Kiedyś zapragnęłam umrzeć [ŚWIADECTWO]

(fot. shutterstock.com)

Obwiniałam się o wszystko: że jestem problemem, że nikt mnie nie chce, bo jestem zbyt brzydka i głupia, że nikt mnie nie kocha. Zamknęłam się w pokoju, z żyletką... W ostatnim momencie poczułam, jak ktoś chwyta mą dłoń.

 

Kiedy czytam świadectwa ludzi ocalonych przez Boga, serce krzyczy mi w piersi, aby nie chować swojej historii dla siebie. Pragnę się nią podzielić, jednak proszę, zanim ktoś mnie oceni, niech spojrzy na to w perspektywie Bożej Miłości.

 

Jestem młodą kobietą, studentką, która kiedyś zapragnęła umrzeć. Od kiedy sięgam pamięcią, nigdy nie miałam wsparcia w rodzinie. W szczególności doskwierał mi brak zrozumienia ze strony mego ojca i matki, którzy wciąż skupiali się na moim młodszym rodzeństwie.

 

Byłam o to strasznie zazdrosna, co w konsekwencji doprowadziło do bardzo zdystansowanych relacji, także z siostrami. Do tego wszystkiego, w domu nigdy nie było spokoju - wszyscy o coś się kłócili. Z każdym kolejnym rokiem zamykałam się w sobie coraz głębiej. Miejsce wartości, którymi była czysta i niewinna miłość do grobowej deski, prawdziwa przyjaźń, wsparcie, zrozumienie... zaczęły wypełniać: gniew, ból i rozpacz.

 

Miałam wrażenie, że cały świat jest przeciw mnie i każdy czeka tylko na to, abym upadła. Mimo braku zaufania do ludzi, bardzo szybko przywiązywałam się do znajomych, którzy choć trochę okazywali mi swą uprzejmość (najlepiej dogadywałam się z chłopakami). Ale tym samym, mimo poznania wielu wartościowych ludzi, którzy po latach okazali się być dobrymi przyjaciółmi, zaczęłam wchodzić też w tokstyczne relacje, które wyssały ze mnie całą energię i resztę radości jaką w sobie miałam.

 

Głównie koledzy zaczęli oczekiwać znacznie więcej niż przyjaźni, którą starałam się ich darzyć. Kiedy dowiadywali się o tym, że nie jestem zainteresowana niczym innym, niż tylko nią, przeważnie odchodzili... a ja wpadałam w coraz większą depresję, obwiniając siebie za to, jaka jestem. Nawet gdy niespodziewanie miłość zapukała do mych drzwi, nie miałam odwagi, aby walczyć o ukochanego, z którego powodu cierpiałam przez kilka lat.

 

W gąszczu tego bólu pojawił się też mój były chłopak, który zdradzał mnie z innymi dziewczynami, nie rozumiejąc tego, że będę bronić swojej godności do samego końca. Rozstaliśmy się po roku. Tamtego dnia płakałam przez wiele godzin. Obwiniałam się o wszystko: że jestem problemem, że nikt mnie nie chce, bo jestem zbyt brzydka i głupia, że nikt mnie nie kocha. Zamknęłam się w pokoju, z żyletką... W ostatnim momencie poczułam, jak ktoś chwyta mą dłoń.

 

Nie było wtedy ze mną nikogo. Moje serce wypełniło się ciepłem, łzy toczyły się obficie po policzkach, a ja zrezygnowałam. Owszem, jestem osobą wierzącą, należałam do kilku grup parafialnych, ale one nie dały mi tego, czego szukałam. Dostałam to w tamtym momencie, kiedy znalazł mnie sam Bóg, a czego przez bardzo długi czas nie chciałam do siebie dopuścić. Dostałam szansę na życie...

 

Zaczęło się sporo zmieniać. Mój nałóg, przez który między innymi były ciągłe konflikty w domu, zaczął powoli ustępować. Ale żeby nie było zbyt kolorowo... W tamtym momencie zrozumiałam też, że jestem w ogniu ciągle toczącej się bitwy. Myślicie, że szatan tak łatwo odpuszcza? Otóż, odpowiedź jest prosta... Nie.

 

Uwierzyłam w to, że mimo iż rodzina czy znajomi nie okazują mi miłości, to jest Bóg, który kocha mnie taką jaką jestem, że jestem dla Niego kimś wyjątkowym i niepowtarzalnym... Wtedy nasiliły się problemy w sferze seksualnej, o których nie wspomniałam wcześniej, bo dopiero w tym konkretnym momencie je sobie uświadomiłam.

 

Dopadła mnie też i ponografia, która chciała zniszczyć we mnie Bożą Miłość. Powróciłam do udziału w życiu parafialnym, aby bronić się przed nieczystymi myślami, zbyt długim siedzeniem przed komputerem, samotnością. Owszem, to piękna idea: walka o czytość. Ale wszyscy, którzy to przechodzą, wiedzą, że jest to okropna walka, która bardzo rani człowieka. Tak też było i w tym przypadku.

 

O tym problemie opowiedziałam dopiero swojemu przyjacielowi (wtedy, gdy wierzyłam w to, że nim jest)... który pewnego razu, zbyt długo trzymając mnie za rękę i tuląc do siebie, rozbudził zmysły. Nie pozostało to bez konsekwencji, ponieważ nasza relacja się rozpadła. Jednak, co jest ważne, wtedy wyszedł na zewnątrz cały mój ból, który w sobie nosiłam.

 

Modliłam się i powtarzałam: Panie Boże sama nie daje sobie z tym rady, ratuj mnie!  I choć początkowo upadałam bardzo często, raniąc siebie nawet w grzechu masturbacji... pojawiała się nawet chęć zemsty, burzenia radości, którą na przekór wyraźniej widziałam. Paradoksalnie - odczułam Miłość Boga, na którą byłam ślepa.

 

Najbardziej wzruszającym momentem w całej tej historii była dla mnie spowiedź wielkanocna 2 lata temu, kiedy słysząc słowa rozgrzeszenia i pukanie w konfesjonał, z moich oczu popłynęły łzy. Poczułam, że Bóg objął mnie w swe ramiona, jakby zapewniał, że niezależnie od tego, co się wydarzy, będzie przy mnie, że mnie nie opuści.

 

Dzięki Jego Łasce, zaczęłam na nowo układać swoje życie, dostrzegać otaczające mnie piękno.. znów zaczęłam wierzyć w to, że Miłość,o której kiedyś pisałam wiersze, istnieje naprawdę i że czeka tylko na to, aby się na nią otworzyć.

 

Choć nie mam wielu przyjaciół, sporo relacji wróciło do normy. Od ponad roku jestem w związku, który mimo bardzo trudnego początku, przetrwał dzięki Bożej Łasce. I powiem Wam szczerze, jesteśmy tylko ludźmi (zatem mimo wszystko, pewne rzeczy będą ciągle wracać) i czasem nie jest pewnie do końca tak, jak być powinno... ale z Bogiem na prawdę można wszystko zmienić, nad wszystkim pracować.

 

Ja ze swoim mężczyzną najbezpieczniej czuję się na Mszy Świętej, gdzie zresztą spotkaliśmy się po raz pierwszy. I dopiero teraz wiem, jak ważna jest obrona ideałów, wartości i przede wszystkim wiara w to, że Bóg jest. Wiara w to, że nas kocha i że mimo wszelkich podstępów szatana, będzie o nas walczył - do samego końca!

 

Chciałabym zakończyć to świadectwo moim ulubionym cytatem: "Wszystko mogę w tym, który mnie umacnia!".

 

 

dodał(a): Admin_DEON.pl
Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

4.87

Liczba głosów:

23

 

 

Komentarze użytkowników (1)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

Annaz80 15:16:28 | 2015-12-22
Ja też kiedyś zapragnęłam umrzeć, przestać istnieć, znam ten ból istnienia gdy czujesz się niekochana, niepotrzebna i masz wrażenie że lepiej wszystkim będzie jak Cię nie będzie. I mnie też uratował Bóg. Pamiętam jak dziś, byłam na mszy wieczornej, to był okres adwentu, chodziłam zamiast na ranne roraty to na wieczorną mszę. Przez głowę w tym okresie przechodziło tysiące myśli tak bardzo oddalających mnie od Boga bo udowadniających mi, że jestem nikim, śmieciem. Nie potrafiłam się skupić na mszy, a w tym dniu w mojej głowie nastała pustka, była taka cisza w mojej głowie, że usłyszałam Boga. Powiedział mi, że on zawsze jest przy mnie, że mnie Kocha taką jaką jestem i nie pozwoli mi zginąć. Ogarną mnie spokój, na sercu zrobiło się ciepło. Wróciłam do domu i tej nocy długo nie spałam. Spędziłam ją na szczerej rozmowie z Bogiem. Opowiadałam o tym wszystkim co niszczyło mnie w środku, a Pan powtarzał mi, że mnie Kocha. Płakałam ze szczęścia. To najcudowniejsze uczucie - być kochanym, tak bezwarunkowo, taką jaką jestem, słabą i grzeszną ale wciąż pragnącą świętości.  To moja krótka historia, opowiedziana tak nieskładnie.  PAN MÓJ I BÓG MÓJ… MIŁOŚCI MOJA.

Oceń 1 odpowiedz

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook