Jak ułożyć sobie relacje z rodzicami?

(fot. dimattia photography/flickr.com/CC)

Forma czci rodziców zmienia się i posiada różne wymiary w zależności od czasów historycznych i rozwoju biologicznego i duchowego dzieci. Pamiętam, że gdy byłem dzieckiem, moi rodzice odnosili się do swoich z wielkim szacunkiem. Wyrazem tego była nawet forma zewnętrzna. Zwracali się do nich formie pluralis "wy". Ponadto przy różnych okazjach (na przykład powitaniu, pożegnaniu, składaniu życzeń) całowali ich w rękę. Dzisiaj taki sposób wyrażania szacunku należy do sporadycznych.

           

Najbardziej podstawowym sposobem czci rodziców jest posłuszeństwo. Stary Testament wobec nieposłusznych dzieci dopuszczał nawet karę śmierci! (Pwt 21, 18-21). Posłuszeństwo dotyczy przede wszystkim wieku dziecięcego i młodzieńczego. Po osiągnięciu pełnoletniości dzieci nie są już zobowiązane "słuchać we wszystkim" swoich rodziców. Owszem, powinny być otwarte na ich rady i wskazówki wynikające z doświadczenia życiowego; jednak decyzje i wybory pozostają w ich osobistej kompetencji. Bywają sytuacje, że rodzice zbyt surowi ograniczają wolność dzieci. Chcą im dyktować nawet wybór studiów czy stanu życia. W takich sytuacjach dzieci nie są zobowiązane do posłuszeństwa. Podobnie, gdy są przekonane w sumieniu, że polecenia rodziców są moralnie złe, grzeszne.

           

Wraz z usamodzielnieniem się dzieci zmienia się forma szacunku wobec rodziców. Relacje stają się mniej intensywne i emocjonalne. Rzadsze i bardziej duchowe. Gdy rozmawiam z siostrami zakonnymi w czasie rekolekcji, spotykam siostry dojrzałe, które pielęgnują piękne duchowe relacje z własnymi rodzicami, wyrażające się przede wszystkim w pamięci o nich i nieustannej modlitwie. Spotykam również siostry, które wciąż nie "odcięły pępowiny". Nieustannie tęsknią za domem rodzinnym i wydzwaniają do rodziców, gdy jest to możliwe, uciekają od wspólnoty "do mamusi" (lub rzadziej "tatusia"). Tak niedojrzałe relacje mogą trwać nawet w wieku średnim i później. Spotkałem w życiu dziesiątki osób, które nie zdystansowały się od rodziców, nie wybrały osobistej drogi, nie założyły własnych rodzin ze względu na zbyt bliskie, często toksyczne związki z własnymi rodzicami. Spotkałem też osoby, które pomimo zawarcia związku małżeńskiego, łączy zbyt silna więź z nadmiernie wyidealizowanymi rodzicami. Mąż oczekuje wówczas od żony, by mu "matkowała", zamiast być życiową partnerką. W sytuacjach niepowodzeń znajduje ukojenie i zrozumienie u mamusi. Żona z kolei oczekuje od męża cech, które podziwia u swego tatusia. Mąż nigdy nie będzie dowartościowany ani akceptowany w pełni. Nigdy bowiem nie dorówna gloryfikowanemu teściowi. Zawsze będzie siebie uważał za gorszego albo będzie musiał walczyć o uznanie (A. Grün).

           

Dla mnie wspaniałym przykładem duchowej relacji między rodzicami a dziećmi była postawa świętej Moniki. Niedługo przed swoją śmiercią w czasie ciężkiej choroby przekazała swoim synom "duchowy testament": Ciało złóżcie gdziekolwiek; z tym się nie kłopoczcie; o jedno tylko proszę, abyście wszędzie, gdzie będziecie, pamiętali o mnie przy ołtarzu Pańskim. Dla Moniki najważniejszą formą czci była pamięć i więź duchowa w czasie Eucharystii.

           

Szacunek wobec rodziców wyraża się w sposobie mówienia o nich. W czasie rozmów rekolekcyjnych spotykam ludzi, którzy mają ogromne trudności z pozytywnym wyrażaniem się o rodzinie. Wielość zarzutów wobec rodziców (często banalnych) przesłania dostrzeganie ich trudu, wysiłku, pracy, miłości i poświęcenia. Oczekują miłości absolutnej, do jakiej nie są przecież zdolni, a nie potrafią dostrzec codziennych drobnych gestów dobroci i serca. Wstydzą się ich, albo oskarżają, lub wypowiadają się o nich z lekceważeniem; pomniejszając ich rolę. Taka postawa świadczy nie tylko o braku szacunku do rodziców, ale również do historii i tradycji rodzinnych, do pamięci, do własnego gniazda. Efektem bywa utrata własnej godności. Ten, kto nie potrafi szanować ani czcić swoich rodziców, musi spodziewać się pytania: czy ty właściwie szanujesz i czcisz swoje życie? (A. Radl).

           

Szacunek rodziców wyraża się w zainteresowaniu ich życiem, przeszłością, marzeniami czy oczekiwaniami. Człowiek młody nie zawsze potrafi docenić starszych. Sądzi, że są "niedzisiejsi", nic nie rozumieją i nie idą z duchem czasu. Młodość ma oczywiście swoje prawa. Gdy byłem młody, wiele poleceń rodziców mnie irytowało; sądziłem, że wiem lepiej. Gdy się postarzałem, stopniowo doceniam ich mądrość. W życiu można wiele się nauczyć, nie przekreślając jednostronnie i zbyt szybko mądrości starszych pokoleń. A poznanie mentalności, kontekstu życia i historii rodziców, pomaga lepiej ich zrozumieć, docenić i szanować. Kiedyś powiem: "Czapki z głów! Szanuję to, czego dokonali, i jak sobie radzili w życiu". Odkryję wartości, którymi żyli i które jeszcze dziś mogą się okazać dla mnie dobre (A. Grün).

           

Obowiązki dzieci wobec rodziców zwiększają się wraz ze starzeniem tych drugich. Starzenie się i starość niewątpliwie mają swój sens i "urok". Alessandro Pronzato twierdzi, że wiek młodzieńczy charakteryzuje pasja, wiek dojrzały miłość, natomiast okres starości jest czasem czułości. "Wiek czułości" jest czasem jesieni, w której powoli wszystko osiąga swoją dojrzałość, pełnię, harmonię. Jesień życia prowadzi ku bierności, sprzyja refleksji, medytacji, podsumowaniom. Starość nie jest czasem poszerzania czegokolwiek, lecz powrotem i skupieniem się: nie czasem akcji, lecz medytacji i kontemplacji; nie planowania, lecz wspomnień i zagłębiania się, mówiąc krótko: porządkowaniem, przygotowaniem i przekazywaniem dalej doświadczenia (H. Zahrnt). Z tego punktu jest to okres głęboki, dojrzały, owocny.

           

Z drugiej strony czas jesieni nie przywołuje jedynie zbiorów i obfitości kolorów, ale również obcinanie gałęzi, spadanie i usychanie liści; nie tylko pełne i łagodne światło, ale też wilgotną i niełaskawą mgłę. Dlatego jest czasem schyłku, czasem, w którym świat staje się obcy, życie staje się ciężarem, a ciało udręką (Jan Paweł II). Starość wyzwala wiele przykrych i niespotykanych wcześniej w takim stopniu objawów: osłabienie sił fizycznych i psychicznych, niezaradność życiowa, poczucie utraty pewnych umiejętności i zdolności, poczucie ograniczeń, lęk przed przyszłością, świadomość przemijania i zmarnowanych szans (a może życia), samotność i brak relacji i zrozumienia, zdziecinnienie, natężenie pewnych wad (na przykład pretensjonalność, podejrzliwość, przewrażliwienie na swoim punkcie, upartość, rozgoryczenie, skąpstwo). Ludzie starzy w społeczeństwie bywają dyskryminowani, traktowani w sposób utylitarny (zwłaszcza gdy mają wysoką emeryturę lub mogą zająć się wnukami), albo jak niepotrzebne nikomu zużyte przedmioty.

           

Krystyna Osińska wskazuje na cztery rodzaje nędzy ludzi starych: materialna, psychiczna, społeczna, moralna. Nędza materialna mierzona jest brakiem pieniędzy, mieszkania, ubrania, głodową rentą lub emeryturą, bez szans na podniesienie jej wymiaru. Jej widocznym efektem jest głód, brud i poniewierka. Nędzę psychiczną powodują stresy, lęki o zdrowie i życie, brak kontaktu z innymi i możliwości dalszego osobistego rozwoju, rezygnacja z życia, apatia. Nędza społeczna jest wynikiem różnorodnej dyskryminacji ze strony rodziny czy środowiska. Prowadzi do kompleksu pasożyta, sieroctwa społecznego, a nawet postaw antyspołecznych. Szczególnie boleśnie bywa przeżywana przez osoby o pełnej sprawności intelektualnej i bogatym życiu psychicznym i duchowym. Nędza moralna z kolei wynika z jednostronnych zainteresowań i postaw egoistycznych. Prowadzi do zachowań antyetycznych, przeciwnych miłości siebie i bliźniego. Przyczyną nędzy moralnej może być również społeczeństwo, najbliższa rodzina czy struktury społeczne. Do rodzajów nędzy wyróżnionych przez Osińską można dołączyć nędzę duchową, wynikającą z fizycznych ograniczeń w korzystaniu z wartości duchowych, kulturalnych czy informacyjnych.

           

Starzy rodzice wymagają szczególnej opieki i troski ze strony dzieci. Na pierwszym miejscu obecności i czasu. Stare porzekadło czas to pieniądz, dzisiaj niestety ma powszechne zastosowanie. Dzieciom najłatwiej przychodzi zaspokoić podstawowe potrzeby rodziców, takie jak mieszkanie, wyżywienie czy pomoc lekarską. O wiele trudniej potrzeby psychiczne (poczucie bezpieczeństwa, wartości, szacunku i uznania, przydatności, rozwoju zainteresowań, kontakty z innymi) i religijne (udział w niedzielnej Eucharystii, lektura albo lepiej rozmowa duchowa, sakramenty, wspólna modlitwa, miłosna obecność i czułość). Niektórym dzieciom wydaje się, że prezent kupiony z okazji imienin czy urodzin rozwiązuje cały problem troski o rodziców. Inni uważają, że nie są do niej zobowiązani, gdyż "staruszkowie stracili już z nimi kontakt". W takiej sytuacji "odstawiają" ich do domów spokojnej starości. Tymczasem oni, mimo że niewiele widzą i nie słyszą, pozornie nic nie rozumieją, to "czują" całą swoją osobą (A. Pronzato). Oczekują przede wszystkim serca i ciepła.

           

Cześć rodzicom należy okazywać przez całe życie, również w czasie choroby śmiertelnej i umierania. Są to szczególne momenty życia, w których oczekują obecności, bliskości i wsparcia ze strony dzieci. Co można wtedy uczynić? Najważniejsza jest życzliwa obecność. Czasem ogranicza się ona do milczenia. Istotne są również drobne gesty, jak na przykład kiwnięcie głową, podtrzymanie, uścisk dłoni, mimika twarzy wyrażająca serdeczność, miłość. Gdy człowiek bardzo cierpi, próżne słowa są zwykle zbędne. Jest coś o wiele piękniejszego i do zrobienia: wziąć dłoń drugiej osoby i trzymać ją z czułością w swojej dłoni, by przekazać ciepło i zaznaczyć swoją obecność. I tak przez długie godziny, nie mówiąc ani słowa. Rodzice, starzy ludzie w ogóle, potrzebują, by towarzyszyć im "za rękę" na progu śmierci, która dla wierzących jest przecież przedsionkiem nieba (A. Pronzato). Oprócz ludzkiej życzliwości ważna jest troska o życie duchowe. Wspólna modlitwa, zadbanie o sakrament chorych, jeśli to mozliwe  Eucharystia w domu, jeśli nie, to przynajmniej możliwość komunii świętej. Ponadto dobrze jest, gdy w obrzędach Mszy świętej czy sakramentu chorych uczestniczy rodzina, bliscy, przyjaciele. Obecność innych daje człowiekowi cierpiącemu poczucie solidarności i wspólnoty z Bogiem, bliskimi mu i wierzącymi i częściowo niweluje uczucia lęku i samotności. Wiara i miłość bliskich, którzy uczestniczą w Eucharystii umacnia go duchowo. Równie ważna jest obecność bliskich przy śmierci. Bywa, że umierający bardziej obawiają się samotności niż samej śmierci.

           

W opiece nad starymi i schorowanymi rodzicami należy uwzględnić własne granice. Są osoby, które rezygnują z prywatnego życia, poświęcając się całkowicie rodzicom, spełniając ich wymagania i oczekiwania. Niewątpliwie w ten sposób można się uświęcić. Ale można również stracić szacunek dla nich i siebie. Mądrość wymaga, by stawiać granice, respektować wzajemną godność, nie pozwolić sobą manipulować. A w sytuacji braku zapewnienia im godnego przeżycia choroby i cierpienia w domu, podjąć zwykle bolesną decyzję o domu opieki społecznej. 

 

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

4.52

Liczba głosów:

33

 

 

Komentarze użytkowników (4)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

~Anonimowy 01:47:22 | 2015-04-17
Trudny bardzo temat, bo i często te relacje są toksyczne i powikłane.
Proponuję na początek rozdzielić role rodziców i dzieci oraz postawić granice, co do kogo należy - w sensie, jakie kto ma wobec kogo prawa i obowiązki. - Jeśli ma.
Myślę, że złą rzeczą jest wzajemne emocjonalne pożeranie swojego czasu i życia w imię wielkiej miłości, dramatyczna jest zamiana ról - rodziców i dzieci, a już najbardziej sytuacja, w której rodzice przeżywają życie swoich dzieci, jakby uważali je za kontynuację lub kompensację swojego udanego lub nieudanego życia.

Oceń 3 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~Monika 21:45:41 | 2015-04-16
Wspaniały artykuł! "Dom opieki społecznej" to trochę jak "Dom dziecka", bo przecież "Nasi rodzice w pewnym momencie stają się naszymi dziećmi". Wiele słyszałam na temat "Domu Opieki" i wiem, że często osoby starsze są tam poniżane, gorzej traktowane, przez co zatracają poczucie wartości i popadają w depresję. Oczywiście nie zawsze, tylko mówię, że tak się zdarza. Myślę, że oddanie swojej ukochanej matki, czy ojca w takie miejsce jest naprawdę ostatecznym wyborem, który powinien być dokonywany w najgorszym razie. Osobiście podziwiam osoby, które potrafią pogodzić swoje obowiązki z opieką nad swoją mamą, czy tatą. To prawdziwie piękna i chrześcijańska postawa. Brawo dla was! :)

Oceń 5 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~Ata 11:53:34 | 2014-01-30
Piękny artykuł. Szkoda tylko, że ostatni akapit nie został rozwinięty. Wszystko powyżej tego akapitu to oczywiste sprawy. To co sprawia trudnosc to pogodzenie wszystkich obowiązków, nie wspominając o możliwosci odpoczynku. Granic wcale tak łatwo się nie stawia. Kto jest na tyle mądry, żeby wiedzieć gdzie je postawić? Każda chwila spędzona z kimś jednym odbiera chwilę komuś innemu, kto też na nas czeka, dzieci, żona lub mąż. Kto moze wiedzieć, czy daje tyle z siebie ile moze? Ile Rodzic potrzebuje? Często jego potrzeby są nieograniczone. Które są dobre, a które przesadzone? Jeszcze nigdzie nie spotkałam się ani z artykułem ani książką, która pomogła by mi odpowiedzieć na wiele takich pytań związanych z opieką na starszymi ludźmi. Oczywiście mam na myśli chrzescijańską opiekę, pełną troski, czułości i miłości. Jak pogodzić tak wiele ról, które dorosłe dziecko musi pełnić, przy tym nie tracąc cierpliwości, czułosci, szczerego uśmeichu pełnego ciepła...dla całej rodziny.

Oceń 9 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

Hergard 10:31:06 | 2014-01-30
Artykuł wartościowy z tym że o problemach ludzi starych a nie o układaniu relacji z rodzicami.
W przedostatnim akapicie kopiuj/wklej nie powiodło się? ;)

Oceń 2 1 odpowiedz

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?