Jeśli bezdomni zostaną wyrzuceni, to jakim pięknem pochwali się Kraków?

Blogi
(fot. pl.depositphotos.com/)

Kilka dni temu dowiedziałam się o pomyśle krakowskiego radnego, na pozbycie się bezdomnych z krakowskich plant. Ponoć przeszkadzają turystom w kontemplowaniu piękna królewskiego grodu.

 

Mieszkamy w dzielnicy, w której, mówiąc poetycko, tradycja miesza się z nowoczesnością. Modnie zaprojektowane osiedla z eleganckimi portierami przeplatane klasycznymi w swej prostocie blokami z wielkiej płyty. On pochodzi z tych drugich.

 

Co jakiś czas zajmuje stanowisko przy osiedlowym sklepie. Siada i czeka. Nie narzuca się, nie nagabuje, po prostu siedzi i czeka. Czasem zastanawiam się na co?

 

Codziennie mijam człowieka spod sklepu, pędząc na spotkanie, na zakupy, po dzieci do szkoły. Zachowuję dystans. Pewnego dnia przemykam przez miasto rozzłoszczona jakąś nieprzyjemną sytuacją. Chcę jak najszybciej załatwić co muszę, wrócić do domu i schować się pod koc. Mijany człowiek rzuca z uśmiechem: "Dzień dobry, wszystko się ułoży". Zaskakuje mnie. Wybija z odrętwienia. - Dzień dobry - odpowiadam.

 

Kilka dni później widzę go z ręką na temblaku. Tym razem poza wymianą "dzień dobry", zdobywam się na odwagę by zapytać - co się stało? Opowiada mi o tym, jak upadł i skręcił rękę, jak poszedł do lekarzy, ale ci odsyłali go jeden do drugiego. Tęskni za swoją mamą, która pracowała w jednym ze szpitali na Pradze. "Gdyby mama żyła, na pewno by mi pomogła" - westchnął. "Takiego jak ja każdy zbywa".

 

"Mam na imię Andrzej, ale mówią na mnie Ernest. Wszyscy mnie tu znają. Gdyby was kiedyś ktoś zaczepiał, powiedzcie, że mnie znacie - dadzą wam spokój. Mówię Ci, ja tu posłuch mam. Mnie tu ludzie szanują".

- Ok, dzięki - odpowiadam z uśmiechem.

 

Wysłuchuję jego opowieści. Czeka na to, jest spragniony uwagi, chwili rozmowy. Opowiada dlaczego tu jest, dlaczego nie może wrócić do domu, choć mieszkał dwa kroki stąd. Nie wnikam, nie oceniam jego historii. Widzę w nim człowieka, który z jakiejś przyczyny jest na ulicy i jest głody.

 

- Zaniósłbyś kanapki i wodę - pytam męża, który właśnie wrócił z pracy - ­Ernest dziś znów śpi na ławce. - Jasne. Zanosimy tego i kolejnego dnia, mija lato.

- Masz gdzie spać, kiedy pada deszcz? - pytam go po którejś zimniejszej nocy.

- Tak, mam tam taki barak, i czasem nocuję na działkach. Jest ok, jakoś daje radę.

- Potrzebujesz koca? Ubrań?

- Tak przydałoby się.

 

- Mogę naprawić komputer, gdybyś potrzebowała, znam się na tym, kiedyś studiowałem Informatykę, byłem w tym dobry. Chciałbym się jakoś odwdzięczyć.

- Byłem dziś u Ernesta - mówi mąż -  pomogłem mu odpakować kanapki, coraz gorzej z jego ręką.

 

Pędzę ulicą, jak zwykle w niedoczasie. Jest za dziesięć, czy za pięć, zaraz się spóźnię, nie pamiętam na co. Jest zero stopni, styczeń. Mijam przyprószone śniegiem osiedlowe ławki, trawnik. Dobiegam truchtem do blaszaka. Z niepokojem zerkam na znajome miejsce pod sklepem. Jest puste, zaznaczone plamą brudu, kilka kroków dalej - on, próbuje przejść przez ulicę, wsparty o rosłego mężczyznę w skórzanej kurtce. Ma upaprane spodnie, powłóczy nogami. Wygląda bardzo, bardzo źle. Jeszcze w takim stanie go nie widziałam…

Mijają dni, tygodnie, wyobrażam sobie, że gdy go spotkam uściskam go z radości… choć pewnie nie starczy mi odwagi. Może po prostu powiem, jak się cieszę, że już z nim ok.

 

Ernest zniknął zimą. Tego dnia, gdy kolega przeprowadzał go przez ulicę, widziałam go po raz ostatni. Obawiam się, że umarł. Zostawił po sobie to miejsce pod sklepem… Tak, jest tam teraz czysto, niczym nie zakłócony widok soczystej zieleni sklepowego szyldu komponuje się z połyskującą blachą nowoczesnych drzwi na fotokomórkę. Opodal okazały bilbord, na którym syta, szczęśliwa rodzina droczy się przy obiedzie. Na co Ernest czekał pod sklepem? Myślę, że na spotkanie.

 

Kilka dni temu dowiedziałam się o pomyśle krakowskiego radnego, na pozbycie się bezdomnych z krakowskich plant. Ponoć przeszkadzają turystom w kontemplowaniu piękna królewskiego grodu. Zastanawiam się: - jeśli oni zostaną wyrzuceni, to jakim pięknem pochwali się Kraków? Pięknem zabytkowych murów? Kolorowych szkiełek witraży? Pięknem zieleni miejskiej?

 

Osoby w kryzysie bezdomności uczą nas bardzo wiele o nas samych. W konfrontacji z niedostatkiem drugiego człowieka, najmocniej doświadczamy naszej własnej biedy: braku empatii, strachu przed drugą osobą, przed utratą komfortu. Bezdomni potrzebują spotkania z drugim człowiekiem, tak jak każdy z nas. Potrzebują szacunku, uwagi i miłości, która może się wyrażać w najprostszych gestach - ciepłym kocu, rozmowie, zupie.

 

Ostatnio widziałam Ernesta pod blokiem. Ma amputowaną rękę.

 

*Imię bohatera historii zostało zmienione

 

Tekst pochodzi z bloga almadecasa.blog.deon.pl.

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

2.17

Liczba głosów:

6

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?