Sytuacja, która odmienia całe życie. Przydarzyła mi się w tramwaju

(fot. shutterstock.com)

Irytowała mnie ta ponura prawda i cicho rodził się ten bunt, który mówił, że nazywamy siebie ludźmi. Jednocześnie poruszało mnie to niespokojne stwierdzenie, że człowieczeństwo jest równoznaczne z posiadaniem domu, a każdy gest wyciągniętej ręki haniebnym wykroczeniem.

 

Pojawiała się frustracja związana z wrogim nastawieniem do żebrzącego i tym samym dziwiły miliony usłyszanych skarg na tych, którzy próbują spać na klatkach schodowych.

 

Obojętność ludzkości na rzeczy ważne bezpowrotnie rosła i czasem wydawało się, że osiągała wymiar nieskończoności. Zastanawiałam się, kto tak naprawdę jest człowiekiem? Kto dał nam moc, żeby tworzyć definicje, i kto powiedział, że to my decydujemy o tym, który z nas ma prawo godnie żyć? Kto pozwolił nam oceniać cudzą przeszłość i kiedy mieliśmy zrozumieć, że wcale nie byliśmy lepsi? Dlaczego nie pochyliliśmy się nad żebrzącym, któremu wrzucaliśmy pieniądz, i nie rozpoczęliśmy rozmowy? Dlaczego nie wysłuchaliśmy z szacunkiem człowieka, który sam zagadał do nas w autobusie? Skąd pojawiały się w nas bariery, które nie pozwalały nam zapytać bliźniego na ulicy, jak się czuje?

 

Ludzie poza schematem

 

Istnieje w nas ogromny strach. Strach przed drugim człowiekiem, który jest inny. Inny od nas. Budujemy swoją definicję normalności, paradoksalnie oddalając się od odkrycia jakiejkolwiek prawdy. Próbujemy poruszać się na kilku płaszczyznach, wmawiając sobie, że to my jesteśmy tymi porządnymi ludźmi. Ludźmi…?


Perfidnie omijamy każdego, kto odbiega od tego dobrze nam znanego schematu. Każdy, kto prosi, jest insektem. Każdy, kto wyciąga w naszym kierunku otwartą dłoń, jest problemem. Nie potrafimy wyobrazić sobie kontaktu z trudem, brudem, alkoholem. Wydaje się nam, że angażując się w takie życie, stracimy coś bezpowrotnie, że ubóstwo nas przesiąknie, że ktoś pomyśli, że jesteśmy tacy sami.

 

Tylko że cała idea tego duchowego świata polega na tym, że właśnie tacy sami byliśmy, że byliśmy równi. Ktoś po prostu miał zbyt wiele. Dlatego moment, w którym próbujemy przekazać coś od siebie, jest dla nas paraliżujący. Musimy poświęcić czas, oddać jedzenie, wskazać drogę, wysłuchać. Prostota tych czynności nas przerasta.

 

Automatycznie stawiamy siebie w lepszej pozycji, bo to my jesteśmy tymi, którzy mają się czymś podzielić. Ten, kto niczego nie ma, jest dla nas z góry stracony. W takim razie, czy gdybyśmy nie mieli nic, bylibyśmy różni? Czy to, co posiadamy, tak naprawdę należy do nas? Uwiązujemy się posłusznie w naszym świecie, a każdej napotkanej niespodziance nadajemy szorstką i usprawiedliwiającą nas definicję: prostak, pijak, żebrak, śmieć…

 

Spotkanie, które może odmienić życie


Kiedy myślałam o tych definicjach, zaczynałam rozumieć, że ich źródłem jest brak prawdziwego spotkania. Prawdziwego spotkania, które pochodziło od kontaktu z drugim człowiekiem. Miałam okazję ostatnio doświadczyć takiego rodzaju duchowego luksusu, który pozbawił mnie wewnętrznej biedy. Jechałam tramwajem. Wagon pełny, pasażerowie stoją i tłoczą się zdenerwowani.

 

Tylko trzy miejsca zostały puste. Na czwartym siedział bezdomny. Obserwowałam, z rosnącą wewnętrzną niezgodą, niezmiennie powtarzający się schemat: ludzie wchodzą, podnoszą głowę, czują charakterystyczny zapach, napotykają niebezpieczny wzrok, chwilę się wahają i zarządzają śmiertelny odwrót. Jak najdalej… Bo nigdy nie wiadomo… Jedna z kobiet przeklęła i skomentowała "nieludzką sytuację". Wewnętrzna niezgoda targała mną od środka i kazała natychmiast usiąść na wolnym miejscu. Wtedy właśnie poczułam największy spokój ze wszystkich.

 

Spokój, który rozlewał się po całym ciele i wzruszał bezgranicznie. Bezdomny podniósł głowę, zdziwiony, że siedzę naprzeciwko niego. Wymieniliśmy pełne łez spojrzenie i to właśnie ono zmieniło wszystko. Zmieniło wszystko, bo nagle w tak prozaicznej czynności pozwoliło dostrzec człowieka, pośród tłumu pasażerów. Nagle ta wymiana porozumienia otworzyła otwarte już oczy i przemieniła umysł. Nagle odgrodziła cały wszechświat i uświadamiała, że moc płynąca od drugiego człowieka była nieskończenie wielka. Rodziła się niesamowita świadomość prawdziwego spotkania.

 

Siła bezsilności


Drugi raz mocno odczułam tego rodzaju świadomość pewnego wieczoru, kiedy zmierzałam na Mszę w kierunku Kościoła, zastanawiając się, dlaczego tak wcześnie wyszłam i czemu moja nieuwaga miała służyć. Szybkim krokiem szłam przed siebie i nagle się zatrzymałam. Nie sądziłam, że mogłabym przejść obok tego widoku obojętnie. Na ławce, na przystanku, siedział skulony człowiek. Bujał się do przodu i do tyłu. Niezmiennie, bez zatrzymania, wolno, smutno…

 

Co poruszyło mnie mocno, to fakt, że ledwo można było dostrzec jego spojrzenie. Miał na sobie cienki, szary szalik nasunięty prawie na oczy. Długo się wahałam. Coś jednak powiedziało mi, żebym obok niego usiadła. Zapytałam o samopoczucie. Nie otrzymałam odpowiedzi. Zapytałam, czy jest głodny. Cicho i niepewnie powiedział, że nie. Zapytałam, czy chce kanapkę. Cicho i niepewnie powiedział, że nie. Nie odwrócił się w moją stronę. Ciągle się kiwał. Ponownie zapytałam, jak się czuje. Powiedział, że nie ma pieniędzy.

 

Nie odebrałam tego jako rodzaju prośby, ale jako wyznanie problemu. Jeszcze chwilę mówiłam, próbując utkać coś mądrego, ale wiedziałam, że jestem bezsilna. Miałam wrażenie, że nie potrafię mu pomóc. Ciągle się kiwał. Po kilku minutach ciszy powiedziałam mu, że idę do kościoła i że się za niego pomodlę. Wstałam. Coś znów podpowiedziało mi, żebym się jeszcze odwróciła i nagle zobaczyłam, jak mężczyzna, z którym rozmawiałam, podnosi głowę. Zobaczyłam w końcu jego oczy i zamarłam. Niektórzy mówią, że jedno spojrzenie potrafi odmienić człowieka.

 

Wszyscy jesteśmy ludźmi

 

Patrzyliśmy się na siebie przez kilka sekund, a ja czułam, że przemienia się moje serce. Zrozumiałam, że tylko w drugim człowieku możemy odnaleźć Boga, że tylko w drugim człowieku znajdujemy bogactwo, że jeden gest jest w stanie odmienić każdy problem. Jedno spojrzenie zabiera żal, zabiera smutek, zamienia trwogę. Jestem przekonana, że istnieją właśnie takie spojrzenia. Takie, których nie da się opisać zwykłymi słowami, takie, które płyną z wiary i przekonania, że nie mamy prawa przechodzić obok ludzi obojętnie. Czy naprawdę chcieliśmy iść ulicą niezauważeni? Czy naprawdę chcieliśmy wracać do domów jak najszybciej? A co, jeśli żaden z domów, które tu, na ziemi, posiadaliśmy, nie należał do nas?


Każdego dnia rodzi się we mnie ogromny bunt. Ogromny bunt przeciwko ludzkości i przeciwko samej siebie. Bunt w stosunku do tego, że mijamy ludzi obojętnie, że przechodzimy obok spojrzenia, jakbyśmy nigdy nie byli nikomu do niczego potrzebni, jakbyśmy sami nigdy nie potrzebowali pomocy. Bunt wobec stwierdzenia, że tak pewnie nazywamy siebie ludźmi, że lekką ręką odbieramy innym ten przywilej. Mocno wierzę, że każda wyciągnięta dłoń krzyczy o rozmowę, mówi, że potrzebuje chwili. Krzyczy, że to życie nie zawsze jest sprawiedliwe i że definicja bogactwa nigdy nie będzie odpowiednią miarą. Błaga o szacunek, o wzruszenie i nieskończony śmiech. Woła o jedzenie, które jest pretekstem, o ratunek i dojrzałość, bo trywialna inercja nigdy nie miała stworzyć jedności.


Stąd codziennie, na nowo, powraca do mnie jedno i to samo pytanie. Pytanie, które jest moim wewnętrznym manifestem: ile człowieka jest w człowieku, skoro nie potrafimy dostrzec go w ubogim, który wyciąga rękę?

 

 

Agnieszka Skibińska - studentka biotechnologii. Pracuje w radiu UJ FM. Spotyka się z ubogimi we wspólnocie Sant'Egidio w Krakowie

 

Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

4.89

Liczba głosów:

9

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook