Mieszkanie razem przed ślubem

(fot. kereszte / flickr.com)

Liczba par w Polsce, które decydują się na zamieszkanie pod jednym dachem na długo przed ślubem, stale się zwiększa. Najczęstszym argumentem, który podnosi się, by uzasadnić takie "przygotowanie do małżeństwa", jest potrzeba lepszego poznania się narzeczonych i próba "dopasowania się".

 

Ponieważ to zjawisko pojawiło się dużo wcześniej na Zachodzie, tam można już zbadać jego długofalowe efekty. Przeprowadzone w Stanach Zjednoczonych badania, zebrane i skomentowane w książce Glenna T. Stantona "The Ring Makes All The Difference: The Hidden Consequences of Cohabitation and the Strong Benefits of Marriage" (“Obrączka wszystko zmienia. Ukryte skutki konkubinatu i zdecydowane korzyści małżeństwa") pokazują kilka interesujących trendów i pewien mechanizm, który warto wziąć pod uwagę, kiedy rozważa się konkubinat.

 

Interesujące jest już to, kto na niego się decyduje. Według badań, bardzo często są to osoby, którym nie powiodło się w pierwszych związkach (zakończyły się rozwodem), nie mają wyższego wykształcenia i są mniej religijne. Z badań wynika również, że w Stanach Zjednoczonych 60% par wybiera konkubinat ze strachu przed rozwodem. Bierze się to z ich wcześniejszych osobistych doświadczeń - większość z nich doświadczyła bólu związanego z rozwodem ich rodziców i za wszelką cenę chcą oszczędzić tego cierpienia własnym dzieciom. Liczą na to, co głosi mit, że związek na próbę wykluczy przykrą ewentualność rozejścia się. Tymczasem statystyki podają, że małżeństwa zapoczątkowane wspólnym zamieszkaniem są obciążone większym ryzykiem rozwodu, niż te, które ze sobą nie zamieszkiwały! Socjologowie nadali temu zjawisku nawet osobną nazwę "efektu konkubinatu".

 

Czemu w tym przypadku zdroworozsądkowe podejście nie wystarcza? Otóż brak decyzji na wspólne życie powoduje, że para wypracowuje sobie pewien model bycia razem, który bardziej przypomina wspólne zamieszkiwanie dwojga singli, niż związek. Niestety, ten model przenosi się potem do życia małżeńskiego, do którego on już nie pasuje. Na czym ten model polega?

 

Brak zobowiązania powoduje, że deklarowana ustnie wierność wobec partnera jest o wiele częściej naruszana. Jedna albo obie strony związku, wiedząc, że klamka jeszcze nie zapadła, ma skłonność do zachowywania się jak osoba, która wciąż poszukuje partnera. Albo pozostaje w sytuacji zawieszenia - zostawia sobie otwartą furtkę i gdy pojawia się nowa, ciekawsza propozycja związku, o wiele łatwiej przychodzi do zerwania dotychczasowej relacji niż w przypadku trwałego małżeństwa.

 

Obie strony nie angażują się całkowicie w budowanie relacji, bo mają świadomość, że to jest próba, a nie realne tworzenie związku. Poświęcają mniej czasu na wspólne rozmowy i mniej angażują się we wspólne życie, są mniej chętne do poświęcania części siebie, swojego czasu, a nawet finansów (konkubinaty rzadziej wypracowują wspólny majątek niż małżeństwa). To oznacza także, że partnerzy nie wszystko o sobie mówią i nie zawsze zachowują się szczerze, a co za tym idzie, wcale nie poznają siebie lepiej.


W badaniach ujawniła się również u takich partnerów tendencja do manipulowania drugą osobą i sprawowania nad nią nadmiernej kontroli. Te dwie postawy są ze sobą sprzężone: wyczuwamy brak szczerości, sami też do końca nie jesteśmy szczerzy, więc potrzebne są zewnętrzne formy zapewnienia sobie bezpieczeństwa w związku. Są to zachowania klasyczne dla rodzin dysfunkcyjnych, jeśli więc ktoś zaczyna wspólne życie od wypracowania w sobie błędnych form kształtowania relacji, będzie miał trudność ze zbudowaniem zdrowego związku i, konsekwentnie , spójnej, trwałej rodziny.

 

U sedna problemu leży spojrzenie na małżeństwo jak na kontrakt lub inwestycję, a na drugą osobę jak na przedmiot, podlegający ocenie. Tu dopiero widać, że konkubinat tak naprawdę znajduje się na drugim biegunie w stosunku do ideału, z jakiego ta praktyka wyrosła. Popularyzujące ją pokolenie rewolucji seksualnej lat sześćdziesiątych twierdziło, że prawdziwa miłość nie potrzebuje papierka. Czas pokazał, że ów papierek, a jeszcze lepiej złota obrączka i wzajemne udzielenie sobie sakramentu, jest nie tylko gwarantem, ale przede wszystkim fundamentem rozwoju prawdziwej miłości. Bez wzajemnego zobowiązania, a potem wynikających z niego starań i pracy, nie ma związku - jest jedynie kohabitacja, czyli z łac. wspólne zamieszkanie.

 

To prawda, że liczba rozpadających się sakramentalnych związków w USA jest porównywalna do liczby rozwodów małżeństw cywilnych. Sakrament, jeśli poważnie potraktowany, daje oczywiście większą motywację i odwołuje się bo boskiego wsparcia, ale prawdą niestety jest również to, że wiele narzeczonych wcale nie traktuje tego wymiaru poważnie. Decydujące okazuje się to, czy para pracuje nad relacją.
 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

3.88

Liczba głosów:

58

 

 

Komentarze użytkowników (45)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

~ps 18:38:16 | 2015-04-16
Ważne słowa "Decydujące okazuje się to, czy para pracuje nad relacją."

Oceń 1 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~kate 10:28:02 | 2013-01-03
Odnośnie wpisu czytelniczki: i ja obserwuję wzrost w Krakowie związków niesformalizowanych katolików bez przeszkód kanonicznych i prawnych. Moim zdaniem to się będzie pogłębiać: z jednej strony wynikiem, jak słusznie zauważył "bez dogmatu", wzrostu postaw braku odpowiedzialności, niedojrzałości bądź narcystycznej osobowości (zdaniem psychologów jest to już dominująca osobowość, podobnie jak borderline - chwiejność emocjonalna), z drugiej wzrostem świadomości, co do istoty sakramentu małżeństwa - wielu wrażliwych ludzi jest tak przerażonych wizją małżeństwa, czym ono jest, co ono robi z człowiekiem w jego duchowej stronie, że wolą do tej rzeki nie wchodzić (nie dlatego, że komuś nie ufają, że sprosta, ale sami bojąc się, że nie sprostają) i mają problem: albo się nie żenić czy wychodzić za mąż, albo żyć obok tego daru. Znam przypadek wieloletniego związku nieformalnego bez przeszkód, które pod wpływem dorosłych już dzieci (notabene na ślubie jednego z nich) zadeklarowali małżeństwo. Pobrali się - pan się tak rozchorował na serce i nerwy, że wzięli po roku rozwód i żyją dalej ze sobą bez ślubu - ludzie już 60-letni. Małżeństwo to znacznie poważniejsza sprawa niż seks, wychowanie dzieci czy współzamieszkiwanie.

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~poszukujący prawdy 23:20:38 | 2013-01-02
@Andrzej. Może podasz kilka konkretów jeśli chodzi o polityków pis

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~andrzej 17:57:55 | 2013-01-02
A przecież to ludzie młodzi widzą co za przyzwoleniem niestety kościoła się dzieje.Widząc ludzi na szczytach władzy ,w parlamencie,którzy żyją już po iluś tam z kolei zwiazkach.Dostają rozwody "KOSCIELNE"Zaprasza się ich do katolickich mediuw.Są to członkowie PIS,PO,SP.partii katolickich.Przedstawia się ich jako autorytety.JAKIE AUORYTETY TAKIE I SPOLECZEŃSTWO.

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~Kris 13:55:00 | 2013-01-02
Jak to ktos kiedys powiedzial, wyobraz sobie ze twoja mama bedzie na noc szla sypiac do sasiada bo u was popsolo sie lozko a on ma 2.
Nic przeciez nie robi to tylko sasiad i ona tam tylko spi prawda? Ale czlowiek podswiadomie czuje ze ta sytuacja jest mocno nie tak poprostu czujesz ze to smierdzi pomimo absolutnie racjonalnych i niby dobrych powodow.

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~ks. Michał 23:13:22 | 2013-01-01
Deon wrzucił artykuł promujący katolicką moralność! Szacunek... Może znów zacznę Was czytać

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~Nisa 20:02:06 | 2012-03-03
 "Autentycznie rozważam możliwość zamieszkania ze swoją dziewczyną, z którą wcale długo nie jestem."

Ta, tak się zaczyna, a potem bryjówka coraz głębsza.. Mnożenie usprawiedliwień coraz mocniej zagłuszających sumienie. Jak mierzi cię "katolicyzm polsko-pokazowy", to pokaż sam właściwy kierunek. Zachowajcie te "niemodne" zasady: najpierw ślub, a potem wspólne życie. Przecież twarzą do wiatru stanąć, lepiej się opłaci. Kto z Bogiem trzyma ten zwycięży.  "Błogosławiony mąż, który wytrwa w pokusie.." Jak 1,12.

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~Sandra 19:16:03 | 2012-03-03
 @Pomerdanie   z  Poplątaniem         chyba  Cię  rozumiem,hipokryzja   też  jest  rzecza  koszmarna  niemniej   seks  przed  ślubem    moze    podwyzszając  poziom  endorfim    powoduje   ,ze   wybór-jak  po   alko  nie  jest   uczyniony  w  sposób  wolny(  nie  mówiąc  o  kwestiach   moralnych  i  grzechu)

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~warto poczekać 08:19:47 | 2012-02-23
http://religia.onet.pl/publicystyka,6/czekamy-z-tym-do-slubu,31884,page1.html

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~Pomerdanie z poplątaniem 23:10:46 | 2012-02-22
Autentycznie rozważam możliwość zamieszkania ze swoją dziewczyną, z którą wcale długo nie jestem. I powiem szczerze, że do niedawna w ogóle nie brałem takiej opcji pod uwagę.. ale cóż. O co chodzi?

O to, że w moim 'domu' i w jej 'domu' panuje tzw. katolicyzm polsko-pokazowy, relacje są naprawdę chore i momentami po prostu niebezpieczne. Jakoś udaje się nam zachować zdrowy rozsądek i hierarchię wartości, ale jest to ciężkie.. i z każdym dniem jest coraz trudniej.

Wiem, że nie jest to z punktu widzenia chrześcijańskiego dobre rozwiązanie, nie szukam usprawiedliwienia. Ale chciałbym, żeby może powstał artykuł pokazujący taki właśnie powód konkubinatu?

Pozdr

Oceń odpowiedz

Pokaż więcej komentarzy

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?