Św. Maksymilian Kolbe ocalił moją córkę

WAM
(fot. domena publiczna / shutterstock.com)

Dawano nam tylko 1 proc. szans, że przeżyje. Kiedy lekarze walczyli o jej życie, ja z żoną i trójką pozostałych dzieci modliliśmy się do Matki Bożej i św. Maksymiliana, prosząc o ratunek.

 

24 lutego 1982 r. nasza najmłodsza, osiemnastomiesięczna córka obudziła się o czwartej rano z płaczem. Ciężko oddychała, kaszlała i zaczęła się dusić. Wraz z żoną natychmiast zawieźliśmy ją do szpitala. Okazało się, że ma złośliwe zapalenie krtani, tchawicy i oskrzeli, obustronne zapalenie płuc, niewydolność oddechową i krążenia. Jej stan zdrowia był tak ciężki, że lekarze zdecydowali się wykonać zabieg tracheotomii, czyli założyć rurkę do tchawicy. Dawano tylko jeden procent szans, że przeżyje. Kiedy lekarze walczyli o jej życie, ja z żoną i trójką pozostałych dzieci modliliśmy się do Matki Bożej i św. Maksymiliana Kolbego, prosząc o ratunek. O zdrowie naszej córki modlili się nasi sąsiedzi i znajomi. Zamówiliśmy też Mszę świętą. Bóg wysłuchał tej modlitwy.


Po mszy przyjechaliśmy do szpitala, była godzina 20. Lekarz poinformował nas, że stan dziecka jest bardzo ciężki. Był to trzeci dzień po zabiegu i powinien nastąpić przełom w chorobie. Dodał, że jeśli córka przeżyje noc, to jest nadzieja, że będzie żyć. Całą noc spędziliśmy na korytarzu szpitalnym, modląc się bez przerwy. O siódmej rano córka siniała, lekarze zdecydowali się wlać do płuc płyn, by oczyścić je z flegmy i wymusić odruch odkrztuśny. Wszystko się udało. Córka ma teraz 26 lat jest zdrowa i w tym roku kończy studia.

 

Obecnie mam 70 lat i muszę powiedzieć, że Opatrzność Boża czuwała nade mną od dzieciństwa, ratując mi życie w różnych okolicznościach. W czasie wojny, w 1945 r., w naszym mieszkaniu wybuchł granat. Zginął mój wujek, a ciężko ranny tatuś zmarł po miesiącu w szpitalu. Ja z braćmi przeżyłem, gdyż nasza babcia zabrała nas trochę wcześniej do piwnicy. Trzy razy się topiłem. Szczęśliwie wychodziłem też z niebezpiecznych sytuacji, gdy podróżowałem samochodem.

 

Najbardziej tragiczny w skutkach mógł być wypadek, który wydarzył się dwa lata temu, gdy jechałem w nocy z żoną i najmłodszą córką do Warszawy. Samochód ciężarowy z nieoświetloną naczepą zjeżdżał z drogi, którą jechałem. Nieoświetlona naczepa znalazła się na naszym pasie. Zmęczony trzystukilometrową jazdą, nie zauważyłem jej. W ostatniej chwili zobaczyła ją żona i krzyknęła: "Samochód!". Jak przy prędkości 110 kilometrów na godzinę zdążyłem odbić w prawo i wyprowadzić samochód, nie wiem do dziś. Usłyszałem tylko stuk mojej anteny, która uderzyła o naczepę. Gdyby doszło do wypadku, nie mielibyśmy żadnej szansy na przeżycie. Tak po raz kolejny Matka Najświętsza uratowała życie nasze i naszej córki. Matko Najświętsza, dziękuję Ci za pośrednictwem św. Maksymiliana za wszystkie łaski, jakie otrzymała moja rodzina.
 

 

Tekst pochodzi z książki "Cuda świętego Maksymiliana Marii Kolbego. Świadectwa i modlitwy".

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

5

Liczba głosów:

8

 

 

Komentarze użytkowników (2)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

piotrekszymek04 13:02:29 | 2018-06-04
Maksymilian Maria Kolbe, jak każdy człowiek, umarł i czeka, jak każdy człowiek, na powtótne przyjście Chrystusa i na sąd. Tyle w temacie modlenia się do zmarłych i oczekiwania, że mogą nam tu na ziemi w jakikolwiek sposób pomóc.

Oceń 7 4 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

ponury 10:22:18 | 2018-06-04
tylko w Jezusie jest Uzdrowienie i tylko On ma taką moc

Oceń 7 odpowiedz

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook