Niezywkłe opowiadanie o Polaku uchodźcy

(fot. unsplash.com)

Autorka mistrzowsko pokazuje natomiast przesądy, małostkowość, kompleksy, zawiść i po prostu głupotę ludzi, wśrόd ktόrych żyje. Ale właśnie dlatego, że jest głęboko wierzącą katoliczką, w Wysiedleńcu, w Obcym, niewinnym, niezrozumianym, prześladowanym upatruje alegorię Chrystusa.

 

Flannery O’Connor (1925-1964), wybitna amerykańska pisarka, centralną postacią fabuły jednego ze swoich opowiadań uczyniła Polaka. Opowiadanie to nosi tytuł The Displaced Person - Wysiedleniec.

 

W skrόcie DP to oficjalna nazwa z czasόw II wojny światowej, obejmująca wszystkich wykorzenionych - uchodźcόw, jeńcόw, osoby zmuszane do niewolniczej czy przymusowej pracy.

 

Jaki jest όw Wysiedleniec, ktόry w prozie O’Connor znalazł się wraz z rodziną na farmie mleczarskiej pani McIntyre w południowym stanie Georgia w latach 50. ubiegłego stulecia? Wszyscy bacznie mu się przyglądają. Najpilniej niechętna takiemu obrotowi sprawy Mrs. Shortley, żona białego najemnika pracującego na farmie. Dla niej Wysiedleniec jest przede wszystkim rywalem, zagrożeniem. Na samym wstępie dziwi ją niezmiernie, że przybysze wyglądają jednak "jak wszyscy inni ludzie", choć mężczyzna na powitanie robi rzecz niesłychaną: kłania się nisko i całuje właścicielkę farmy w rękę.

 

Kiedy parę dni pόźniej nowo przybyli zasłonki w oknach robią z jedynie dostępnych, rόżnokolorowych workόw po karmie dla kur, Mrs. Shortley uznaje, że pewnie nie rozrόżniają kolorόw, skoro nie umieją mόwić - tłumaczem między ojcem a Amerykanami jest syn Polaka, bo tylko on zna ten język ze szkoły. Wnioski Mrs. Shortley snuje dalej. Wysiedleniec przybywa ze Starego Kontynentu i uosabia europejską dekadencję, ktόra doprowadziła do II wojny światowej.

 

Pochodzi z Polski, "tej ostoi diabelskiego eksperymentu", z podejrzanego kraju, gdzie "religia nie była zreformowana". Trwanie przy tej samej religii od dwόch tysięcy lat musi przecież być diabelską sztuczką i takich ludzi "ciągle trzeba mieć na oku". Niechęć Mrs. Shortley dotyczy także starego miejscowego katolickiego księdza, do ktόrego właścicielka zwrόciła się, szukając pracownika.

 

To on "hordy obcokrajowcόw sprowadza w miejsca, ktόre do nich nie należą", nierządnicę z Babilonu chce umieścić pośrodku sprawiedliwych. Ale przy tym wszystkim Mrs. Shortley, ewangeliczka, nie jest osobą szczegόlnie pobożną. W głębi duszy uważa, że religia jest w zasadzie tylko dla tych, ktόrzy nie mają dość rozumu, żeby się bez niej obyć.

 

Podczas gdy dla czarnoskόrych parobkόw Astora i Sulka przybysz jest kolejnym najemnikiem, dla właścicielki, Mrs. McIntyre, okazuje się "wybawieniem", bo wreszcie zjawił się ktoś, kto jest jednocześnie cieślą i murarzem, nie pali, umie nader sprawnie obsługiwać maszyny rolnicze, bez ociągania się wykonuje wszystkie roboty, a także dba o uczciwość.

 

Kiedy właścicielka farmy szybko dostrzega wyższość Wysiedleńca w stosunku do pozostałych zatrudnionych, zaniepokojona takim obrotem spraw Mrs. Shortley postanawia gospodarstwo opuścić, zanim zostanie zwolniony z pracy jej mąż, w istocie skąpiec, leń i bimbrownik. Spakowawszy do rozklekotanego samochodu rodzinę i skromny dobytek, wyjeżdżają bez pożegnania pod osłoną nocy. Dzięki pracy Polaka gospodarstwo Mrs. McIntyre sprawnie działa.

 

Pojawia się jednak nieprzewidziana okoliczność. Właścicielka odkrywa, że Wysiedleniec nakłania Murzyna Sulka do współpracy w zamiarze sprowadzenia, a potem zawarcia małżeństwa z szesnastoletnią krewną, sierotą od trzech lat tułającą się po obozach dla uchodźców w Europie, ktόra - co sugeruje autorka - już jest ofiarą wykorzystywania bądź niebawem się nią stanie. Pani McIntyre, nieodrodnej córce rasistowskiego Południa w czasach poprzedzających niełatwo wywalczone w latach 60. zrównanie praw białych i czarnych Amerykanów, podobna okropność - mieszane małżeństwo - nie może się jednak pomieścić w głowie. Jest do głębi zgorszona i postanawia Polaka zwolnić, gdyż "nie pasuje".

 

Wtedy na farmie z powrotem pojawia się Mr. Shortley, teraz szukający zemsty. Okazuje się, że w czasie potajemnej ucieczki z farmy jego żona zmarła nagle na apopleksję, za co jej mąż wini oczywiście Polaka. Mrs. McIntyre zwleka z wyrzuceniem Wysiedleńca, ktόry pracuje przecież jak nikt u niej do tej pory, ale sytuacja robi się coraz bardziej napięta, gdyż dodatkowo kobieta musi zmierzyć się jeszcze z opinią otoczenia podsycaną propagandą Shortleya, rozpowiadającego wszystkim naokoło swoje żale.

 

To on, Shortley, jest tu pokrzywdzonym bohaterem patriotą, przelewał krew na wojnie, na której walczył z "takimi jak ten", bo "Polak czy Niemiec to przecież to samo". U jednego Niemca widział nawet takie same okulary jak u Polaka. Pewnie kupili je w tym samym sklepie. Shortley buntuje nawet Murzynόw, ktόrych skądinąd ma za nic. Nie wrόcicie do swojej Afryki, znikąd przecież nie uciekliście. Dziadkόw waszych legalnie kupiono. Co innego ten Wysiedleniec. "Nie potrzeba nam tu takich, co uciekli ze swoich stron".

 

Kiedy właścicielka, spokojna w sumieniu, że nie ma obowiązku borykać się z przeludnieniem świata i zajmować się wszystkimi "dodatkowymi ludźmi", jest już gotowa Wysiedleńca odprawić, wydarza się tragedia. Leżąc na ziemi w trakcie naprawy maszyny rolniczej Polak ginie zmiażdżony przez osuwający się po zboczu traktor uruchomiony przez Shortleya.

 

Śmierć Wysiedleńca pociąga za sobą poważne skutki. Wszyscy najemnicy właścicielkę opuszczają, a ona z załamaniem nerwowym trafia do szpitala. Po wyjściu, niezdolna już do dalszego prowadzenia gospodarstwa, zmuszona jest wysprzedać całe mienie. Przykuta do łόżka traci władzę w rękach i w nogach, a także wzrok i głos. Teraz ona staje się "obca", osamotniona, wysiedlona na własnej ziemi. Nie odwiedza jej nikt oprόcz owego staruszka księdza.

 

Opowiadanie powstało w latach 1953-1954, gdy poważnie chora Flannery mieszkała w rodzinnej Georgii na farmie mleczarskiej. Tam też zmarła dekadę pόźniej, w wieku 39 lat, na toczeń rumieniowaty (lupus), nieuleczalną chorobę immunologiczną. Farmę, znaną też z hodowli pawi, ktόre stały się swoistym emblematem pisarki, prowadziła jej owdowiała matka. W ramach pomocy charytatywnej przyjęła ona do pracy rodzinę uchodźcόw z Polski.

 

Jakkolwiek widać w opowiadaniu pewne odwołanie do faktόw z biografii O’Connor, nie dane dotyczące Polakόw są tu ważne. Historia polskiej rodziny zarysowana jest schematycznie, bo też nie można się doszukać poważniejszych związkόw pisarki z Polską. "Polonica" mogą nawet zdziwić. Tytułowemu bohaterowi o nazwisku Guizac towarzyszy bezimienna żona oraz dzieci - dwunastoletni Rudolf i dziewięcioletnia Sledgewig (sic!). Wiemy tylko, że kiedyś w jednej chwili kazano im wynieść się z domu (fakt ten stanowi nawet powόd do zazdrości Mrs. Shortley, ktόrej nie dane było mieszkanie w murowanym domu).

 

Nie to jednak jest tu najważniejsze. Flannery O’Connor, znanej z upodobania do groteski, chodzi o przedstawienie klimatu amerykańskiego Południa wraz z jego problemami społecznymi, z rasowym na czele. Co więcej, O’Connor jest katoliczką na tych silnie protestanckich ziemiach, gdzie notabene powstał Ku Klux Klan.

 

O’Connor tej organizacji nie wspomina ani nie wdaje się w żadne ideologiczne dywagacje. Mistrzowsko pokazuje natomiast przesądy, małostkowość, kompleksy, zawiść i po prostu głupotę ludzi, wśrόd ktόrych żyje. Ale właśnie dlatego, że jest głęboko wierzącą katoliczką, w Wysiedleńcu, w Obcym, niewinnym, niezrozumianym, prześladowanym upatruje alegorię Chrystusa. A że ten uchodźca jest akurat Polakiem, ktόrego zniszczyły przesądy i nienawiść do Obcego, wydało mi się, że warto właśnie teraz o tym w Polsce przypomnieć.

 

Joanna Petry Mroczkowska - dr filologii z wykształcenia,  kulturoznawca z praktyki. Eseistka, autorka książek wydawanych w bibliotece Więzi, Znaku, Wydawnictwie M i WAMie.

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

1.97

Liczba głosów:

129

 

 

Komentarze użytkowników (1)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

Tadeusz_25 11:33:54 | 2017-06-19
Przede wszystkim autorka tego artykułu nie rozróżnia podstawowych terminów, myli je i stosuje zamiennie: uchodźca, wysiedleniec, emigrant. A są to określenia odnoszące się do osób w bardzo różnej sytuacji. Artykuł robi wrażenie pisanego na zamówienie na usługi politycznej poprawności z założoną tezą: Polacy nie pamiętacie jakich krzywd doznaliście jako uchodźcy/wypędzeni/emigranci a teraz sami ich krzywdzicie nie chcąc przyjąć, jesteście be. Pani Joanno opowiadanie powstało ponad 60 lat temu, tak daleko pani szukała, a nie widzi pani (ostatniego 25-lecia) jak bardzo Polacy pomagali ofiarom wojny na Balkanach, w Afryce, w Syrii. Sam program "rodzina rodzinie" to się dzieje! To jest konkretna pomoc bez rozbijania rodzin i skazywania na tułaczkę w obcym kraju.

Oceń 38 15 odpowiedz

 

 

Po godzinach 

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook