Niezwykła przyjaźń dwóch współczesnych świętych i cud, który wydarzył się przy trumnie

WAM
(fot. Ahmed Carter / Unsplash)

Przez całe lato 1886 roku Alojzy Orione pracował w zespole robotników pod nadzorem ojca. Było ich dwunastu - młodych mężczyzn i chłopców z Pontecunone. Gdy pracowali w bardziej odległym Frugarolo, przyłączała się do nich taka sama grupa robotników z Lombardii. Wszyscy podlegali Wiktorowi Orione.

 

Między obiema grupami stale panowała zazdrość. Rywalizacja Lombardczyków z Piemontczykami nasilała się z dnia na dzień. Na obiad była polenta i dorsz suszony. Lombardczycy uważali, że porcje Piemontczyków są obfitsze. Wiktor uciekał się więc do osobliwego sposobu losowania: ciągnięto słomki. Ci, którzy mieli dłuższą, wybierali porcje pierwsi. Alojzy podpatrzył sprytne oszustwo Lombardczyków, którzy przynosili ze sobą gotowe długie słomki. Wtedy jego ojciec chwycił się nowego sposobu. ustawił miski w dwóch szeregach, a robotnicy wybierali na przemian: prawa - lewa.

 

Przyjaźń ze św. Janem Bosko

 

Jesienią Alojzy czuł się już zdrów i silny. I znowu - po raz drugi - ośmielił się prosić rodziców o pozwolenie na przygotowanie się do stanu kapłańskiego. Matka nie wyrażała sprzeciwu, a z czasem i ojciec wyraził swoją zgodę.

 

Zwrócił się do księdza Bosko, założyciela Zgromadzenia Salezjanów. Przybył do ich głównego domu w Turynie dnia 4 października 1886 roku. Mimo że zakon ledwo powstał, już prawie całe Włochy były pełne podziwu dla wielkiego założyciela i jego działalności polegającej na troskliwej opiece nad sierotami i dziećmi ulicy.

 

Właśnie w Turynie, głównej siedzibie salezjanów, spotkałem osiemdziesięcioczteroletniego księdza Jana Segalię, który kształcił się z Alojzym w seminarium salezjańskim. Określił mi go jako "wzorowego ucznia, gorliwego w dobrym".

 

Pod koniec drugiego roku pobytu, gdy Alojzy miał zaledwie szesnaście lat, przełożeni powierzyli mu nauczanie religii wśród współuczniów i wygłaszanie pogadanek na zebraniach sodalicji. To było czymś niecodziennym i świadczyło zarówno o jego zdolnościach, jak i nadzwyczajnym zaufaniu, jakim go obdarzono. Nikt z jego kolegów nie podjąłby się tego zadania. On zaś nie tylko dobrze się z niego wywiązywał, lecz jeszcze zyskał uznanie swych kolegów. Podziwiali oni nie tylko jego zdolności, ale ponadto kochali go za wesołe usposobienie i umiejętności sportowe. Orione był także zapalonym członkiem kółka dramatycznego i osiągał dobre wyniki.

 

Salezjanie go polubili. Miał przyjaciół w konwencie i między rówieśnikami. Szczególnie cenił go sam ksiądz Bosko, który często przysłuchiwał się jego lekcjom religii.

 

Ta przyjaźń mistrza z uczniem, przyjaźń z jednym z największych świętych Kościoła, wywarła głęboki wpływ na wrażliwego, uduchowionego młodzieńca. W Valdocco odbył po raz pierwszy spowiedź u księdza Bosko i uzyskał wskazówki dotyczące obowiązków i drogi życiowej. Święty był jego przełożonym i kierownikiem duchowym.

 

Cud, który wydarzył się przy trumnie

 

Salezjanie gromadzili chłopców z ulicy i z najohydniejszych zaułków nędzy, uczyli ich pożytecznego zawodu. Przez fachowe kształcenie nadawali ich życiu kierunek i godność, jakiej dotąd byli pozbawieni. Było to dzieło miłosierdzia przewyższające jałmużnę i jakąkolwiek doraźną pomoc.

 

Chłopców, których nie można było umieścić w internacie, zrzeszano w związki wpływające korzystnie na ich rozwój umysłowy i moralny. Taki kierunek działania odpowiadał całkowicie Alojzemu. Jego widoczne ubóstwo pozwoliło mu zrozumieć poniżającą nędzę wychowanków salezjańskich.

 

"Pamiętaj, pozostaniemy na zawsze przyjaciółmi" - mawiał do niego ksiądz Bosko i to zapewne krzepiło młodego Alojzego Orione.

 

W styczniu 1888 roku, w drugim roku nauki Alojzego, ksiądz Bosko ciężko zachorował. Nie dziwi nas gest Alojzego, który dowiedziawszy się o groźnym stanie swojego przyjaciela i mistrza, ofiarował Bogu swoje młode życie za umierającego świętego. Jednak 31 stycznia 1888 roku ksiądz Bosko umarł.

 

Alojzy należał do wybranej czwórki straży honorowej przy zwłokach świętego. Ze wszystkich stron przychodzili wierni, by oddać cześć świętemu, któremu tyle zawdzięczali. Alojzy wiedział, że wielu z nich pragnęło wrócić do domu z czymś, co miałoby związek ze świętym. W swojej pomysłowości pokrajał chleb na drobne kawałki, dotykał nimi ciała i rozdawał obecnym. Przy krajaniu zaciął się głęboko w palec. Nie wątpiąc w świętość księdza Bosko, uczynił, co w danej chwili uważał za zupełnie naturalne. Przytknął palec do czcigodnych zwłok i rana natychmiast się zasklepiła.

 

Zaskakująca rezygnacja z obranej drogi

 

Mimo przywiązania do księdza Bosko i przyjaźni łączącej go z salezjanami w szkole oraz pełnego uznania dla ich owocnej działalności Alojzy zmienia nagle swój plan życiowy. Przy końcu drugiego roku nauki zamiast rozpocząć nowicjat salezjański, opuszcza Valdocco i zgłasza się do tortońskiego seminarium dla kapłanów diecezjalnych.

 

Wszyscy - zarówno nauczyciele, jak i uczniowie - byli przekonani, że nadawał się na członka Zgromadzenia Księży Salezjanów. Przecież uczył już religii w jednym z salezjańskich stowarzyszeń młodzieżowych. Dlatego wszyscy byli zdumieni, "lecz - jak mnie zapewniał ksiądz Segalia - nikt i tym razem nie wątpił w czystość jego intencji, ponieważ przełożeni zwykle aprobowali jego poczynania".

 

Alojzy rzeczywiście, jak większość poważnie myślących chłopców w tym wieku, zastanawiał się nad tym, gdzie jest jego właściwe miejsce. Czy Bóg powołał go do księży salezjanów? Już przed kilku miesiącami przedstawił swoje wątpliwości księdzu Bosko. Ten go uspokajał: "Jeżeli czujesz, że Bóg woła cię gdzie indziej, idź. Pamiętaj, pozostaniemy na zawsze przyjaciółmi".

 

Po śmierci świętego niepokoje wzrosły. Człowiek o takim sumieniu jak Alojzy Orione wiedział, że w tych sprawach wątpliwości mieć nie można. Od lat słyszał wezwanie do spełnienia jakiejś misji. Obecnie doszedł do przekonania, że choć zachwycał się działalnością salezjanów, jego miejsce nie jest u nich. Poszedł więc za głosem wewnętrznym, który uznał za wyraźną wolę Bożą podczas rekolekcji pod koniec drugiego roku nauki, i wrócił do domu.

 

Najtrudniejszy rok w życiu

 

Księża salezjanie, znając jego prawość, decyzję tę rozumieli. Jednak niełatwo poszło z ciężko zapracowanym ojcem Alojzego. Takie postępowanie wydawało mu się nieobliczalne, wręcz awanturnicze. Powiedział:

 

"Jeżeli nauka ci nie odpowiada, wracaj i pracuj znów ze mną. Zobaczymy, co będzie z tobą dalej".

 

I Alojzy znalazł się po raz drugi w brukarskiej brygadzie ojca. Zadowolenia jednak w tym nie znalazł. Za radą matki zwrócił się do miejscowego proboszcza z prośbą o pośrednictwo w przyjęciu do seminarium diecezjalnego w pobliskiej siedzibie biskupiej w Tortonie.

 

Tymczasem prawie przez cały rok pracował jako brukarz. Kiedy jesienią 1889 roku był zatrudniony w Nizza Monferrato, sześćdziesiąt kilometrów od Pontecurone, ojciec otrzymał list od proboszcza. Wiktor Orione przeczytał z pośpiechem i zawołał do syna: "Spiesz się, musimy wracać, jesteś przyjęty do seminarium w Tortonie". Mimo doznanych rozczarowań ojciec był mile przejęty takim obrotem sprawy i naglił do pośpiechu.

 

Seminarium, jak koszary

 

Tak rozpoczął Alojzy w siedemnastym roku życia studia teologiczne na kapłana diecezjalnego w Tortonie. Fakt ten dla wielu może wydawać się mniej romantyczny, niż gdyby Alojzy zgłosił się do nowicjatu salezjańskiego, który pozostawał nadal pod wpływem wielkiego księdza Bosko. Także Alojzy czasem musiał odczuwać wątpliwości, czy słusznie postąpił, opuszczając salezjanów w Turynie. Seminarium w Tortonie nie było bowiem wtedy na wysokim poziomie. Szwankowała karność, zachowanie niektórych chłopców było wprost rażące. Ich wybryki przekraczały dopuszczalne granice.

 

Młodzieńcy bawili się kosztem Alojzego, drwili z jego zniszczonego ubrania, taniego obuwia, a przede wszystkim z jego groszowych oszczędności. Przy posiłkach rzucali pod stół kromki chleba, które Alojzy z uszanowaniem podnosił i zjadał. "Chleb jest darem Bożym i nie wolno nim poniewierać" - powtarzał słowa matki zasłyszane w dzieciństwie.

 

Rozmawiałem z poważnymi ludźmi, którzy wtedy przebywali z nim, a obecnie są w sędziwym wieku i dojrzeli dzięki miłości i mądrości. Przyznawali, że mniej ich drażniło ubóstwo, natomiast więcej raziła zupełna odrębność moralna Alojzego. Taka jest psychika młodzieży: sympatyzuje z równymi lub niższymi od siebie. Orione zaś był inny, różnił się od nich, a to w oczach młodych uchodzi za zbrodnię.

 

Alojzy był żywego usposobienia, na wskroś pobożny i zbyt przejęty dostojnością swego powołania, by zniżyć się do wulgarnej przeciętności otoczenia. Miał pewne ruchy i gesty, które uważano za zbyt teatralne - gesty tego typu, które toleruje się i uznaje u człowieka, gdy ten jest u szczytu sławy, a wydrwiwa bez skrupułów, kiedy dopiero zaczyna karierę.

 

 

Fragment pochodzi z książki Douglasa Hydea "Rozbójnik Boży" wydanej przez Wydawnictwo WAM.

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

5

Liczba głosów:

9

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook