Jakim wikarym był przyszły papież?

WAM
(fot. miqu77 / shutterstock.com // papst.pro)

Po radosnych dniach związanych ze święceniami i prymicjami nadszedł czas na podjęcie pierwszego posterunku w służbie dusz, oczekiwanego przez Josepha jednocześnie z niecierpliwością i lękiem.

 

Czuł, że nie posiada praktycznych zdolności ani cech wymaganych od wikariusza parafialnego. Tymczasem początek okazał się emocjonujący. Neoprezbiter otrzymał dekret kierujący go do monachijskiej dzielnicy Borgenhausen od początku sierpnia, ale z nagłego powodu musiał najpierw pojawić się w parafii św. Marcina w dzielnicy Moosach. Tamtejszy proboszcz się rozchorował, zaś wikariusz, siostra proboszcza pracująca jako gospodyni na plebanii i zakrystian byli na wakacjach, a przy ówczesnych środkach komunikacji nie można się było z nimi skontaktować. Krótko mówiąc: chrzest ognia, tym bardziej że - jak zauważy Ratzinger już jako arcybiskup tego miasta - w ciągu tego miesiąca "pojawiły się niemal wszystkie problemy kanoniczne, jakie pasterz dusz może napotkać".

Po zakończeniu nagłego zastępstwa młody ksiądz pojawił się w parafii Najdroższej Krwi Chrystusa na Borgenhausen, jednej z mieszczańskich dzielnic bawarskiej stolicy, gdzie mieściła się Villa Stuck, siedziba muzeum poświęconego Franzowi von Stuckowi, profesorowi, u którego studiowali Paul Klee i Giorgio de Chirico, oraz pomnik Richarda Wagnera, teatr Prinzregenten i willa Tomasza Manna. W opinii przełożonych była to właściwa parafia na zdobycie minimum doświadczenia duszpasterskiego dla kogoś, kto był docelowo przeznaczony do innych obowiązków. Tymczasem Ratzinger był pod wielkim wrażeniem faktu, że w tej właśnie parafii posługiwali wiceproboszcz Hermann Josef Wehrle i rektor maleńkiego kościoła św. Jerzego, jezuita Alfred Delp.

Pochodzący ze starej katolickiej rodziny Wehrle został zamordowany przez gestapo 14 września 1944 roku, ponieważ w duszpasterskiej rozmowie z baronem Ludwigiem von Leonrodem, majorem Wehrmachtu, powiedział, że wiedza o przygotowaniu do zabójstwa tyrana nie jest grzechem i nie ma obowiązku, by to denuncjować. Zaaresztowany po nieudanym zamachu na Hitlera baron w czasie tortur wyjawił treść rozmowy, co spowodowało aresztowanie, a później stracenie duchownego. Jezuita Alfred Delp pochodził natomiast z rodziny mieszanej wyznaniowo. Jego matka była katoliczką, ojciec ewangelikiem. Po dłuższym wahaniu co do wyboru wyznania przyjął ostatecznie katolicyzm i wstąpił do jezuitów. Wyświęcony na księdza w 1937 roku, został redaktorem czasopisma "Stimmen der Zeit" aż do czasu, gdy zostało zamknięte przez gestapo. Wówczas został mianowany rektorem kościoła św. Jerzego, należącego do parafii Najdroższej Krwi Chrystusa na Bogenhausen. Wtedy też nawiązał kontakt z osobami należącymi do tak zwanego Kręgu z Krzyżowej. Aresztowany po zamachu z 20 lipca 1944 roku, został oskarżony o przynależność do Kręgu i skazany na śmierć. Wyrok przez powieszenie wykonano w więzieniu Plötzensee w Berlinie 2 lutego 1945 roku.


Przykład dwóch męczeńskich kapłanów był potężnym bodźcem dla ich młodszego kolegi, który właśnie rozpoczynał posługę w ich parafii. Pamiętano o karteczce znalezionej w ubraniu Wehrlego, zawierającej słowa: "Właśnie zostałem skazany na śmierć. Co za piękny dzień: wywyższenie na krzyżu". Niektóre wypowiedzi ojca Delpa pozostały w pamięci Läpplego i wielu innych księży, którzy przeżyli wojnę. Ratzingera szczególnie poruszyło to zdanie: "Chleb jest ważny. Wolność - ważniejsza. Ale najważniejsza jest nieprzerwana wierność i adoracja, której się nigdy nie porzuciło". Wyraźny wpływ na kształt wspólnoty wywierał Max Blumschein (1884-1965), proboszcz w latach 1934-1956. Przeżył z bliska aresztowanie Wehrlego i Delpa, a sam, zgodnie ze wspomnieniami Ratzingera, "płonął żarliwością" i nie oszczędzał się w służbie.

Idąc za przykładem wielkodusznego proboszcza, młody wikariusz oddawał się z równą gorliwością powierzonym sobie obowiązkom. Głównym zadaniem wikariusza było prowadzenie lekcji religii dla dzieci od drugiej do ósmej klasy. Szesnaście godzin tygodniowo, do których należało dodać czas potrzebny na przygotowanie katechezy. Joseph nigdy nie był improwizatorem: jego lekcje były zawsze dokładnie przygotowane. Również dzięki temu udało mu się nawiązać dobre relacje z dziećmi i doświadczał radości porzucenia intelektualnej abstrakcji i zanurzenia się w konkretnym, a jednocześnie pełnym fantazji dziecięcym świecie.

Katechizacja była głównym zajęciem neoprezbitera, ale z pewnością nie jedynym. Każdej niedzieli przynajmniej dwukrotnie celebrował mszę i głosił dwa kazania. To właśnie jego kaznodziejstwo poruszyło jednego z młodych parafian, który później sam wybrał kapłaństwo i spotkał się z Ratzingerem jako profesorem. Tak opowiadał ks. Hermann Theissing:

 

"Bardzo prosty w doborze środków wyrazu, potrafił jednak mówić kazania w doskonały sposób. I wkrótce miał swoich stałych słuchaczy, co nie było łatwe, bo mieliśmy jeszcze jezuitów z Kaulbachstraße, a przede wszystkim żywa była wciąż pamięć o ojcu Alfredzie Delpie, który był doskonałym kaznodzieją. Poznałem Delpa jako dziecko, ale jeszcze w latach pięćdziesiątych wszyscy księża byli do niego porównywani. Ratzinger głosił w sposób bardzo prosty, ale to, co mówił, robiło na słuchaczach wielkie wrażenie."


Sam Ratzinger opowiadał Theissingowi, że proboszcz Blumschein podczas jednej z licznych pieszych wypraw po mieście (żaden z nich nie miał samochodu) powiedział mu: "Możesz mówić kazanie na każdej mszy, z wyjątkiem siódmej trzydzieści, wtedy głoszą jezuici, oni są bardzo dobrzy". Wkrótce jednak proboszcz przekonał się, że Ratzinger wcale nie był gorszy od jezuitów.

Codziennie rano od 6.00 do 7.00 był w konfesjonale, na słuchanie spowiedzi poświęcał też całe sobotnie popołudnie. Dodatkowo zajmował się grupami młodzieżowymi. "Mieliśmy także ognisko muzyczne, w którym uczestniczył, śpiewając razem z nami. Jak jeden z nas towarzyszył nam na wycieczkach rowerowych". W końcu było też przygotowywanie do nadzwyczajnych uroczystości i celebrowanie ich liturgii: chrzty, pierwsze komunie, śluby i pogrzeby. Z tych spotkań rodziły się później znaczące przyjaźnie, aż doszło do tego, że młody pasjonat studiowania teologii, który wcześniej miał wątpliwości co do własnego powołania z racji większego zainteresowania nauką niż duszpasterstwem, teraz zaczynał zadawać sobie pytanie, czy nie lepiej byłoby pozostać w duszpasterstwie: "Poczucie, że jestem potrzebny i że wypełniam ważną służbę, pomogło mi przezwyciężyć obawy i radować się kapłańskim posługiwaniem".

Poznawszy prostotę i skromność swojego wikarego, młodzież z Bogenhausen nie przypuszczała, że ma do czynienia z teologiem, o którym już wkrótce będzie głośno. Kiedy więc pod koniec lata 1952 roku Ratzinger oznajmił im, że opuszcza parafię, zapytali, dokąd go przenoszą. Odparł, że we wrześniu ma jechać do Fryzyngi i rozpocząć tam wykłady. "Popatrzyliśmy na niego ze współczuciem. «To będziesz musiał najpierw pozdawać egzaminy i napisać pracę». Odparł: «To już mam za sobą. Teraz muszę przygotować się do obrony». Zaskoczenie było wielkie".

 

* * *

 

Historia pochodzi z książki Elio Guerriero "Świadek prawdy. Biografia Benedykta XVI", która ukazała się nakładem wydawnictwa WAM.

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

4.64

Liczba głosów:

11

 

 

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook