolności. Każdy z nas jest jakiś, konkretny, zdeterminowany, ograniczony. I tacy my wchodzimy na drogę do świętości, która może być realizowana w przeróżny sposób.

 

Jak zatem "rozeznać powołanie"? Odpowiedź brzmi prosto, choć w praktyce nie jest łatwym zadaniem: należy poznać siebie. Poznać swoje wady i zalety, mocne i słabe strony, przyznać się uczciwie do tego, co potrafię, czego jeszcze nie lub nigdy nie będę potrafił. Powołanie przecież już znamy i w gruncie rzeczy nie ma czego rozeznawać: jest to powołanie do świętości (lub do kapłaństwa czy życia konsekrowanego, lecz tego rodzaju powołanie opiera się na zupełnie odmiennych zasadach). Rzecz jasna, w poznawaniu siebie trudno o obiektywizm. Stąd pomocna może okazać się opinia bliskich osób, które w pewnym sensie widzą nas z boku. Mimo to i tak pierwsze miejsce zyskuje modlitwa, głównie myślna i słowem Bożym. A ponieważ w życiu chrześcijanina rozmowa z Bogiem musi być na szczycie, zdanie drugiego człowieka na nasz temat (różnie wyrażone) winniśmy konsultować z Chrystusem. W ten sposób możemy łączyć obie te rzeczywistości.

 

Tekst pierwotnie ukazał się na blogu borek.blog.deon.pl

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

4

Liczba głosów:

4

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook