Ta modlitwa pozwoliła mi przeżyć rozstanie z chłopakiem

(fot. shutterstock.com / Radio Tv Santa Maria Della Sperlonga / youtube.com)

Od zawsze byłam osobą wierzącą, ale dopiero w tamtym momencie poznałam, że Bóg nie kończy się na co niedzielnej mszy świętej i modlitwie do Anioła Stróża...

 

Miałam wtedy 20 lat. Mój pierwszy tak naprawdę związek. Pokochałam go tak bardzo, że godziłam się na życie i założenie rodziny z mężczyzną, który był przewlekle chory na poważną chorobę zakaźną.

 

Moi znajomi mnie za to podziwiali, "jak ja się nie boję"... Wierzył w Boga, ale jakoś specjalnie nie dbał o tę relację, nie chodził do kościoła nawet w niedzielę, a o modlitwie "sam na sam" to może w kryzysach życiowych pamiętał.

 

Modlitwa na sytuacje bez wyjścia >>

 

Nie rozumiał Kościoła, przyjmowanie Komunii to było dla niego rytuał "bo wszyscy tak robią, ludzie idą za tłumem". A spowiedź? "Nie będę się spowiadał człowiekowi-księdzu. Bóg i tak zna moje grzechy".

 

Temat wiary i Kościoła zawsze kończył się kwasem, kłótnią i moimi łzami. Nigdy nie współżyliśmy - za bardzo ceniłam sobie moją wartość! Moim marzeniem było obdarować sobą dopiero swojego męża. Nie chłopaka.

 

Zbliżała się nasza trzecia rocznica. Zamiast fajerwerkowych obchodów usłyszałam podczas spaceru: "Wiesz... Ja nie wiem, czy to ma dalej sens...". Nie wiedziałam, czy go dobrze rozumiem, więc zapytałam: "ale co?" - "To, że jesteśmy razem".

 

Zdębiałam, a później wpadłam w histerię. Mówiłam "kocham Cię", a jako odpowiedź słyszałam nerwowe "przestań tak mówić, nie mogę tego słuchać, bo ja nie czuję tego samego i nie mogę Ci odpowiedzieć!"...

 

Do niego Ojciec Pio wysyłał najcięższe przypadki >>

 

Daliśmy sobie kilka dni, więc kilka dni później, gdy ochłonęłam, pojechałam do kościoła. Puste ławki, tylko ja i On. Zaczęłam się modlić...

 

I kiedy byłam tak bardzo zdesperowana, w trakcie modlitwy czułam wsparcie, dodatkową moc, i zamiast słów "Boże, spraw, aby X. mnie nie zostawił! Abyśmy nadal byli razem, uratuj to!" poczułam, że chcę modlić się inaczej!

 

Prosiłam Boga dokładnie tak: "Boże, oddaję Ci tę sprawę, ten związek. Rozwiąż ją tak, aby było to dobre rozwiązanie dla mnie. Ty wiesz, co jest dla mnie najlepsze". Efekt? Od tamtego momentu poczułam się silniejsza, bardziej obojętna na fakt rozstania, a na następny dzień od modlitwy to ja zaczęłam temat i postanowiliśmy obustronnie się rozstać.

 

Więcej nas zaczęło dzielić niż łączyć. Musieliśmy się więcej dla siebie zmieniać niż akceptować wady. Po tej modlitwie dotarło to do mnie, że mi też nie było dobrze w tym związku. Tydzień przed 3 rocznicą związku rozstaliśmy się.

 

Mimo wszystko bardzo to przeżyłam. Pierwszy związek, 3-letni, poważny, myślałam, że to będzie mój mąż... 3 dni po rozstaniu miała być msza wspólnoty, która zaczęła powoli powstawać w gronie naszych znajomych w mojej parafii (służba muzyczna + liturgiczna służba ołtarza zapoczątkowała spotkania uwielbieniowe).

 

Nowy rok szkolny, nowe wyzwania, pierwsze spotkanie wspólnoty po wakacjach - msza, a po niej adoracja Najświętszego Sakramentu. Tego dnia nie miałam już siły znieść rozstania... Przez kilka dni płakałam non stop, nawet jadąc autobusem przez miasto. To było silniejsze ode mnie. 

 

Podczas modlitwy na adoracji pierwszy raz w życiu odważyłam się pomodlić w ten sposób, aby oddać moje problemy Jezusowi! Świadomie obciążyć Go tym, czego znieść nie mogę - myślałam sobie "cóż za egoizm z mojej strony"... Ale nic mi nie pozostało innego.

 

Powiedziałam Mu: "Boże, oddaję Ci mój ciężar związany z tą sprawą. Jezu, zajmij się tym, bo ja tego nie udźwignę, nie daję już rady. Wierzę, że Ty sobie z tym poradzisz". Byłam tak wpatrzona w Najświętszy Sakrament...

 

Był taki piękny! Pomyślałam, że księża i siostry zakonne mają szczęście, że mogą dotknąć monstrancji, być tak blisko, a ja, świecki człowiek, zawsze tylko z daleka, z ławki. Oni to muszą mieć super! Za około 10 minut przychodzi ksiądz, aby zakończyć wystawienie i mówi: "a teraz na sam koniec, podejdę przed ołtarz i kto będzie chciał, może podejść, dotknąć Najświętszego Sakramentu w monstrancji i chwilę pomodlić się w tym bliskim kontakcie".

 

To świadectwo pokazuje, ile może prosta modlitwa "Jezu, ty się tym zajmij" >>

 

Pomyślałam, że chyba śnię.... Przecież przed chwilą o tym marzyłam i wydawało mi się, że to niemożliwe! Oczywiście skorzystałam prędko. To było niesamowite przeżycie - powtórzyłam, że "oddaję Ci tę sprawę, Jezu. Ogarnij to, proszę!" i wróciłam do domu.

 

Na następny dzień, wiecie co? Ogarnął! Wziął i zabrał! Obudziłam się w dość dziwnym stanie...

 

Jakby nowo narodzona, w innym życiu... Jakby rozstanie miało miejsce kilka lat wstecz, a ja już nic nie czułam. Od tamtego czasu nie uroniłam ani jednej łzy z powodu rozstania z X! To był mój pierwszy raz, kiedy poznałam, że Bóg jest tak Wielki... Niezmierzony, nie do ogarnięcia... Kiedy na własnej skórze przekonałam się, że wiara nie kończy się na co niedzielnej mszy świętej. To dopiero początek relacji z Nim!

 

Polecam wszystkim strapionym. Nie bójcie się oddawać swoich ciężarów Jezusowi. On umarł za nas na krzyżu - czym jest więc dla Niego "głupie" rozstanie z chłopakiem czy inne ziemskie problemy? Zakończę wspaniałą życiową sentencją: "Nie mów Panu Bogu, że masz wielki problem. Powiedz problemowi, że masz wielkiego Boga".

 

Chwała Panu!

 

 

*  *  *

 

Doświadczyłaś mocy modlitwy "Jezu, ty się tym zajmij"? Zapraszamy cię do złożenia świadectwa. To najlepsza metoda, by przekonać innych do tej formy kontaktu z Bogiem i pokazania, że to naprawdę działa.

 

Kliknij w baner, by dodać świadectwo:

 

 

 

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

4.46

Liczba głosów:

13

 

Dodaj świadectwo »

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook