Najpierw małżeństwo, potem seminarium?

Zygmunt Kwiatkowski SJ
(fot. shutterstock.com)

Historia ma miejsce podczas rekolekcji weekendowych, chociaż nazwa "rekolekcje" w tym wypadku to oczywiście lekka przesada, gdyż chodziło o zaledwie dwa pełne dni spędzone razem w domu pielgrzyma, w Nadrenii, z młodymi "singlami", ale również z kilkoma rodzinami mającymi małe dzieci.

 

Trzy spośród nich miały niemowlaki. Wprawdzie w plan dnia wpisana była Msza św., rozmyślanie, dzielenie się świadectwami, ale były tam również zwykłe rozmowy oraz śpiewanie, nie tylko pieśni religijnych, lecz także świeckich piosenek, była argile (fajka wodna) i lokalne piwo. Na szczęście nie o nazwę chodzi, ale o spotkanie żywych ludzi, ich żywe problemy i odniesienie tego do żywej obecności Boga, w którego wierzyli w ich ojczystej ziemi i pragną być z Nim związani również na ziemi, do której przybyli.

 

Jakimś sprawdzianem tego, co tutaj przeżywają, były ich rozpogodzone twarze, ich rozmowy, zarówno te zwykłe, przy stole, podczas posiłków, jak i te oficjalne - w sali spotkań oraz te prywatne, które prowadzili, chodząc po placu przed kościołem czy siedząc na ławce w ogrodzie. Szczególnie pamiętam jedną osobę. Zwróciła moja uwagę radość bijąca z jej oczu.

 

Był to młody inżynier z Damaszku, który drugiego dnia rekolekcji poprosił mnie o rozmowę. Jego twarz była jak zwykle uśmiechnięta i nawet gdy poważniała, bo koncentrował swoje myśli na jakimś poważnym problemie, to i tak miał uśmiechnięte, błyszczące radością oczy. Pogoda, którą miał w sercu, nie chciała siedzieć cicho. Chciała się zamanifestować, chciała innym o sobie powiedzieć, aby też mogli się cieszyć.

 

Ja również należałem do tych ludzi. Nie chodziło o żadną radę, chociaż tak sformułował swoją intencję, gdy prosił mnie o rozmowę. Nie chodziło o nią, bo już na wstępie powiedział, że decyzja została podjęta i jest z niej bardzo zadowolony. Nie chodziło mu nawet o potwierdzenie słuszności tej decyzji, ale o podzielenie się ze mną radością, którą czuł z jej powodu, i w związku z tym, mówiąc krótko, chodziło mu o pobłogosławienie tej radości.

 

Po krótkim wstępie wyjaśniającym jego sytuację rodzinną - jego ojciec i matka są już staruszkami i tylko najmłodszy brat jest teraz z nimi - powiedział, jaką drogą dostał się do Niemiec, jak trudno mu się było zdecydować na wyjazd, bo jako najstarszy syn to on przede wszystkim odpowiadał za rodzinę. Nie chciał stracić szansy zadomowienia się w Europie. Kilka razy powtórzył z przekonaniem: "al hamdu lillah", czyli "dzięki Bogu". Nie był to absolutnie zwrot zdawkowy, ale można było w nim wyczuć szczerą wdzięczność Bogu za to, że udało mu się szczęśliwie przepłynąć morze i znaleźć życzliwe przyjęcie w tym kraju, że uczy się teraz języka, będzie nostryfikował swój dyplom i jest nadzieja, że otrzyma pracę w swojej specjalności.

 

Potem jednak zaskoczył mnie, bo powiedział, że nawet jeśli będzie pracował w swoim zawodzie, to myśli o tym tylko jako o sytuacji przejściowej, bo inaczej jest zorientowany życiowo. To właśnie mnie najbardziej zaskoczyło w prowadzonej z nim rozmowie, ale jednocześnie wyjaśniło tajemnicę jego nieustannie radosnych oczu. Nikomu jeszcze o tym nie mówił, chociaż myśli na ten temat miewał już od dziecka. Oddalał je zawsze od siebie, obawiając się, że to złudzenie. Szczególnie podczas wojny w jego kraju nie pozwalał sobie na nie, traktując je jako niebezpieczną ucieczkę od życiowych realiów. Jako najstarszy syn musiał myśleć przede wszystkim o znalezieniu środków na utrzymanie rodziny. W warunkach wojny ten obowiązek był dla niego miażdżący.

 

Nie był w stanie normalnie myśleć, będąc nieustannie pod presją piętrzących się trudności ekonomicznych, ciągłego zagrożenia ich i ewentualnością powołania go do wojska, bo właśnie zaczynał się pobór rezerwy, do której on przeszedł przed kilku laty. Z prawdziwą ulgą, którą wyczuwało się w jego głosie, mówił, że dopiero teraz i dopiero tutaj, w kraju, w którym nie ma wojny, dostrzegł, jak bardzo wcześniej był sparaliżowany duchowo i jak mało w związku z tym  rozumiał siebie. Dopiero teraz stało się dla niego jasne, co towarzyszyło mu od dzieciństwa. Jednak to nie była fantazja ani próba ucieczki od rzeczywistości, gdy myślał o kapłaństwie. Dziś wie na pewno, że Pan Bóg powołał go do tego, aby został księdzem. Mówił o tym z niekłamaną radością.

 

"Al hamdu lillah, teraz jestem szczęśliwy" - powtórzył kilka razy to nietypowe wyznanie. Teraz wie, jakie jest jego powołanie. Wie na pewno, że ma być księdzem, i wie na pewno, że jego powołanie kapłańskie związane jest nierozerwalnie z "pragnieniem założenia rodziny i związania się węzłem małżeńskim z kobietą". Przez długi czas, nie wie dlaczego, wydawało mu się, że pierwsze powołanie wyklucza to drugie, ale teraz już wie na pewno, że oba te powołania stanowią w nim jedno i z tego właśnie powodu czuje się bardzo szczęśliwy. Postanowił już właśnie podjąć pewne konkretne kroki po tych rekolekcjach.

 

Będzie rozmawiał o swojej sprawie z biskupem Horanu, jego rodzimego greckokatolickiego Kościoła. Wie o tym, że będzie musiał podjąć studia teologiczne i chciałby to zrobić jak najprędzej. Marzy też o znalezieniu dziewczyny, która chciałaby poślubić go i zostać w przyszłości żoną księdza. W katolickich Kościołach obrządków wschodnich istnieje starodawne prawo pozwalające udzielania święceń kapłańskich mężczyznom żonatym. W jego przypadku zatem najpierw powinien się ożenić i dopiero po pewnym czasie wspólnego, zgodnego pożycia małżeńskiego będzie mógł uzyskać święcenia kapłańskie.

 

Dodał jeszcze, pół żartem, pół serio, że w ubiegłym roku przyjechał z Niemiec do Krakowa, z kilkoma kolegami, aby wziąć udział w Światowych Dniach Młodzieży. Byli oczarowani tym, co w Polsce widzieli i co przeżyli, i dodał jeszcze ze wschodnią emfazą, że "polskie dziewczęta są najpiękniejsze na świecie". Brzmiało to trochę tak, jak gdyby mnie zobowiązywał do wystąpienia w roli swata, co na Wschodzie wcale nie jest takie rzadkie i ani pozbawione sensu.

 

Zygmunt Kwiatkowski SJ - jezuita, misjonarz, spędził 30 lat w Egipcie, Libanie i Syrii

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

1.9

Liczba głosów:

174

 

 

Komentarze użytkowników (3)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

Oriana 22:25:11 | 2017-06-28
Interesująca historia. Chłopak odkrył w sobie dwa powołania równoczesnie, więc jest pełen entuzjazmu. Ma jeszcze czas na rozpoznanie swoich powołań. Szczęście składa się własnie z takich wspaniałych momentów i trzeba się nimi cieszyć. Życzę mu powodzenia i odnalezienia się w tych dwóch powołaniach, nie jest to takie proste, aby znaleźć balans i nie zaniedbać ani małżeństwa ani kapłaństwa.

Oceń 13 72 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

stos 19:03:49 | 2017-06-26
Mamy sezon ogórkowy a deonowcy nie próżnują.
Wzięli się mianowicie za ciało.
Mamy więc w jednym artykule pochwałę ciała kosztem duszy zaś w drugim pochwałę wiecznie uśmiechniętego kosztem ponurego (przysięgającego celibat).
Wiecznie uśmiechnięty spotkał podobno Boga Żywego ,chce zostać księdzem i jednocześnie szuka żony.
Jak nic trza brać z niego przykład bo wyjdziemy na ponuraków a do tego zakompleksionych i bojących przynać się do własnych pragnień.
 

Oceń 82 16 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

k.jarkiewicz.ign 16:54:08 | 2017-06-26
Blisko 10 lat temu spędzałam wakacje na Krymie w Teodozji i okolicach. Pamiętam wybrałyśmy się wieczorem z koleżanką do cerkwi i trafiłyśmy na takie plenerowe kino, które urządzała sobie rodzina popa. Kobiety nas zaprosiły i oglądałyśmy wspaniały film o prześladowaniach Kościoła w Rosji za czasów komunizmu (potem pokazywali go też w tvreligia). Dla mnie jednak niezapomniane było świadectwo życia żony popa, która opowiadała o ich domu, troskach codziennych, radościach. Zwierzała się, że drugi raz nie wyszłaby za mąż za popa - to przekleństwo mówiła: mąż wciąż niezadowolony, ona przemęczona, pracy ogrom, a szacunku brak. Podobne głosy słyszałam w Niemczech w rodzinie diakona Rebmana w Sttutgarcie, gdzie gościłam na stypendium w 2001 roku. Rodzina diakona pracowała na parafii bez księdza, którą utrzymywali. Żona diakona była wykończona pracą w parafialnym Caritas, potem kółkiem matek, które prowadziła. Pieniędzy wciąż brakowało, dzieci były niezadowolone - mnie wciąż powtarzały, że czekają 18 lat jak zbawienia, żeby się wyrwać od obowiązków,które miały i z domu, który traktowały jak więzienie. Może tak nieszczęśliwie trafiałam, ale również w Grecji, gdzie gościłam w 2008 roku też spotkałam się z głosami kobiet, że małżeństwo z duchowym to nieporozumienie. Może panowie mają super i są szczęśliwi, ale ich partnerki chyba juz mniej. Życzę powodzenia Syryjczykowi w poszukiwaniach żony i w powołaniu. Oby znalazł i był szczęśliwy, bo z tym moze być różnie. Kobiety chyba czegoś innego oczekują niż życie na parafii i utrzymywanie wspólnoty.

Oceń 78 13 odpowiedz

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Google
Zaloguj przez Facebook