Nie spodziewałem się takiego zachowania księdza w czasie spowiedzi [ŚWIADECTWO]

(fot. shutterstock.com)

Myślałem, że po tylu latach o spowiedzi wiem już wszystko i nie można mnie niczym zaskoczyć. Myliłem się, bo to, co zrobił ten ksiądz, bardzo głęboko we mnie zostało.

 

Środek wakacji. Jedna z nadmorskich miejscowości. Niewielki kościół przy bocznej drodze, parę minut do rozpoczęcia mszy świętej. Podchodzę do zamykanego konfesjonału umieszczonego w mało widocznym miejscu. Otwieram drzwi, w środku cisza, lekki zaduch i mało światła. Potykam się o klęcznik, zamykam drzwi, oczy powoli przyzwyczają się do ciemności.

 

"Spowiadam się co parę miesięcy"

 

Jakiś czas temu publicznie przyznałem się, że nie spowiadam się za często, bo uważam, że to za poważne wydarzenie, by traktować je z częstotliwością podobną do robienia zakupów w sklepie. Pisałem wtedy, że: "kiedyś do spowiedzi przystępowałem bardzo często. Kiedy patrzę z perspektywy, to nieraz z błahego powodu. Po kilku latach takiej praktyki zrozumiałem, że przestałem tak naprawdę rozumieć moc i znaczenie tego sakramentu, coś, co kiedyś było łaską i spotkaniem z Chrystusem, stało się zwykłą rozmową".

 

Gdzieś pod skórą czułem, że w te wakacje zbliża się czas, żeby znów zafundować sobie "duchową reanimację" i odświeżyć patrzenie na swoją wiarę. Jak to zwykle bywa w takich przypadkach, łatwo nie było. "Przecież mam czas, no może jeszcze nie dzisiaj, a to się przejdę na plażę, a to do lasu, o gofry! Wiem, że nie mogę, ale to dobry pomysł, a gdyby tak gdzieś pojechać, przecież zrobiłem tak mało zdjęć, aparat już dawno się zakurzył, trzeba wyruszyć i fotografować" - mówił do mnie mój umysł, a ja grzecznie słuchałem jego powtarzających się argumentów za tym, że pójście do spowiedzi nie jest konieczne dzisiaj, bo juto jest tym najlepszym dniem na nawrócenie. Jak zawsze, odkładanie na jutro było jednak niczym innym jak odkładaniem "na nigdy".

 

Spowiedź księdza uzależnionego od pornografii

 

Rzecz dzieje się na leżaku, na którym spożywałem niespiesznie opasłą reportażową cegłę. Czytam o współczesnych Chinach, o niezrozumiałych dla mnie zwyczajach, językach, stepach, pustyniach, wielkich murach, pałeczkach i czuję, że się wkurzam. No tak normalnie, po ludzku, wkurzam się i wiem, że coś jest nie tak. Czytam zdania po kilka razy, nie potrafię się skupić, wszystko jest idealnie, bo środek urlopu sprzyja słodkiemu lenistwu, a ja reaguję na to irytacją i potem na dłoniach. Przez dłuższą chwilę siedziałem i zastanawiałem się, co zrobić. Była niedziela, godzina 16. Ostatnia msza o 18.10. "A co mi tam" - powiedziałem sam do siebie. "Zróbmy to".

 

Puk, puk

 

Przez ostatnie miesiące nazbierałem w sobie trochę niefajnych rzeczy, porządnie więc wynotowałem w głowie te najważniejsze (fachowo zwane "ciężkimi") i poszedłem do spowiedzi. Kiedy zacząłem mówić, spodziewałem się, że zabawię w konfesjonale dłuższą chwilę, bo wyznanie grzechów chciałem połączyć z wyjaśnieniem pewnych kwestii i poproszeniem o radę. Byłem świadomy, że od spowiedzi nie odchodzi się ot tak, że trzeba trochę poklęczeć, poczuć ból kolan (które zawsze zawodzą mnie w takich momentach), posłuchać tego, co ma do powiedzenia ksiądz, nie zżymać się na to, może potraktować nawet jako element pokuty.

 

Przeprosiłem za potknięcie się o klęcznik, nabrałem głębiej ciężkiego powietrza, wyostrzyłem wzrok, zacząłem mówić.

 

W takich sytuacjach lubię być konkretny, nie owijać za bardzo w usprawiedliwiającą mnie bawełnę, powiedzieć to, co mam na myśli, być szczerym wobec samego siebie.

 

Powiedziałem wszystko, co trzeba było powiedzieć. Plan był taki, że po pierwszej fazie wypowiedzi księdza, w której "skomentuje" on moją spowiedź, przejdę do pytań i sprawa zamknięta. Dałem wyraźnie do zrozumienia, że skończyłem, okopałem się, czekam na "salwę" drugiej strony.

 

Spowiedź z całego życia. Jak to zrobić?

 

Powietrze musiało być faktycznie duszne, bo na chwilę zagapiłem się, ale usłyszałem tylko: "Jezus odpuszcza grzechy tym, którzy za nie żałują i chcą poprawy. Pan odpuszcza tobie grzechy. Idź w pokoju". KROPKA.

 

Zaczerpnąłem jeszcze głębiej dusznego tlenu, chciałem coś powiedzieć, bo jednak wszystko we mnie mówiło, że tak nie można, że trzeba się jakoś postarać, że muszę tutaj choć chwilę zapracować, poczuć ból, nim usłyszę charakterystyczne pukanie w drewno konfesjonału, że to nie mogło pójść tak łatwo, w ułamku sekundy. A jednak.

 

Wstałem, przesunąłem trochę klęcznik, który dalej stał krzywo, otwarłem drzwi, poszedłem do ławki. Msza miała zacząć się za minutę.

 

Tak działa miłosierdzie Boga

 

Kiedy przez kilka kolejnych godzin myślałem o całym zajściu, doszedłem do wniosku, że w zachowaniu księdza było coś genialnego. Można pewnie przyczepić się do tego, co zrobił, bo zabrakło refleksji do "przemielenia" po mszy. Z drugiej strony, żadna inna spowiedź nie dała mi tyle do myślenia, nie spowodowała, że tak długo zastanawiałem się nad tym, w czym brałem udział.

 

To, że chciałem usłyszeć jakieś dodatkowe słowa, pobyć chwilę dłużej w konfesjonale, poczuć niewygodną pozycję ciała, było jakimś głęboko we mnie zakamuflowanym pragnieniem zapracowania sobie na przebaczenie. Jak w transakcji, w której ja przynoszę grzechy, cierpliwe wysłuchuję pouczenia kapłana, ja cierpię na kolanach, których drewno wrzyna mi się w łękotkę, ja pocę się w nieklimatyzowanym małym pomieszczeniu. Ciągle ja.

 

Dobra spowiedź, to przygotowana spowiedź

 

A przecież miłosierdzie Boga nie ma ceny, nie można go kupić, zapracować sobie na nie, nie mam nic konkretnego do zaoferowania Bogu w zamian za Jego przebaczenie, miłość, zbawienie. Jakbym do końca nie dowierzał, że On każdy grzech może ode mnie zabrać, zniszczyć go, umrzeć razem z nim na krzyżu, że nie potrzebuje mojej pomocy czy jakiegoś prezenciku w zamian.

 

Jeśli przychodzę do Niego, przepraszam za wyrażenie, podstawiam Mu pod nos swoje grzechy i mówię: "zrób coś z tym", to On nie wyciąga cennika, nie zaczyna targować się ze mną, że za to tyle, za tamto tyle. Bierze, daje się wraz z nimi przybić do krzyża, umiera, zmartwychwstaje. Robi to za każdym razem, kiedy pozwalam Mu działać i oddaję to, z czym sam sobie nie radzę. Uświadomił mi to w ciszy. I jednym zdaniu księdza. Tylko On tak potrafi. 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

4.73

Liczba głosów:

40

 

 

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook