Bóg poszukuje człowieka

(fot. Sunset Girl/gratisography.com)

Początkiem każdej drogi wiary jest poczucie samotności, a zarazem równie mocna i głęboka chęć spotkania się i nawiązania relacji z kimś innym. To bardzo ważne. Nie poznamy w pełni siebie, nie poznamy również niczego i nikogo inaczej, jak tylko w wyniku owej więzi. Poza nią nic dla nas nie zaistnieje.

 
Byłoby jednak dość niepoprawnie chcieć sprowadzać wszystko do siebie, do poziomu własnych potrzeb, do wymiarów własnej przeciętności, która nawet jeżeli jest wielka, jest zawsze tylko "moją" miarą i moją przeciętnością. Wyjściem z tej sytuacji jest otwarcie się na drugiego, czyli "wyjście z siebie", w pewnym sensie porzucenie siebie dla drugiego, którego obecność zauważyliśmy i któremu daliśmy prawo istnienia. Zaakceptowaliśmy jego odrębność, jego godność i wolność. Jeżeli sprawdza się to w odniesieniu do każdego człowieka, tym bardziej jest prawdziwe w odniesieniu do Boga. On leczy moje poczucie samotności i pragnie wejść w intymną relację ze mną. W tym właśnie celu "wychodzi z siebie" w tajemnicy Wcielenia i wchodzi w dialog ze mną. Podobnego gestu wymaga również ode mnie. Kieruje do mnie zaproszenie do "wyjścia z siebie", a następnie wejścia z Nim w relację, która karmi się miłością i odwagą, nie tylko samą miłością, ale także odwagą. Jedna i druga postawa jest ważna. Jedna i druga jest nieodzowna, aby relacja/ więź była prawdziwa i mocna. Często wiara może zacząć słabnąć, kruszyć się czy wręcz upadać, ponieważ człowiek nie chce "wyjść z siebie", nie chce porzucić swojej logiki i swoich wyobrażeń i robi wszystko, aby sprowadzić Boga niejako do siebie, do swojej przeciętności. Zachowuje się niczym dziecko, które pragnie zbadać serce źródła, dojść do miejsca, skąd tryska woda, do punktu, w którym graniczy z suchą ziemią. Nie wie tymczasem, że postępując tak, może najwyżej rozkopać i zniszczyć źródło, niczego nie odkrywszy. W wierze człowiek przyznaje Bogu prawo do istnienia, zgadza się na Jego odrębność, na Jego inność. W tej inności mieści się także tajemnica Bożego miłosierdzia, misterium Jego obecności i działania w świecie, a nade wszystko w życiu każdej osoby. Jednak nie dość jest przyznać Bogu prawo do istnienia. Człowiek musi nauczyć się dostrzegać Jego obecność, słyszeć Jego głos, odnajdywać jego ślady, odczytywać znaki, które wysyła. Inaczej spotkanie z Nim w wierze stanie się bezowocne.
 
Nie dokonuje się to bez walki. Jest ona trudna, nieprzyjemna, niewygodna, ale zarazem nieodzowna, konieczna, korzystna. Toczy się przede wszystkim na płaszczyźnie duchowej. Biblia dostarcza wielu fascynujących obrazów zmagania się człowieka z Bogiem, jego walki o doszukiwanie się obecności i jej sensu. Jakub, Jonasz, Paweł... Bóg może stać się przeciwnikiem, podobnie jak jest nim człowiek. W sytuacjach granicznych nieraz rzucamy Mu całe swoje istnienie, kładziemy na szali nasze życie. Stajemy przed Nim cierpiący, zranieni, zagubieni w naszym życiu i w podjętych wyborach, które wymagają od nas ciągłych potwierdzeń, uzasadnień, pogłębionych motywacji. Nie zawsze je znajdujemy, nie zawsze znajdujemy od razu i właściwe. Jesteśmy więc zdesperowani, doprowadzeni na krawędź istnienia. Moje "być albo nie być" jest złożone w dłoniach Boga. W czasie tych walk buduję siebie, nabieram właściwych kształtów, konstruuję model mojego życia. Odniesione zwycięstwa, ale także pamięć odniesionych ran, pamięć ewentualnych porażek, upadków i powstań, słowem, całe moje życie potwierdza moją tożsamość. Nie ma w nim spraw bez wartości, spotkań bez znaczenia, przeżyć bez wpływu na to, kim jestem i kim chcę być. Moje życie składa się z pamięci. Walka jest wpisana w moją kondycję, również w moją kondycję duchową. Moja wiara wzrasta poprzez walkę. Podczas niej krystalizuje się moja osobowość, nabiera ostrości moja droga życiowa, moje powołanie. Tracimy wiarę, kiedy nie wstępujemy w zapasy z Bogiem. Prawosławny metropolita Anthony Bloom w swojej książce Odwaga modlitwy wspomina, że spotkanie Boga i człowieka jest zawsze niebezpieczne: Nie bez powodu wschodnia tradycja buddyzmu zen nazywa miejsce takiego spotkania zasadzką tygrysa. Szukanie spotkania z Bogiem jest aktem zuchwałości, jeżeli mu nie towarzyszy głęboka pokora. Spotkanie z Bogiem jest zawsze kryzysem, a słowo to w języku greckim oznacza sąd.
 
Spotkanie z Bogiem dokonać się może w atmosferze pokory i podziwu, ale przebiegać może także w klimacie grozy i potępienia. Lecz nie poznamy siebie ani Boga, dopóki nie stoczymy walki. Walka służy poznaniu. Moim jedynym prawdziwym wrogiem jestem ja sam. Ten, kto odniósł zwycięstwo, przestaje poznawać, ale nasycony odchodzi i więcej już nie szuka, nie pyta, nie prosi o mądrość i siłę. Wydaje mu się, że już wszystko wie i wszystko osiągnął. Walka tymczasem wykracza poza zwycięstwo i porażkę. Mądrość wschodnia mówi, że jeśli czuję się przegrany, to w istocie jest to przegrana mojego ego, mojego umysłu, który nie chce się więcej uczyć. Tylko w starciu, wyłącznie w walce poznaję siebie, uczę się, kim jestem, jak cenne jest moje życie, jak wielką wartość posiada dla mnie moje powołanie. W walce opadają moje maski; nieprzydatne leżą u stóp, a ja się o nie potykam. Nie obroni mnie bynajmniej zdobyte już doświadczenie, święty obraz, instytucja, dyplom potwierdzający stopień umiejętności ani tytuły, które posiadam. Nawet w drobnej potyczce dowiaduję się wielu ważnych rzeczy o sobie, między innymi tego, że być może jestem zadufany we własnych siłach i w już zdobytym doświadczeniu, że pełno we mnie strachu albo że ignoruję przeciwnika, unikając walki.
 
Ojcowie Kościoła często podkreślali, że należy stanąć przed Bogiem w całkowitym ogołoceniu. Bez uprzedniej wiedzy o Nim, bez jakichkolwiek wyobrażeń. Bóg jest zawsze Inny. Autorzy duchowni mówią wręcz, że cała historia zmierzania człowieka do Boga to dzieje palenia za sobą mostów. Nie ma Boga "wczorajszego", Boga wykalkulowanego. Boga nie można oswoić. Jest On ciągle nowy, ciągle przychodzący. Każde spotkanie z Nim wnosi coś nowego, istotnego w moje życie, w poznanie świata czy Kościoła. Aby mogło się to dokonać, należy mieć czysty umysł i czyste serce.
 

Więź z człowiekiem i więź z Bogiem

 
Szukając Boga, muszę pokochać bliźniego, a szukając bliźniego, muszę kochać Boga. Nie jest to bynajmniej przymus narzucany z zewnątrz. Rodzi się on w moim sercu, moich myślach, pragnieniach, w całym moim życiu. Rodzi się w mojej podświadomości, która szepcze, że jedna miłość nie może zapominać o drugiej, że pragnienie przyjaźni z Bogiem nie może wykluczyć starań o przyjaźń z człowiekiem, i odwrotnie. Wyjaśnieniem tej intymnej zależności mogą być słowa rosyjskiego świątobliwego starca, który w jednym ze swych listów opowiada, jak pewnego dnia zapytano go:
- Jak to się dzieje, że twoi robotnicy pracują tak pilnie i wytrwale, podczas gdy ty ich wcale nie pilnujesz, a ci, którzy są pod naszym dozorem, stale próbują nas oszukać?
 
Święty starzec odpowiedział:
- Kiedy rano wybieram się, aby im wyznaczyć dzienną pracę, ogarnia mnie litość nad nimi. Opuścili swoje wioski i rodziny dla nędznego zarobku - jakże więc muszą być ubodzy! A kiedy po wyznaczeniu im dziennego zadania powracam do swojej celi, wówczas modlę się za każdego z nich. Mówię do Pana: Boże, pamiętaj o Mikołaju, który jest taki młody. Pozostawił nowo narodzone dziecko i żonę, by szukać pracy, bo nie było innego sposobu zaradzenia ich ubóstwu. Pomyśl o nim i chroń go od złych myśli. Pomyśl o niej i bądź jej obrońcą. A modląc się tak, coraz silniej odczuwam obecność Boga, aż wreszcie pochłania On całą moją uwagę i już nie zważam na nic na świecie poza Nim. To, co ziemskie, znika, zostaje tylko Bóg.
 
Zapominam o Mikołaju, jego żonie, dziecku, wiosce, o ich ubóstwie i pogrążam się cały w Bogu. I w Jego głębi odnajduję Boską miłość, która obejmuje Mikołaja, jego żonę, dziecko, ich ubóstwo i wszystkie ich potrzeby. Strumień tej miłości sprowadza mnie z powrotem na ziemię i skłania do modlitwy za nich. I znów wszystko się powtarza. Obecność Boża mocniej mnie obejmuje, a to, co ziemskie, oddala się. Znów porywa mnie głębia, w której na powrót odnajduję świat, tak bardzo przez Boga umiłowany.
 
Autentyczne spotkanie z Bogiem i spotkanie z człowiekiem staje się możliwe jedynie wówczas, gdy otoczę miłością zarówno Boga, jak i człowieka, kiedy jednego i drugiego kocham tak bardzo, że decyduję się zapomnieć o sobie, o swoich potrzebach i troskach, stając się tylko "orientacją" - ukierunkowaniem w ich stronę, istnieniem dla nich, pragnieniem bycia z nimi i dla nich. Zachęcał do tego Jezus, który mówił: Jeśli więc przyniesiesz dar swój przed ołtarz i tam wspomnisz, że brat twój ma coś przeciw tobie, zostaw tam dar swój przed ołtarzem, a najpierw idź i pojednaj się z bratem swoim! Potem przyjdź i dar swój ofiaruj! (Mt 5, 23-24).
 
Symeon Nowy Teolog, komentując to przykazanie, mówi, że jeśli chcemy się modlić sercem swobodnym i niepodzielonym, to musimy zaprowadzić pokój między nami, Bogiem, własnym sumieniem, bliźnimi, a nawet otaczającymi nas rzeczami. Koniecznym warunkiem autentycznego poznania Boga jest poznanie człowieka, czyli przyjęcie go jako daru od Boga. Nie wystarczy prosta akceptacja jego obecności w moim życiu, jego bliskość ani nawet posłuszeństwo. Bóg chce, abym traktował go z miłością jako wyraz Bożej obecności w moim życiu, jako nieodzowne przedłużenie Bożego w nim działania. O to apeluje wiara, która staje się żywa w tej właśnie więzi, ją rozpoczyna i podtrzymuje. Nie jest ona bowiem formą spekulacji nad tajemnicą życia, ale samym życiem.
 
 

Rozważanie pochodzi z książki: Znalazłem perłę

 

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

4.85

Liczba głosów:

41

 

 

Komentarze użytkowników (1)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

~RLJimmy 15:56:32 | 2014-10-25
Artykuł rozdzierający, dotykający, ale jak najbardziej potrzebny. 

Oceń 3 odpowiedz

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook