Kochaj tych ludzi, a oni sami przyjdą

Julia Bondyra
(fot. archiwum Wolontariat Rób Dobro 24)

Wyjechała na Ukrainę, nie znając języka. Od tego momentu często tam wraca, do ludzi, kościóła i życia, które powstają z martwych.

 


Wstajemy z kanapy to nasz projekt, który jest odpowiedzią na wezwanie, jakie papież Franciszek skierował do nas wszystkich w trakcie Światowych Dni Młodzieży w Krakowie. Będziemy cyklicznie pokazywać ludzi, miejsca, wspólnoty, fundacje i organizacje charytatywne, które w przeróżny sposób pomagają wykluczonym. Będziemy pisać o przestrzeniach, w których każdy z nas będzie mógł się konkretnie zaangażować w dzieło miłosierdzia.

 


 

Zachód nie krzyczy

 

Kiedy jestem na Ukrainie doświadczam ciszy. Zachód nie krzyczy, widzę prawdziwe życie, autentycznych ludzi, kościół, który powstaje na nowo z martwych. Wciąż na nowo zachwycam się tym wszystkim, bo każdy nowo poznany człowiek to kolejna historia i kolejne doświadczenie.

 

Kiedy istniał jeszcze ZSRR, Ukraina była jedną z republik radzieckich. Na kresach pozostało sporo mniejszości polskiej. Były to trudne czasy represji i prześladowań, ponieważ ideologia komunistyczna zabraniała praktykowania wiary i kultywowania tradycji przodków na rzecz utworzenia jednolitego silnego państwa. Kościoły były niszczone lub przerabiane na obiekty kultury, magazyny, archiwa. Ludzi, którzy nie chcieli wyrzec się swoich wartości, uznawano za wrogów narodu i zamykano w więzieniach lub wywożono gdzieś bezpowrotnie.

 

Z takim właśnie obrazem kresów spotkałam się podczas pierwszego wolontariatu w 2013 roku.

 

O uczeniu języka polskiego nie miałam pojęcia

 

O samym wolontariacie usłyszałam w środowisku akademickim we Wrocławiu. Zdecydowałam się na niego jechać, ponieważ wymagania rekrutacyjne były niewielkie, a sam wolontariat trwał od dwóch do trzech tygodni w wakacje. Tak naprawdę to bardziej interesowało mnie zwiedzanie i poznawanie kultury innego kraju.

 

Do moich obowiązków miało należeć przeprowadzenie półkolonii z językiem polskim oraz kurs językowy dla dorosłych. Byłam wtedy na drugim roku fizjoterapii, o nauczaniu języka nie miałam pojęcia. Znalazłam osobę, która zdecydowała się jechać ze mną, koszty też były niewielkie.

 

Zostaliśmy przyjęci jak najlepiej

 

Wszystko zmieniło się, kiedy dotarłam do Lwowa. Nocowaliśmy u starszej pani, która 25 lat temu założyła ten wolontariat. Jej gościnność wzruszyła nas do łez. Malutkie mieszkanie, niedaleko centrum Lwowa, wszędzie wisiały stare fotografie, obrazki religijne, w rogu stary piec kaflowy. Mimo skromnych warunków, zostaliśmy przyjęci jak najlepiej.

 

Opowiedziała nam, jak po odzyskaniu przez Ukrainę niepodległości, na początku lat 90., pojawił się pomysł, aby zapraszać studentów z Polski, którzy uczyliby młodzież języka ojczystego. Inicjatywa wyszła od dzieci i mieszkańców jednej z wsi, w której żyło wiele osób pochodzenia polskiego. Takich miejsc i ludzi było bardzo dużo, a wolontariat miał być odpowiedzią na ich potrzebę.

 

Rób Dobro 24

 

Tak po pewnym czasie wraz z kilkoma przyjaciółmi zdecydowaliśmy się na założenie organizacji, aby pomnażać dobro, jakiego doświadczamy. Długo nad tym myślałam, ale dopiero podczas ŚDM, po słowach papieża Franciszka, i całej atmosferze zdecydowałam się na konkretne działania.

 

Dzisiaj jest nas 10 osób. Mamy swoje miejsce spotkań u Chrystusowców w Poznaniu, mamy kapelana, jesteśmy na etapie rejestrowania stowarzyszenia Rób Dobro 24.

 

Za 2-3 lata stworzymy szkołę misyjną ukierunkowaną na wschód, będziemy mogli organizować dłuższe wyjazdy, położyć większy nacisk na formację. Chcemy też ruszyć z programem edukacyjno-historycznym wśród polskiej młodzieży. Uczyć historii, której nas nie uczono i dawać świadectwo z misji.

 

Wolontariusz jest gospodarzem swojego czasu

 

Budzi cię słońce, pianie koguta albo budzik w telefonie. Jeśli mieszkasz na parafii, to łazienkę i prysznic zazwyczaj masz w budynku. Jeśli nie ma plebanii, gości cię rodzina. Trzeba się dostosować do funkcjonowania parafii, żyć tak jak ludzie i stosować się do trzech zasad misjonarza: niczemu się nie dziwić, niczego nie oczekiwać i zawsze się uśmiechać. Potem zaczynają się zajęcia z dziećmi. Czas trwania i program ustala się samemu.

 

Wspólna modlitwa, lekcja języka polskiego i zabawa. Dla wielu dzieci jest to czas oderwania od codziennych prac przy gospodarstwie. Potem obiad, czas wolny, który zazwyczaj wykorzystuje się na przygotowanie zajęć na wieczór. W międzyczasie jest msza święta i nawet jeśli ktoś jest niepraktykujący, to uczestnictwo w niej buduje relacje z ludźmi, którzy nas przyjmują. Nie chodzi o to, by wciągać ludzi do kościoła, ale o to by dawać dobry przykład, świadectwo szerzyć dobro. Wieczorem jest czas na refleksję, modlitwę, rozmowę, dobry film. Wolontariusz jest gospodarzem swojego czasu.

 

Starsze osoby, które pamiętają więcej, nie ukrywają wzruszenia, kiedy słyszą język polski, chętnie opowiadają o swoich korzeniach, historiach rodzinnych, traktują nas jak swoich. Są dumni z tego kim są. Kiedyś we Lwowie jedna pani zapytana o to, czy nie tęskni za Polską powiedziała, że ona czuję się tak jakby nigdy z Polski nie wyjechała. 

 

"Pobiegła ogłosić to braciom"

 

Podczas ŚDM służyłam muzycznie. Nie miałam czasu, aby przygotować się na wolontariat, na który miałam jechać zaraz po zakończeniu. Z jednej strony czułam silne wezwanie do ewangelizacji, a z drugiej nie miałam funduszy ani materiałów do pracy. W międzyczasie zrezygnowało dwóch wolontariuszy, którzy mieli jechać ze mną, a nigdy nie jeździmy sami.

 

22 lipca było święto Marii Magdaleny, którą papież ogłosił pierwszą apostołką. Ten dzień był dla mnie szczególnym błogosławieństwem. Homilia abp Rysia na temat ewangelizacji zbudowana na historii tej kobiety była punktem zwrotnym w moim sercu. Usłyszałam tam: "Maria Magdalena była pierwszą, która zobaczyła Zmartwychwstałego i po tym spotkaniu od razu pobiegła ogłosić to braciom".

 

To jest cel ewangelizacji. Głoszenie zwycięstwa Zmartwychwstałego. Wszystko pasuje do misji wolontariatu, gdzie głosimy nadzieję tam, gdzie przez tyle lat starano się ją zniszczyć. Życie w Ukrainie nie jest łatwe. Mało pracy, małe zarobki. Ludzie pracują na polu przy domu, by mieć co jeść, bo pensja z pracy wystarcza tylko na czynsz.

 

Ksiądz mieszkał w ruinach kościoła

 

Kiedy myślałam, że nie uda mi się wyjechać, zadzwonili do mnie ludzie, którzy podarowali pieniądze na wyjazd, znaleźli się także wolontariusze, a jedna organizacja załatwiła nam prawie tonę słodyczy. Byłam zaskoczona, jak szybko się to wszystko wydarzyło.

 

Na miejscu okazało się, że parafia do jakiej przyjechaliśmy była dojazdowa. To znaczy, że nikt na co dzień tam nie mieszkał. Nie było też gdzie, bo kościół jest w remoncie, a budynku parafialnego nie było. Ksiądz, który się nami opiekował, wynajął nam mieszkanie.

 

Sam zamieszkał w ruinie kościoła na ten czas, spał na zwykłym materacu na chórze, na betonie, bez dostępu do bieżącej wody, toalety, kuchni… i nigdy nawet nie powiedział złego słowa na ten temat. Takich skromnych i gościnnych księży i świeckich spotkałam wielu podczas wszystkich wyjazdów.

 

Ludzie nam zaufali

 

Przez nasze zajęcia przewinęło się ponad 50 osób. Początkowo zachowywali dystans względem nas, jednak dzieci szybko się do nas przekonały na boisku podczas zabaw. Z dorosłymi było trochę inaczej. Czwartego dnia ksiądz wpadł na pomysł, by jeden z nas wygłosił świadectwo w ramach nauki języka polskiego. Słuchacze mieli wyłapywać słowa, których nie znają.

 

Kolega opowiedział o trudnych doświadczeniach z dzieciństwa, o rozbitej rodzinie; o błędach, jakie popełniał w życiu z tego powodu i o wielkiej miłości Chrystusa, jaka wyciąga człowieka nawet z najciemniejszych momentów życia, w których brakuje już po ludzku nadziei. To wydarzenie przełamało wszelkie mury, ludzie nam zaufali.

 

Zrozumieli, że borykamy się z takimi samymi problemami. Tak pojawiły się pytania o wiarę, o sens życia, rozmowy o trudnościach i ciężkich sytuacjach. Powstała prawdziwa wspólnota, chociaż nikt z nich nie był praktykujący. Każdy w coś po prostu wierzył. Później udało nam się wygłosić cykl katechez dla dzieci.

 

Żona zaczęła się otwierać

 

Pamiętam jedną rodzinę, która miała korzenie katolickie ale nie była praktykująca od 15 lat. Małżeństwo, dwoje dzieci i teściowa. W domu panowała ciężka atmosfera między żoną i teściową, która miała wpływ na życie rodzinne. Zaprosili nas do siebie na kolację. Poszliśmy tam z księdzem i zostaliśmy przyjęci jak swoi.

 

Żona zaczęła się otwierać, poszła do księdza na rozmowę, płakała, coś ruszyło do przodu. Potem mąż. Przyszli kilka razy całą rodziną na mszę świętą.

 

Kiedy wolontariat dobiegł końca, zorganizowaliśmy wycieczkę do Kamieńca Podolskiego. Na koniec dnia zaprosiliśmy ich na mszę świętą. Na koniec wyszedł ksiądz i zapytał, czy ktoś chciałby oddać swoje życie Jezusowi. Jedna kobieta wyszła z ławki, uklękła przed ołtarzem i płakała. Ksiądz położył jej ręce na głowie i modlił się nad nią. Inna postanowiła wyspowiadać się po wielu latach.

 

Zaczęliśmy ją przytulać

 

Dzieci również bardzo się zintegrowały, każdy przyprowadzał swoich znajomych do nas na zajęcia. Same siebie nawzajem nieświadomie ewangelizowały, dzieląc się doświadczeniem ze wspólnie spędzanego czasu. Była tam jedna bardzo szczupła dziewczynka.

 

Wyglądała na bardzo zakompleksioną, zawsze siadała z tyłu i nic nie mówiła. Staraliśmy się ją zachęcać do włączenia się aktywnie w zajęcia, ale nic to nie dawało. Dopiero kiedy zaczęliśmy ją często przytulać, otworzyła się.

 

Kochaj tych ludzi, a oni sami przyjdą

 

Wiele osób pyta mnie, czy ci ludzie nie przychodzą do nas po to, by później wyjechać w poszukiwaniu pracy albo dla innych korzyści. Na pewno są i tacy, ale zadziwiające jest to, że jest ich niewielu. Zawsze pytamy ludzi, dlaczego do nas przyszli.

 

Argumenty są różne: "u nas nic się nie dzieje, ciekawie jest poznawać nowych ludzi i kulturę", "naszych dzieci nie stać na wakacje, niech chociaż tak odpoczną", "mam korzenie polskie, chciałem się czegoś dowiedzieć o historii tego kraju", "u nas nikt nic nie organizuje a tak możemy wspólnie się spotkać pobyć ze sobą".

 

Był taki dzień, kiedy sama nie wiedziałam już co z nimi robić, nie miałam żadnego pomysłu. Ksiądz mi powiedział: po prostu kochaj, kochaj tych ludzi, a oni sami przyjdą, zobaczysz.

 

Magda Nazimek wyjechała do Ukrainy zaraz po ukończeniu 1. roku studiów z fizjoterapii, bez znajomości języka ukraińskiego. Dzięki wspólnocie WPR Mamre, odkryła sens chrześcijaństwa/wiary oraz pragnienie dzielenia się tym dobrem z innymi.

 

Na pierwszy wolontariat pojechała w 2013 r. Początkowo trwał on trzy tygodnie, w kolejnym roku miesiąc, a później całe wakacje na terenie całego Podola. Obecnie jest odpowiedzialna za rekrutacje wolontariuszy oraz organizację wyjazdów.

 

Rób Dobro to młody wolontariat, który tworzą ludzie z całej Polski. Organizuje różne formy pomocy i integracji na kresach oraz innych częściach Ukrainy. Docelowo działalność ma dotrzeć również do innych krajów dawnego ZSRR. Poprzez zabawę, wspólne spędzanie czasu, pracę oraz naukję języka polskiego przekazuje chrześcijańskie wartości, które przywracają świadomość o celu i godności człowieka.

 

Informacje o tym, jak wyjechać na misję oraz jak pomóc, znajdziecie na Facebooku.

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

5

Liczba głosów:

8

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook