Boże, jestem wkurzona! Słyszysz?

(fot. archiwum Szlachetnej Paczki)

"Stacja XI - Jezus do krzyża przybity". Czy Bóg wie ile zrobią stacji z jego drogi na śmierć? Jestem zziębnięta i zła, chcę do domu. Odliczam stacje. Na końcu będzie ciepła herbata i ktoś podwiezie do domu. Odeśpię i opublikuję na FB informację jaka to jestem wytrwała.

 

Na Ekstremalną Drogę Krzyżową wybrałam się za namową kolegi. "Idź, jest ciekawie. Świetni ludzie idą. Całą drogę trzeba iść w milczeniu, ale różnie to bywa". Bałam się, że nie podołam. Droga długa, ciemną nocą, a tu zakaz nie tylko narzekania, ale i mówienia. W zasadzie po co iść.

 

Cool chrześcijaństwo vs. kościelni tradycjonaliści

 

Regularna niedzielna Msza Święta, modlitwa, już byłoby dobrze. Nie trzeba przecież od razu iść do Kalwarii (bo o takim celu EDK myślałam, choć z Krakowa można iść także do Czernej, Myślenic, Miechowa). Wygrała jednak ciekawość i chęć sprawdzenia się. Wybrałam swoją EDK-ową  grupę - postanowiłam wyruszyć na szlak z kościelnym tradycjonalistami. Nie chciałam "wow-Jezusowej atmosfery" i "cool chrześcijaństwa".

 

Tradycjonaliści śpiewają piękne pieśni i było dla mnie niezwykle ciekawe, że fani liturgii łacińskiej idą nocą w Ekstremalnej Drodze Krzyżowej organizowanej przez Księdza od biznesu i konfesjonału przy galerii (pomysłodawca EDK ks. Jacek Stryczek w okolicach Bożego Narodzenia 2014 roku zorganizował happening przed jedną z krakowskich galerii handlowych - siedząc w prowizorycznym konfesjonale przypominał kupującym o sensie świąt).

 

Błoto i deszcz zamiast kadzidła

 

Tego wieczoru padało niemiłosiernie. Wyszliśmy z kościoła na lejący się z nieba deszcz. Odczytaliśmy pierwszą informację z otrzymanej od organizatorów książeczki i ruszyliśmy przed siebie. Dysponowaliśmy mapką i kurtkami przeciwdeszczowymi, niektórzy mieli latarki. Krakowskie ulice przeszliśmy w nabożnej ciszy, jednak na pierwszym postoju po wyjściu z miasta dało się słyszeć: "Chcesz czekoladę?", "Masz kanapkę?", "Proszę, herbata". Było trochę po północy.

 

Nie wiem jak inni, ale ja miałam wrażenie, że robię coś niezwykłego i tylko zamoknięte nogawki psuły mi to przyjemne poczucie. Oczywiście co jakiś czas przystawaliśmy - jak to na drodze krzyżowej - żeby odczytać rozważania do kolejnej stacji. Uśmiechałam się w duchu na wspomnienie procesji, w których chodziłam jako dziecko - tutaj błoto i deszcz, nie było nawet miłego zapachu kadzidła, które pamiętam z kościoła. Ktoś świecił księdzu latarką w książeczkę z rozważaniami, która po kilku stacjach była już pomięta i kapała z niej woda (parasol byłby w tych okolicznościach nieporęcznym zbytkiem.)

 

Grad, chłód i kryzys. A w mojej głowie wszystkie sytuacje, kiedy w życiu nie daję rady >>

 

Jestem wkurzona, a nie nabożnie rozmodlona

 

Na następnym etapie wędrówki szlak wiódł przez las. Trudno było rozeznać czy idziemy we właściwym kierunku. Szła z nami dziewczyna, taka bardzo rezolutna, typ harcerki. Wzięła mapę i prowadziła przez zarośla. Księżowska sutanna plątała się w krzakach. Ktoś uśmiechnął się pod nosem, że baba to nas nigdzie nie doprowadzi. Ktoś inny wyjął telefon z GPSem. Wszyscy przemarznięci.

 

Dwie osoby zawróciły. Znów zastanawiałam się, po co idę, bo w sumie nie zrezygnuję, ale boli mnie kolano, że deszcz i zimno, więc mogłam wziąć jeszcze sweter, że jestem wkurzona, a nie nabożnie rozmodlona i że wydziwiają z ekstremalnymi drogami krzyżowymi. Starałam się nie rozmawiać i zostawałam sama z myślami, które wcale nie były takie święte, jak chciałam. Nie unosiłam się w poczuciu misji. Patrzyłam na siebie sfrustrowaną i ironiczną. Szłam dalej.

 

Ile razy zawiodłam się na Bogu?

Zaczęło świtać. Siedzieliśmy na schodach pod jakimś kościołem i zjadaliśmy ostatnie kanapki. Byliśmy brudni i przemarznięci. Przypomniało mi się, jak kiedyś pokonywałam szlak w Bieszczadach, chyba wzdłuż granicy i jaka zmęczona dotarłam do celu. Tutaj jest jednak inaczej - nie ma pięknej przyrody i jagód po drodze. Ale są wspomnienia w mojej głowie: ile razy zawiodłam się na Bogu, byłam samotna, nie czułam, że w ogóle jest. Przypominały mi się dziwne sytuacje, ale przez tę (głupią?) zasadę milczenia nikomu z ludzi wokół nie mogłam się pozwierzać, co jest dla mnie zawsze tak naturalne.

 

Stacja ósma, stacja dziewiąta i rozważania nad tym, co działo się z Jezusem zanim go ukrzyżowano. Upadek pierwszy, upadek drugi. Szedł na śmierć. Jeśli rzeczywiście jest Bogiem to wiedział, że go zabiją, że idzie sobie, żeby przybili mu ręce i nogi do desek, na których się udusi, że będą naśmiewać się "ładny mi król", a własna matka, która przecież - jak każda matka - chce dla dziecka szczęścia, kariery, szacunku ze strony innych, będzie patrzeć jak półnagi skazaniec - jej synek - umiera. Nieźle… w to właśnie wierzę.

 

Zimno mi, chcę do domu

 

Boli mnie kolano. Jestem słabsza fizycznie od chłopaków, którzy ze mną idą. Zimno mi, chcę do domu. Kiedy szłam do Pierwszej Komunii to też tak strasznie padało. Babcia narzekała, że maj, że pogodę powinnam mieć na Komunię. Biała sukienka i aż dwa białe zegarki.

 

Dwadzieścia lat później idę w drodze krzyżowej zziębnięta i zła. Odliczam stacje. Na końcu będzie ciepła herbata i ktoś podwiezie mnie do domu. Odeśpię i opublikuję na FB informację, że przeszłam, taka wytrwała. "Stacja XI - Jezus do krzyża przybity". Już niedaleko. Czy Bóg wie ile zrobią stacji z jego drogi na śmierć? Z mojej drogi do ciepłej herbaty.

 

Jak? To już?

 

Szedł z nami młody chłopak. Znałam go z widzenia, mieliśmy wspólnych znajomych. Utykał i, chociaż wiedziałam, że może to brzmieć bardzo naiwnie, szalenie mi imponował. Już wyraźnie trudno było mu iść. Ciekawe, co w jego głowie, bo w nogach to widziałam. Naszym celem był kościół w Kalwarii. Kiedy pojawił się na horyzoncie, wszystkim poprawiły się humory. Ktoś nawet gwizdał pod nosem, ktoś żartował, że "Jak? To już?".

 

Nasza grupa spóźniła się na główną mszę, ale pozwolono księdzu odprawić w mniejszej kaplicy specjalną dla nas, po łacinie. Spod białej alby księdza wystawały jego ubłocone nogawki, a oczy przez cały czas miał półprzymknięte. Ktoś siedział, kiedy powinien stać - może przysnął. Przyjaciółka zapytała mnie czy chciałabym iść w tym roku. Tak, chciałabym. Nie żeby być lepszą, bardziej świętą, umęczoną. Chciałaby pójść, żeby być autentyczną. Po to. I nie "chciałabym", ja chcę.

 

Nie warto żyć normalnie, warto żyć ekstremalnie. Podejmij wyzwanie, wejdź www.edk.org.pl i wybierz jedną z ponad 430 tras w Polsce i za granicą.

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

4.92

Liczba głosów:

12

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook