Kostka nie był cieniasem. To on pomógł odkryć powołanie Karolowi Wojtyle

WAM
(fot. smo.ka / Karolina Smorawska)

Gdy patrzę na swoje życie, trochę żałuję, że nie poznałem go wcześniej. To patron wszystkich, którzy potrafią marzyć i walczyć. Macie tyle odwagi, co on?

 

Na trop młodych świętych natknąłem się dzięki postaci Staszka Kostki - pozwolicie, że tak będę go nazywał, bo strasznie się ze sobą zaprzyjaźniliśmy. Każdego dnia mijałem Kostkowy pomnik w drodze do pracy. Jego inność nie dawała mi spokoju. Staszek był na nim bardzo dynamiczny, jakby w drodze, a zawziętość miał wypisaną na twarzy. Na szczęście ten pomnik miał w sobie więcej charakteru niż hagiografia Kostki, którą szybko odłożyłem na półkę. Zniechęciła mnie pierwsza historia, na jaką trafiłem. Podobno Staszek już od dziecka się wyróżniał, był bardziej uduchowiony. Gdy inni grali w piłkę, on wolał się modlić. Rówieśnicy mieli go kiedyś zapytać, kim chce zostać w przyszłości, a Kostka odpowiedział, że świętym, i poszedł się modlić. Trudno mi było uwierzyć w takie legendy. Każdy, kto choć trochę pamięta swoje dzieciństwo, też miałby spore wątpliwości! Wiedziałem, że upór i błysk w oku wypisany na pomnikowej twarzy nie są przypadkowe. Po prostu czułem, że Kostka ma swoje za uszami i wcale posłusznym dzieckiem nie był.

 

Panicz, który nie lubił wygody

 

Stanisław Kostka urodził się w 1550 roku w szlacheckiej rodzinie. Od początku zatem wszyscy byli przeświadczeni, że czeka go wielkość i sława, chociaż zapewne widzieli ją raczej w przyszłej politycznej roli młodego szlachcica. Rodzice wiązali z nim sporo nadziei, dlatego zadbali o najlepszą edukację syna. Uczył go znany wówczas ksiądz kanonik Jan Biliński. Warto już teraz dodać, że ksiądz ten był ważną postacią w procesie beatyfikacyjnym Kostki, a jak mało kto znał wszystkie wybryki panicza. Młody Kostka był bardzo ciekawy świata i chłonny wiedzy. Dlatego mając czternaście lat, został wysłany do szkoły jezuickiej w Wiedniu. W tym czasie kolegia prowadzone przez jezuitów uchodziły za elitarne i wiodły prym w szkolnictwie. Wydały wielu znanych i poważanych naukowców, kapłanów i ludzi sztuki oraz polityki. Niewątpliwie nauka w niej była wielkim zaszczytem dla Staszka i jego starszego brata Pawła, którzy wyruszyli w drogę do Wiednia razem ze swoim wychowawcą. Ale tak naprawdę był to gwóźdź do trumny, w której zostaną pochowane marzenia rodziców o posłusznym synu.

 

Stanisław wychował się w bardzo religijnym domu. To, jak się modlił, znał Pismo Święte i potrafił rozmawiać o wierze, imponowało nie tylko nauczycielom, ale też rówieśnikom. A jak wszyscy wiemy, dzieciaki potrafią być naprawdę złośliwe, gdy ktoś odstaje od reszty, dlatego zapewne nie miał on łatwo w tym elitarnym gronie. Dla Kostki jednak wiara to było coś więcej niż zwykła pobożność, dlatego dociekał, zadawał niewygodne pytania i często był brany za małego buntownika. Kto mógł się spodziewać, że ten młody chłopak rośnie na prawdziwego obrońcę wiary. Mimo to rodzice mieli dla niego przewidziany inny plan niż pójście drogą powołania kapłańskiego. W 1565 roku Stanisław doświadczył pierwszych naprawdę mocnych duchowych przeżyć. Trudna sytuacja katolików w Wiedniu narastała. Rodzący się protestantyzm szybko zakorzeniał się w Europie, a przeciwko Kościołowi rzymskokatolickiemu występowało coraz więcej osób. Z tego powodu zamknięto część kolegium w Wiedniu, a uczniowie byli zmuszeni do szukania prywatnych mieszkań. Staszek i Paweł wynajęli pokoje u sympatyzującej z protestantami rodziny. To spotkanie zrobiło ogromne wrażenie na Kostce, który na każdym kroku spotykał się z krytyką swojej wiary. Kostkowie wymykali się, aby móc uczestniczyć w nabożeństwach katolickich. Jednak Staszek poważnie zachorował. Leżał przez całe dni w łóżku z wysoką i wycieńczającą gorączką. Bardzo chciał przyjąć Komunię, ale właściciel domu, w którym mieszkali, nie wyrażał zgody na wizytę księdza katolickiego. Paweł bardzo nalegał, nawet pokłócił się z wynajmującym, ale nie udało się nic wskórać.

 

Cuda i ciężka praca

 

Staszek miał tak mocne pragnienie, że tej samej nocy objawiła mu się św. Barbara w towarzystwie dwóch aniołów i udzieliła mu Komunii Świętej. Chwilę później podczas modlitwy dziękczynnej za tę mistyczną Komunię ukazała mu się Matka Boża, która pochyliła się nad nim i włożyła mu w ramiona Dzieciątko Jezus. Nie wiem, na ile obraz ten był wynikiem wzrastającej gorączki, a na ile prawdziwą łaską, ale tej nocy Staszek wyzdrowiał, a rankiem zerwał się z łóżka w pełni sił. Była to dla niego prawdziwa zagadka. Doświadczył czegoś, o co trudno nawet było pytać innych. Wiadomość o tym wzbudziła zainteresowanie wśród rówieśników, zakonników i właściciela mieszkania.

 

To doświadczenie sprawiło, że wiara Staszka stała się zupełnie inna. Tamta noc uzupełniła jego życiowe akumulatory, że wprost kipiał energią. Nie mógł usiedzieć w miejscu, wiedząc, że w świecie czeka na niego tyle odpowiedzi i zadań. Chciał więcej rozumieć, więcej się modlić i mówić o Ewangelii wszędzie tam, gdzie tylko się pojawiał. Mówił o niej z takim zaangażowaniem, że wzbudzał podziw i zazdrość słuchaczy. On naprawdę doświadczał Bożej obecności w codzienności. Przez długi czas obserwował pracę jezuitów i bardzo był nimi zafascynowany. Zdecydował się w końcu wstąpić do zakonu. Nic w tym dziwnego, bo to właśnie jezuici byli zakonem najbardziej obecnym w świecie, wśród heretyków, wśród dziwaków i odrzuconych, aż po szczyty władzy świeckiej i duchowej. Kostka wiedział, że do nich pasuje, a dowód tego otrzymywał za każdym razem, gdy jego dociekania spotykały się z zainteresowaniem jezuitów, a nie krytyką.

 

Rodzice stanęli mu na drodze do spełnienia marzeń

 

Decyzja ta wywołała jednak silny sprzeciw rodziców. Syn kasztelana miał zapewne świetlaną przyszłość w ówczesnej Rzeczpospolitej. Mimo wszystko Kostka poprosił wiedeńskich jezuitów o przyjęcie, ale ci także odmówili w obawie przed rodzicami. Cokolwiek by mówić o fantastycznych braciach z Towarzystwa Jezusowego, to jednak trzęśli się ze strachu, choć nie wszyscy. Zakon zdawał sobie sprawę, jaką pozycję ma rodzina polskiego szlachcica, i chciał uniknąć pewnego skandalu z tym związanego. W tym samym czasie starszy brat, Paweł, otrzymał polecenie pilnowania Stanisława, aby ten nie zrobił nic głupiego.

 

Staszek w pierwszej chwili poddał się decyzji zakonu. Jednak marzenie o jezuickim życiu rozpalało go do tego stopnia, że postanowił uciec. Sprzeciwił się rodzicom i w sierpniu 1567 roku uciekł z Wiednia w przebraniu żebraka. W pogoń za nim ruszył brat Paweł, ale widział tylko kurz na drodze po tym, jak Staszek zbiegł. Kostka natomiast trafił do oddalonego o kilkaset kilometrów bawarskiego Dillingen. Tam przedstawił swoją sprawię jezuicie Piotrowi Kanizjuszowi, późniejszemu świętemu. Kanizy postanowił poddać młodzieńca próbie, by wybić mu z głowy ten pomysł. No a jeśli jednak jakimś cudem by wytrwał, to kto może zagrozić prawdziwemu powołaniu? Chyba tylko sam powołany.

 

Zlecił mu więc służbę w klasztorze, żeby sprawdzić hart ducha młodego szlachcica i jego motywy. Wychowany w wysoko postawionej rodzinie chłopak traktował początkowo jako ujmę pracę w pralni czy sprzątanie pokoi i ustępów. Przezwyciężył jednak swoje ambicje, bo wiedział, że to jedyny sposób, aby spełnić marzenie. Młodzieńcze marzenia to prawdziwa energia, która porusza naszym światem. Z czasem Kostka okazał się bardzo sumienny i, co dziwne, radosny w wypełnianiu obowiązków. Piotr Kanizjusz nawet polubił chłopaka z Polski. Wiedział jednak, co go czeka poza murami klasztoru. Dlatego po kilku tygodniach postanowił go wyprawić do Rzymu możliwie jak najdalej od jego zaborczej, choć kochającej rodziny. Staszek otrzymał list polecający i w znanym sobie stylu jako żebrak wyruszył w drogę do Wiecznego Miasta.

 

Najbardziej jezuicki jezuita

 

Jezuici pewnie nie mogli się nadziwić, gdy w ich drzwiach stanął żebrak z bogatej rodziny, który czyszcząc ustępy, zapracował na list z osobistym poleceniem od Piotra Kanizjusza. Prawda, że ta historia brzmi dziwacznie nawet po kilkuset latach? Jednak marzenie się wreszcie spełniło i 28 października 1567 roku Staszek został przyjęty do jezuickiego nowicjatu przez św. Franciszka Borgiasza, ówczesnego generała zakonu. Młody szlachcic szalał z radości. Bracia zapamiętali go jako wulkan energii. Miał niespożyte źródła energii i radości, a po doświadczeniach z Bawarii żadna praca go nie hańbiła. Pilnie się uczył, zadając wciąż niewygodne pytania. Wszyscy widzieli, że wspólnota jezuitów jest rzeczywiście miejscem, którego pragnął, był stworzony do bycia jezuitą. Ten chłopak miał zaledwie siedemnaście lat, a już wypełniał cały charyzmat jezuicki. Chyba dzięki niemu bracia zauważyli, że to jednak możliwe. W tym wszystkim nie brakowało mu zwyczajnych ludzkich cech. Był towarzyski, ciepły i braterski, czyli jednym słowem - ludzki.

 

Kasztelan Kostka nie mógł jednak przeboleć całej tej historii. Gdy tylko się dowiedział, że syn jest w Rzymie, napisał list, w którym w bardzo mocnych słowach powiedział, że się go wstydzi. Ucieczka w przebraniu biedaka i rola służącego były ogromną ujmą dla całego rodu Kostków. Spodziewam się, że taki list od kochających rodziców był dla młodego Kostki dużym ciosem. Nikt z nas nie lubi słyszeć, że zawiódł bliskich. Nawet jeśli robimy coś, co nie podoba się rodzinie, zawsze przecież wierzymy, że jakoś się to ułoży, a efekty będą miały pozytywny wpływ na zdanie najbliższych. Kilka dni minęło, nim Staszek poukładał sobie w głowie słowa ojca. Wymiana zdań pomiędzy mężczyznami o takim temperamencie mogła zakończyć się katastrofą. Gdy się uspokoił, postanowił odpisać. Zapewnił rodziców, że jest w najlepszych możliwych rękach i nie mają się o niego już troszczyć, bo został przeznaczony Bogu. Nie żywił urazy do nich, nie wypomniał im ciężkich słów i zakazu, ale napisał o swojej wielkiej wdzięczności za to, że może spełniać największe marzenie swojego życia. I może właśnie opowiedzenie im o swojej perspektywie poskutkowało tym, że emocje opadły. Wyszło na to, że wcześniej nie mieli okazji po prostu ze sobą porozmawiać od serca.

 

Bohater całego narodu

 

W 1568 roku Włochy nawiedziły potężne upały. Osłabiły one mocno Stanisława, który prawdopodobnie wśród miejskiej biedoty zaraził się malarią. Chłopak przez cały lipiec poważnie chorował. Dzień przed śmiercią wiedział już, że umiera. Serio? Po tylu staraniach i walkach tak ma się skończyć jego droga? To nie Bóg miał taki plan. Staszek, decydując się na porzucenie komfortu, wiedział, że od teraz ryzykuje całym swoim życiem. Nie fascynowało go jedynie istnienie, chciał być naprawdę. Bracia się z nim żegnali, a on nie miał w sobie nawet smutku. Wiedział, że zrobił wszystko, co mógł, i przeżył, jak najlepiej umiał, swoje krótkie życie. Ból nie zniekształcił jego radości, choć dawał mu się we znaki i Staszek nie ukrywał tego. 15 sierpnia 1568 roku zmarł wycieńczony. Niemal natychmiast po śmierci narodził się jego kult we Włoszech wśród ludzi, którzy go pokochali.

 

Wstawiennictwu Stanisława Kostki przypisywano wiele cudów, a zwłaszcza pomoc w bitwach, jak choćby zwycięstwo nad Turkami pod Chocimiem. Król Jan Kazimierz osobiście dziękował mu za pomoc w zwyciężeniu Tatarów pod Beresteczkiem w jednej z największych bitew w historii Europy. Osobiście poinformował o tym niezwykłym cudzie samego papieża Klemensa X. Z tego względu Kostka zaczął być postrzegany jako patron całego narodu. W 1962 roku papież Jan XXIII potwierdził ten patronat swoim dekretem i św. Stanisław Kostka stał się jednym z głównych patronów Polski. Co takiego było w Kostce, że królowie brali go za patrona swoich bitew? Miał być hańbą swojego rodu, a został bohaterem narodu. Miał wszystkie cechy prawdziwego wojownika, tyle że nie walczył z ludźmi, ale o ludzi.

 

Doradca zawodowy w kwestii powołania

 

Święty Stanisław Kostka jest idealnym orędownikiem w kwestii rozeznawania powołania. Jego historia pełna jest młodzieńczej pasji i odwagi podążania za tym, co piękne, ale też trudne. Stał się patronem młodzieży, nowicjuszy zakonnych i studentów. Był wytrwały i nieugięty. Potrafił sprzeciwić się nawet rodzicom, gdy chodziło o sprawy naprawdę ważne. Taki to był z niego święty zawzięty.

 

Postać Staszka Kostki stała się również ważna dla św. Teresy z Lisieux. Była zafascynowana nim w sposób podobny do mnie. Jego droga do świętości inspirowała ją. Wszystko zaczęło się, gdy jedna z sióstr nosząca imię Stanisława obchodziła imieniny. Święta Tereska napisała wtedy scenariusz oparty na biografii Kostki. Była bardzo wstrząśnięta jego historią i wiernością. Kto wie, być może to on pomógł jej odkryć małą drogę do świętości, która uczyniła z niej Doktora Kościoła?

 

Jestem przekonany, że św. Stanisław Kostka był też jednym ze świętych, dzięki którym mieliśmy papieża Jana Pawła II. W wielu rozmowach papież Polak przyznawał, że nabożeństwo do św. Stanisława wyniósł z domu jako dziecko. Spotykając polskich jezuitów w Rzymie, często pytał o to, jak się ma jego kult w Polsce. Do jego grobu przybywał jako biskup, kardynał, a później papież. Staszek Kostka był jedną z inspiracji Jana Pawła II, aby zorganizować Światowe Dni Młodzieży. Jan Paweł II zmienił ten świat na lepszy, bo miał wizję. Myślę, że nauczył się tego właśnie od Kostki. Młodzieńcza siła, entuzjazm i marzenia - cechy ludzi wielkich. To wszystko pozwala zmieniać świat. Może to robić tylko ktoś, kto potrafi patrzeć dalej i głębiej tak jak oni. Bez Staszka młody Karol Wojtyła być może nie miałby tyle odwagi, by zrezygnować z polonistyki.

 

Nikt nie zrozumie bardziej twoich pasji niż on

 

Gdy patrzę na swoje życie, trochę żałuję, że nie poznałem Kostki wcześniej. Może natchnąłby mnie odwagą realizowania swoich pasji. Na pewno nauczyłbym się doganiać swoje marzenia. Na szczęście powołanie realizuje się przez całe życie i wciąż mam szansę, by wiele zrobić. Kostka jest moim zaufanym doradcą w tej sprawie.

 

Mimo że Stanisław nie zdążył ukończyć nawet nowicjatu, o którym tak bardzo marzył, wypełnił swoje powołanie w całości. Nie liczyło się dla niego, czy efekt jest godny podziwu w oczach innych. Jeśli Kostka wydaje ci się śmieszny, zadaj sobie pytanie: czy chociaż raz w życiu miałeś odwagę, żeby sięgnąć po swoje najskrytsze marzenia? W tym było jego zwycięstwo i świętość. Porozmawiaj z nim, jeśli potrzebujesz rady. Nikt bardziej nie zrozumie twoich pasji. Staszka nie musisz się wstydzić, odszukaj z nim swoją drogę.

 

***

 

Więcej inspirujących historii ludzi, którzy pokazują czym jest świętość, znajdziesz w książce "Po tej stronie nieba. Młodzi Święci"

 

***

 

Szymon Żyśko - redaktor portalu Deon.pl, grafik i reportażysta. Uwielbia spotykać się z ludźmi, słuchać ich opowieści, a potem przelewać je na papier. Prowadzi blog Pudełko nic (nothingbox.pl)

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

3.63

Liczba głosów:

8

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook