Tak wyglądały święcenia księdza Jana Kaczkowskiego

(fot. archiwum prywatne rodziny Kaczkowskich)

Czy Jan Kaczkowski podczas swojej seminaryjnej drogi miał powody, by obawiać się o święcenia? W wywiadzie dla "Tygodnika Powszechnego" opowie mi o seminarium jako miejscu - przynajmniej jeśli idzie o stosunek do jego wady wzroku - ciągłych upokorzeń i niepewności, czy zostanie księdzem.


Takiej atmosfery nie zapamiętali Jarosław Szydłak i ksiądz Piotr Przyborek. Ten drugi mówi nawet o szoku, gdy po latach usłyszał medialne opowieści swojego przyjaciela.

 

- Owszem, pytanie, czy sobie mimo kłopotów ze wzrokiem poradzi, co jakiś czas padało - przyznaje duchowny. - Chodziło głównie o to, czy jego wada może się jeszcze pogłębić. Ale podobne wątpliwości, choć nie dotyczące zdrowia, były formułowane w stosunku do wielu z nas: kapłaństwo to przecież decyzja na całe życie! Może te pytania, jakie Jan słyszał od przełożonych, były stawiane w sposób niewystarczająco delikatny, tego nie wiem. Ale ukończenie drugiego, a na pewno trzeciego roku było granicą, po przekroczeniu której istniało niewielkie ryzyko, że nie zostanie wyświęcony.


Jednak będący najbliżej Jana Kaczkowskiego Piotr Szeląg mówi wprost: - Bał się i miał ku temu powody. Rozmowy z biskupem, rektorem, tak przed święceniami diakonatu, jak prezbiteratu, były dla niego ciężkim stresem. By się uspokoić, chodziliśmy do zaprzyjaźnionego księdza, który dużo wiedział i był nie do końca dyskretny: "Nie martw się, coś tam gadali, ale będzie dobrze". Mimo tych zapewnień Jan żył w nieustannym napięciu.


Warto przywołać znowu zastrzeżenie arcybiskupa Rysia o tym, że wspomnień Jana Kaczkowskiego, a także zaprzyjaźnionych z nim byłych kleryków nie da się zestawić z optyką przełożonych seminarium, w związku z czym nie należy ich traktować rozstrzygająco. Trzeba jednak, z drugiej strony, z tych głosów wyłuskać fakty. Podstawowy jest następujący: na około dwa tygodnie przed święceniami kapłańskimi przedstawiciele rady profesorskiej gdańskiego seminarium zgłaszali wątpliwości co do święcenia kandydata, zaś moment zgłoszenia tych wątpliwości był niestandardowy. Jan Kaczkowski miał więc co najmniej jeden obiektywny powód, by odczuwać niepokój. Jego lęk w tamtym czasie sprawił zapewne, że atmosfera ekscytacji, jaka musiała mu się udzielać przed święceniami, została przynajmniej na jakiś czas zakłócona.


Pod prąd


Jest wreszcie 15 czerwca 2002 roku, wnętrza bazyliki Mariackiej w Gdańsku. "Skomplikowana, długa, dość męcząca, ale jednak podniosła ceremonia" - tak zapamięta zdarzenia tego dnia babcia Jana Kaczkowskiego.

"Jedenastu alumnów - po złożeniu przyrzeczenia - zostało namaszczonych na kapłanów przez Metropolitę Gdańskiego, J.E. ks. Arcybiskupa Tadeusza Gocłowskiego. My, to znaczy rodzina i przyjaciele księdza Jana, wpatrzeni w niego, byliśmy bardzo wzruszeni i nie mogliśmy się doczekać, kiedy - już jako ksiądz - Jan wpadnie w nasze ramiona. (...) Wreszcie zjawił się, jak zwykle uśmiechnięty i czuły, chociaż widać, że bardzo zmęczony" - zapisze pani Wincentyna.


Jej wnuk dokładniej opisze zdarzenia mające miejsce nazajutrz - punktualnie o godzinie osiemnastej, 16 czerwca 2002 roku. Zbliżają się wakacje, wypełnione turystami i grajkami ulice centrum, ksiądz Jan Kaczkowski wychodzi z plebanii, by udać się do kościoła św. Jerzego na Monte Cassino. "Wszystko było przygotowane: tradycyjnie - aspersja na akt pokuty, części stałe po łacinie, Kanon rzymski, Prefacja trzydziesta dziewiąta. Pamiętam, że w tym upale ubrałem się w humerał, albę, cingulum, stułę, ornat. Potem przed plebanią nastąpiło błogosławieństwo rodziców. Widziałem, że byli wzruszeni. Choć ojciec kpił, jak to on, że nie będzie żadnej imprezy, tylko pójdziemy do McDonalda naprzeciwko. Wchodzę do ciemnego kościoła, trochę wilgotnego, ktoś dzwoni na wejście, a tam, widzę, pełno ludzi. Wszystkie twarze są rozjarzone i wszystkie znajome. Chór parafialny zaśpiewał pieśń z opery Nabucco, przy której akompaniamencie podszedłem do ołtarza" - tak ksiądz Jan Kaczkowski wspomni swoją mszę prymicyjną. Doda: "Marzyłem o dniu, kiedy będę mógł położyć ręce na głównym ołtarzu i go ucałować".

 

Był strażnikiem tradycji, a jego kazania wbijały w ziemię >>


- On rzeczywiście o tym marzył. Żeby już nie tylko udawać, jak w dzieciństwie, ale stanąć tam naprawdę. Odprawiał tę mszę z niezwykłym skupieniem i dostojeństwem. Ciarki przechodziły - wspomina siostra księdza Kaczkowskiego.

 

"Kościół był wypełniony po brzegi. W prezbiterium - oprócz młodziutkiego księdza Jana - brylował proboszcz tego kościoła, ksiądz komandor Zbigniew Rećko, przyodziany w przepiękny, zabytkowy, bo siedemnasto-wieczny ornat. (...) Modlitwę wiernych w czasie mszy odczytała pięknie siostra ks. Jana - Madzia" - zapisze babcia Wincentyna.

 

"Jesteśmy w centrum kurortu, na Monte Cassino. Słychać zgiełk przewalającego się tłumu, który pozornie nie myśli o Panu Bogu i Bożych sprawach. W tym wszystkim widzę młodego kleryka, który przez lata idzie pod prąd w dwójnasób. Fizycznie i duchowo" - tak ksiądz Kaczkowski po latach odtworzy fragment homilii wygłaszanej wówczas przez księdza Jerzego Kownackiego. Użytej przezeń metafory "drogi pod prąd" będzie zresztą chętnie używał.


19 czerwca odprawia jeszcze mszę dziękczynną za łaskę powołania w katedrze wawelskiej, a później następuje jego powrót do źródeł. 22 czerwca jest przy kapliczce w Kamieńczycach - vis a vis nieistniejącego już domu rodzinnego mamy i babci. Nazajutrz przewodzi liturgii w Przesławicach, gdzie dwie dekady wcześniej podczas wakacji chodził z babcią.

 

"Ksiądz Jan - tak właśnie pani Wincentyna będzie od tego momentu swoich wspomnień tytułowała wnuka - stojąc za stołem ofiarnym w tym zabytkowym, drewnianym kościółku, był szczególnie wzruszony; przecież przed laty, po stopniach tego ołtarza dreptał jako czteroletnie dziecko, szukając koszyczka, do którego chciał złożyć babciną ofiarę".


Na samym początku jego kapłańskiej drogi ma miejsce zdarzenie tragiczne. Tuż po uroczystościach na południu młody ksiądz Kaczkowski jedzie do Lublina, skąd właśnie nadeszła wiadomość: w drodze z Wybrzeża do domu zginął w wypadku samochodowym Ziemowit Szymkiewicz, przyjaciel Józefa Kaczkowskiego z czasów młodości, który po mszy prymicyjnej Jana chciał jak najszybciej dostać się do Lublina.

 

Na pogrzebie Szymkiewicza ksiądz Kaczkowski wygłasza jedno ze swoich pierwszych kazań. Gdy jeszcze w czerwcu jedzie - w towarzystwie przyjaciół: Julkego i Szeląga - na długie wakacje do Maroka, wie już prawdopodobnie, jak potoczy się jego dalsza droga. Ku swojej zgryzocie trafi do nieznanego sobie Pucka, a jego tamtejsze aktywności nadadzą metaforze "drogi pod prąd" dodatkowych znaczeń.

 

Fragment pochodzi z książki Jan Kaczkowski. Życie pod prąd >>

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

3.13

Liczba głosów:

23

 

 

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?