Co dzieje się z ks. Van Ly? [REPORTAŻ]

(fot. shutterstock.com)

Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że cały czas moi wietnam­scy rozmówcy pilnują się, żeby nie powiedzieć za dużo. Może to kwestia naturalnej dla nich powściągliwości, a może nabytego lęku przed obcym, bo przecież systemy totalitarne tak skutecznie zastępują zaufanie paranoiczną podejrzliwością. 

 

Pokój był nieduży i duszny. Jakieś dziesięć metrów kwadratowych "sauny" pokrytej białymi kafelkami; bez okien, za to z elektrycznym wiatra­kiem i... telewizorem. Tak w Hanoi definiuje się dziś luksusowy nocleg za siedem dolarów. "Colour TV, very nice" - zachwalała z grzecznościowym uśmie­chem na ustach kierowniczka zmiany na portierni. Przytakując, podałem jej paszport, żeby wypełniła przepisowe formularze. "Trzeba karmić biurokratycz­nego smoka", zagadnąłem - a nuż uda się wyciągnąć jakieś polityczne zwierzenia. Jednak bezskutecznie, bo mnie zignorowała, zajęta literowaniem słowiań­skiego nazwiska. Najważniejsze, że było czysto, nisko-budżetowo i że mimo monsunowej pory (kończył się wrzesień) padało raczej umiarkowanie, zazwyczaj po południu. Mogłem więc korzystać z błogosławieństw pogody, żeby rano oswajać się z Orientem, później zwiedzać muzea, a do hoteliku wracać wieczorem.

 

Do Wietnamu przywiódł mnie trudny do określenia impuls. Nie przygotowywałem się specjal­nie do tej podróży, choć ciągnęło mnie tu od dawna. Jakaś magia miejsca, nazwy, sam do końca nie rozu­miałem przyczyn tej fascynacji. Chciałem też chyba jeszcze raz zobaczyć ostatnią fazę dogorywania komu­nizmu. Popatrzeć na to - jeśli to w ogóle możliwe - innymi oczami, bez uprzedzeń i konkluzji przywo­żonych z daleka w plecaku. A równocześnie poznać kolejny zakątek Azji, która - mnie w każdym razie -zawsze zaskakuje i zachwyca po dłuższej nieobecności.

 

Tak było i tym razem, gdy włócząc się po rynkach starej części miasta, chłonąłem bajeczne kolory owoców i warzyw. Orient oszałamiał: chaosem ulicznego ruchu, egzotyką zapachów, niezrozumiałymi okrzykami straganiarzy. Czasem szokował: kiedy na przykład podchodząc do stoisk z wypatroszonymi prosiętami, z bliska odkrywałem, że "towarem" są dokładnie oskubane z sierści psy, szczerzące małe zęby. Wtedy gnałem do niezliczonych gale­rii i muzeów ukoić skołatane zmysły, a potem umęczony zwiedzaniem wracałem do hotelu.

 

Tu wybór był już skromniejszy. Mogłem czytać przy zapa­lonym głównym świetle (nocna lampka zachowywała się chimerycz­nie), oglądać telewizję albo patrzeć w sufit. Ta ostatnia czynność nazbyt przywodziła mi na myśl pierwsze sceny z "Czasu Apokalipsy" (w któ­rych Martin Sheen w tropikalnej duchocie Sajgonu "czekał" na rozkaz wyprawy po Kurtza); postanowiłem zatem odkryć uroki wietnamskiej telewizji.

 

Niemal od razu po włączeniu odbiornika poczułem się prze­niesiony do innej epoki. Czerwone krawaty spikerów, portrety Ho Chi Minha w tle. Sztuczność i pompa widoczne gołym okiem. Akurat nada­wano materiał z jakiegoś festiwalu czy oficjalnej uroczystości ku czci. Muzyka w rytmie marsza poprzedzała występ jegomościa siedzącego na sofie. Musiał być poetą, gdyż pełnym emocji, melodyjnym głosem mówił bez przerwy przez trzy minuty, po czym doklejono przebitkę publiczności bijącej brawa ze łzami w oczach. Pewną ulgę przyniosła pokazywana na drugim kanale transmisja meczu angielskiej Premiership, a kiedy z powrotem przełączyłem się na "jedynkę", rozpoczęto już wiadomości: oficjalne spotkania, narady, scenki z zakładów pracy.

 

I nagle pojawiła się migawka z miejsc kultu religijnego, bodajże na południu. Barwne szaty duchownych, buddyjscy mnisi, kaodaiści, panowie w garniturach. Nie wiem, czego dotyczył ten materiał, mogło to być spotkanie wietnamskiego odpowiednika Frontu Jedności Narodu albo koncesjonowanej rady wyznaniowej. Ale oglądając te zdję­cia, zacząłem się zastanawiać nad tym, czego nie pokazuje wietnamska telewizja. Przypomniała mi się wtedy sprawa katolickiego księdza dysydenta, który w przeszłości siedział już w tutejszych łagrach, a którego ostatnio - jakby wbrew oznakom politycznych reform - znów skazano na długoletnie więzienie. Pomyślałem, że trzeba wykorzystać tę okazję i - tu na miejscu - dowiedzieć się czegoś na jego temat i w ogóle na temat sytuacji Kościoła w tym kraju. Wiedziałem, że "węszyć" trzeba będzie na południu, gdzie mieszka zdecydowana większość z siedmiu czy ośmiu milionów wietnamskich katolików. Ksiądz nazywał się Thadeus Nguyen Van Ly i zdaje się, że przed uwięzieniem pracował w archi­diecezji Hue. Następnego wieczoru spakowałem się więc i nocnym pocią­giem ruszyłem w dalszą drogę.

 

W Hue, dawnej cesarskiej stolicy Wietów, znajomy wykładowca z miejscowej uczelni polecił mi przewodnika, z którym miałem wybrać się do La Vang, "indochińskiej Częstochowy". "Musisz umówić się z miejscowym katolikiem - nalegał - bo nikt inny nie będzie wiedział, w którym miejscu skręcić z głównej drogi". Mój cicerone miał na imię Khai i doskonale znał tę trasę, bo niedaleko sanktuarium mieszkała jego rodzina. "Jeździł tam ze sto razy" - zapewniał mnie znajomy i trochę bardziej poufałym tonem dodał, że "Khai kiedyś studiował w semina­rium, ale komuniści go uwięzili w latach 80. i później już nie kontynu­ował studiów".

 

Instynktownie wyczuwałem, że w Kościele, który miał za sobą okres prześladowań, takie słowa to najwyższa rekomendacja. Zresztą Khai i bez tego wyglądał bardzo sympatycznie, wzbudzając zaufanie, choć niestety po angielsku znał chyba tylko trzy słowa (z czego jedno to dollar). Trochę się bałem, że czeka nas "cicha" wycieczka, bo moja znajomość wietnamskiego była podobnie ograniczona, ale jak się nie ma, co się lubi Uzgodniliśmy stawkę za cały dzień i wypożyczenie motoroweru od jego kuzyna. Nazajutrz, skoro świt, Khai czekał w umó­wionym miejscu, grzejąc silnik czerwonawej hondy.

 

Szosa krajowa numer jeden biegnie wzdłuż wybrzeża prawie przez cały Wietnam, przypominając gigantyczną literę S. Za rogatkami Hue nawierzchnia się trochę popsuła, tu i ówdzie trwały prace drogowe, które trzeba było omijać, zjeżdżając na tymczasowe obwodnice. Trzę­sło niemiłosiernie i po godzinie jazdy na tylnym siedzeniu zaczynałem w duchu błagać mojego kierowcę, żeby przystanął, bo całkiem mi ścier­pły uda i pośladki. Khai chyba czytał w moich myślach, gdyż nagle zje­chał na piaszczyste pobocze i wskazując na rozłogi ciągnące się w stronę morza, powiedział łamaną angielszczyzną:

 

- Komuniści tutaj katolików pif-paf.

- Czy dużo było ofiar? - spytałem, lekko zaskoczony jego otwartością.

- Tak, tak. Tysiące. Z Hue.

- Ale to było dawno? - pytałem dalej, żeby się upewnić, iż chodzi raczej o zamierzchłą przeszłość.

- Dawno. Trzydzieści lat. Po wojnie i w czasie wojny też. Tutaj ich chowali.

 

Te okolice - według przewodnika "Rough Guide" - od lat cie­szyły się ponurą sławą. Francuzi jeszcze pod koniec swej kolonialnej obec­ności ochrzcili ponoć trakt na północ od Hue mianem: "La Rue sans joie" ("Smutna Ulica" w dowolnym przekładzie), bo tak im tu dokuczali par­tyzanci Vięt Minhu. Później - na przełomie lat 60. i 70., gdy konflikt wietnamski rozszalał się na dobre - tereny te kilkakrotnie przechodziły z rąk do rąk. Granica między Północą a Południem przebiegała stosun­kowo blisko. I za każdym razem ceną przesuwania frontu były zbiorowe mogiły.

 

"Dziś ludzie już tego nie pamiętają. Nie chcą - żalił się Khai, z wysiłkiem dobierając słowa. - Dawno. Za dużo lat. Nie umiem tego powiedzieć". Uśmiechnął się sfrustrowany. Na szosie nasilał się ruch: kilka dostawczych furgonetek pędziło do miasta z ładunkiem świe­żych ryb z pobliskiej hodowli. Po drugiej stronie drogi, za ryżowiskami, majaczyły w oddali sylwetki gór. Khai, zwrócony plecami do pól śmierci, dopalał marlboro, a mnie - nie wiedzieć czemu - ogarnęło wtedy dziwne poczucie piękna i dojmującego smutku tej chwili.

 

Do La Vang dotarliśmy mniej więcej godzinę później. Mimo zapewnień mojego znajomego Khai przeoczył zjazd z szosy, ale miejsce było tak źle oznakowane, że pomylić mógł się każdy. Zresztą bardzo szybko zawróci­liśmy. Samo La Vang lekko rozczarowuje. Nie ma tu architektonicznych wspaniałości, z jakich słyną maryjne sanktuaria w Europie, zaś krajobraz wydaje się nijaki. W każdym razie jak na wietnamskie warunki. Okolica jest płaska, a ceglany szkielet starego kościoła w większym stopniu zdaje się świadczyć o wojennych zniszczeniach aniżeli o żywym kulcie. Ale to tylko złudzenie, bo z bliska widać prace remontowe i rozległe schroniska dla pątników okryte wiatą. Po lewej stronie, pod laskiem, znajduje się główny ołtarz z cudowną figurą Orientalnej Madonny. Góruje nad nią dość obce dla gustów Europejczyka wyobrażenie drzewa życia, które zdaje się tryskać ku niebu trzema konarami obrośniętymi hubą.

 

Na miejscu spotykamy księdza z Hue, który nie umie wprawdzie wyjaśnić mi symbolicznego znaczenia tej grzybopodobnej konstrukcji, ale zna angielski i ochoczo opowiada o planach zorgani­zowania parafialnej pielgrzymki do La Vang. "Teraz wolno tu jeździć - podkreśla - nikt nam już nie przeszkadza, tak jak w latach 70. czy 80.".

 

- Okres prześladowań się skończył?

- O, tak. To się zmieniło. Budują się nowe kościoły, można drukować Biblię.

- No, a sprawa księdza Thadeusa Nguyen Van Ly?

- To trudna sprawa - odpowiedział, przyglądając mi się podejrzliwie, jakby nie dowierzał, że mogłem o to zapytać. - Ale nie sądzę, żeby to była zapowiedź zmiany kursu wobec Kościoła.

 

Trochę niezręcznie się czułem, naciskając go o to podczas tak przypadkowego spotkania, ksiądz Giao jednak sam uznał, że można drą­żyć temat, upewniwszy się najpierw, czy wokół nikogo nie ma. Okazało się, że znał uwięzionego osobiście.

 

- Nie bardzo blisko, ale studiowaliśmy razem. Thadeus zawsze był trochę narwany, tak uważaliśmy jeszcze w seminarium.

- Naprawdę ksiądz uważa, że to tylko kwestia niedostatecznej cierpliwości? - teraz ja nie mogłem ukryć niedowierzania.

- No, może nie, ale on swoim postępowaniem prowokował władze.

 

W tym momencie przerwaliśmy, bo zbliżył się do nas krępy mężczyzna w brązowej marynarce, najwyraźniej zainteresowany roz­mową z obcokrajowcem.

 

Ksiądz wrócił do swoich zajęć, a Khai tymczasem "zorgani­zował" mi krótkie zwiedzanie terenu w towarzystwie jednej z zakon­nic, które opiekują się świątynią w La Vang. Przeszliśmy obok kilku stacji drogi krzyżowej, wykutych w białym kamieniu, do niewielkiego pomieszczenia, będącego zalążkiem muzeum. Kolorowe plansze przed­stawiały dzieje "wietnamskiej Częstochowy" od końca XVIII wieku (kiedy to, podług tradycji, grupie katolików ukrywających się w tutej­szym lesie przed prześladowaniami miała ukazać się Matka Boska) aż do niedawnych rocznicowych uroczystości, na które zjechało przeszło trzysta tysięcy osób. Mówię, że trzeba nie lada wysiłku wyobraźni, by uzmysłowić sobie, jak pomieściły się tu takie tłumy (zwłaszcza że teraz jest dość pusto), ale siostra uśmiecha się, pokazując mi z dumą zdjęcie istnego morza głów przed figurą Pani z La Vang. Zupełnie jak pod jasno­górskim szczytem podczas pielgrzymek papieskich, nawet szpilki nie było gdzie wetknąć.

 

Na historii i tradycji kończyła się jednak rozmowność sio­stry z La Vang. Bardziej związane ze współczesnością pytania o zakres religijnej wolności w Wietnamie i, oczywiście, o księdza Van Ly zbyła wzruszeniem ramion. Co mnie, rzecz jasna, jeszcze bardziej utwierdziło w zawodowym przekonaniu, że warto drążyć te tematy, bo coś w tym jest. Coraz bardziej zaczynało mi się wydawać, że wietnamscy katolicy nie do końca wierzą, iż okres katakumb mają już za sobą, i jakby ciągle nie mają pewności, czy znowu nie trzeba będzie przypadkiem ukrywać się ze swoją wiarą.

 

Chociaż może pospieszyłem się z tym wnioskiem, bo na koniec naszej "wycieczki" siostra popatrzyła mi badawczo w oczy i zapytała: "Naprawdę jesteś biskupem?". Moje zdumienie musiało jej wystarczyć za odpowiedź, bo natychmiast wypowiedziała kilka zdań po wietnamsku do mojego przewodnika. Nie rozumiałem ani słowa, ale z tonu należało wnosić, że nie były to życzenia urodzinowe. Khai próbował coś najpierw odpowiedzieć, ale w końcu machnął zrezygno­wany ręką i ruszyliśmy z powrotem do Hue. W drodze, tak jak rano, mijały nas pędzące w przeciwną stronę sznury motorynek podobnych do naszej. Dziewczęta z chustami zasłaniającymi twarze przed słońcem i kurzem wracały teraz po pracy albo ze szkoły do okolicznych wiosek. Ich czarne warkocze furkotały na wietrze jak ogony jaskółek. Na zaim­prowizowanych stacyjkach benzynowych sprzedawcy oferowali paliwo w butelkach po wodzie mineralnej. Napawałem się tymi widokami zza pleców mojego przewodnika, Khai zaś milczał jakby intensywniej niż zwykle i rozchmurzył się dopiero, gdy przystanęliśmy na papierosa.

 

Z ludźmi, którzy znali księdza Thadeusa Van Ly albo coś o nim słyszeli, rozmawiałem jeszcze w Hue, Nha Trang i w Sajgonie. I niemal za każdym razem na dźwięk jego nazwiska zmieniał się wyraz twarzy moich rozmówców. Powtarzane jak mantra pytanie "A ksiądz Van Ly?" może nie budziło od razu strachu, ale na pewno wzmagało czujność. Bodaj najotwarciej mówiła o nim dwudziestokilkuletnia Ngoc pracu­jąca w sklepiku z pamiątkami. "To była głośna sprawa kilka lat temu - przyznała. - On próbował wzniecić powstanie przeciwko władzom". Podobno chodziło też o "jakieś sprawy finansowe czy obyczajowe", ale szczegóły - jak to często bywa, gdy przychodzi nam opierać się na wieści gminnej - pozostawały niejasne. Ngoc była buddystką i patrzyła na to wszystko z zewnątrz, bez specjalnego zaangażowania. Nie bardzo umiała powiedzieć, jaką to bronią katolicy z diecezji Hue chcieli przepędzić spadkobierców Ho Chi Minha. I dlaczego w ogóle mieli ruszać do walki prowadzeni przez parafialnego księdza.

 

Parę tygodni później, pod klasztorem dominikanów w Sajgo-nie, po mszy dla obcokrajowców, zaczepił mnie starszy zakonnik, pytając, skąd jestem. Słówko Ba Lan ("Polska") budziło chyba zaufanie, bo dość szybko rozmowa zeszła na kondycję wietnamskiego Kościoła.

 

- Na pewno poprawiło się w ostatnich latach. Kraj się rozwija - to plus. Jest zjednoczony - to także plus, chociaż pojawiają się nowe problemy - ludzi zaślepia pieniądz, pogoń za luksusem, używkami.

- A ksiądz Van Ly?

- Cóż - tu zrobił dłuższą pauzę, jakby zbierając myśli. - Jedno wiemy na pewno, że to człowiek, który nie lubi komunistów.

 

Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że cały czas moi wietnam­scy rozmówcy pilnują się, żeby nie powiedzieć za dużo. Może to kwestia naturalnej dla nich powściągliwości, a może nabytego lęku przed obcym, bo przecież systemy totalitarne tak skutecznie zastępują zaufanie paranoiczną podejrzliwością. Tylko raz zdarzyło mi się w Wietnamie usłyszeć dobre słowo o uwięzionym księdzu. Pod katedrą w Hue przy­padkowo spotkany mężczyzna, wyglądający na emerytowanego nauczy­ciela albo urzędnika, zapytany o księdza Van Ly odpowiedział szybko: "To bohater". Ale równie szybko potem odszedł. Zrozumiałem wtedy, że "na turystycznych papierach", bez przygotowania i kontaktów, nie­wiele więcej tutaj wskóram. Próbowałem jeszcze w kafejkach interne­towych, od których aż się roi jak Wietnam długi i szeroki, ale w odpo­wiedzi na wstukiwane po angielsku pytanie "What about Fr. Van Ly?" nieodmiennie pojawiał się napis, że strona, której szukam, jest nieosią­galna. Podobne blokady dotyczyły też zachodnich witryn informacyj­nych, takich jak BBC. Wietnamscy towarzysze najwyraźniej więc forsują model ostrożnej pierestrojki, bez przesadnej głasnosti.

 

Dopiero po powrocie do Europy mogłem już bez ograniczeń dotrzeć do opozycyjnych (czy, jak kto woli, bardziej obiektywnych) informacji o tej sprawie. Oferta wyszukiwarki Google na hasło "ksiądz T. Nguyen Van Ly" obejmowała setki adresów i dokumentów, w tym głośny swego czasu raport jego autorstwa o naruszaniu swobód religijnych przez władze w Hanoi, przekazany Komisji Kongresu Stanów Zjednoczonych. Tekst ten musiał rozwścieczyć komunistów, bo po jego publikacji, w lutym 2001 roku, wietnamskie media obiegły doniesienia o księdzu, "który wpuszcza jadowitego węża do rodzimego kurnika". Po takiej kampa­nii gazet partyjnych i wojskowych aresztowanie stało się formalnością. Kilkuset uzbrojonych policjantów i agentów bezpieczeństwa otoczyło kościół, w którym pracował Van Ly. W środku schroniło się wraz z nim kilkudziesięciu wieśniaków. Chyba nawet chcieli bronić swojego księdza, ale wbrew "oficjalnym" plotkom, jakie obiegły Hue, mieli ze sobą drągi, a nie magazyny broni do obalenia władzy ludowej.

 

Proces przy drzwiach zamkniętych, bez udziału obrońców, był - jak zgodnie twierdzą międzynarodowe organizacje obrony praw człowieka - zwyczajną farsą. Wyrok: piętnaście lat więzienia oraz pięć dodatkowego aresztu domowego. Zachodni obserwatorzy są przekonani, że u podstaw oskarżeń o działalność wywrotową księdza Van Ly legły też niesłychanie irytujące dla władz jego uporczywe zabiegi o zwrot kościel­nego mienia, zagarniętego po zwycięstwie komunistów. W nowych warunkach stopniowego otwierania Wietnamu na gospodarkę rynkową (czytaj: uwłaszczania nomenklatury) takie starania godziły w bardzo czuły punkt. Do wyroku dodano więc warunek izolacji w prowincjo­nalnym zakładzie karnym, a później także aresztowanie bratanków "krnąbrnego klechy". Dotychczasowe apele o zwolnienie całej trójki przechodzą w zasadzie bez echa.

 

Na internetowych stronach można bez trudu znaleźć zdjęcie Thadeusa Nguyen Van Ly. Amerykańska witryna poświęcona prześlado­waniom chrześcijan zamieszcza je w rubryce więźniów sumienia opa­trzonej nagłówkiem: "Wiara pod ostrzałem". Widzimy na nim ciemno­włosego mężczyznę w średnim wieku (dziś ma pięćdziesiąt sześć lat) z rękoma złożonymi na piersiach, w geście "medytacyjno-obronnym". Podciągnięty rękaw sutanny odsłania lewy nadgarstek z tanim elektro­nicznym zegarkiem. W spojrzeniu, przebijającym zza szkieł w drucianej oprawie, kryje się coś hardego, jakiś rys niezłomności.

 

Kiedy pierwszy raz zobaczyłem tę fotografię, dopadło mnie poczucie bezsensu moich wietnamskich poszukiwań. Przecież cała ta próba tropienia śladów księdza Van Ly spełzła na niczym. Nie udało mi się ani spotkać kogokolwiek z kręgu jego bliskich znajomych, ani tym bardziej dotrzeć do "prawdy" Dopiero przeglądając te podróżne zapiski po paru miesiącach, zdałem sobie sprawę, że to, co usłyszałem na jego temat, pokazuje chyba w jakimś stopniu bezmiar osamotnienia więźnia politycznego w kraju takim jak współczesny Wietnam. Dokład­nie o to - o posiew strachu i zapomnienia, bo to sprawdzona droga do izolacji dysydentów - musiało chodzić tym, którzy go skazali. Dla ludzi z zewnątrz, których ta historia jednak bulwersuje czy obchodzi, jedy­nym powszechnie dostępnym antidotum w takiej sytuacji może być chyba tylko modlitwa bądź pamięć. A to znaczy, że nawet najbardziej naiwne pytania o księdza Van Ly nie są pozbawione sensu, gdyż służą pamięci. I w ostatecznym rozrachunku, kto wie, może wyrok wydany w 2001 roku nie okaże się ryty w kamieniu? W Sajgonie zapytałem cyto­wanego wcześniej starego zakonnika, czy - jego zdaniem - ksiądz Van Ly wyjdzie kiedyś z więzienia, by wrócić na starą parafię. W odpowie­dzi zobaczyłem najpierw bezradnie rozłożone ręce. Ale po chwili usły­szałem po angielsku: "God willing" ("Jak Bóg da"), i dodane z lekkim uśmiechem na ustach: "Święty Tadeusz jest przecież patronem rzeczy niemożliwych".

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

5

Liczba głosów:

1

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook