Blaski i cienie Facebooka

Blaski i cienie Facebooka
Mapa przyjaźni na Facebooku autorstwa Paula Butlera, inżyniera pracującego dla Facebooka (fot. paulbutler.org)
Dariusz Piórkowski SJ / DEON.pl

Amerykański magazyn „Time” ogłosił Marka Zuckerberga, założyciela Facebooka, Człowiekiem Roku 2010. Czym ów niespełna 27-letni mężczyzna zasłużył sobie na takie wyróżnienie? Redakcja uhonorowała go za to, że udało mu się „połączyć więcej niż połowę miliarda ludzi i zbudować społeczne relacje między nimi, za stworzenie nowego systemu wymiany informacji oraz za zmianę sposobu, w jaki przeżywamy nasze życie”.

Osiągnięcie Marka Zuckerberga jest doprawdy imponujące. Chyba jeszcze nikt dotąd nie zgromadził wokół siebie prawie 1/12 ludzkości w ciągu zaledwie 7 lat. Połowa Amerykanów posiada już konta na Facebooku. Dziennie na Facebooku rejestruje się 700 tys nowych użytkowników. Ten lawinowy wzrost fanów Facebooka nie bierze się z księżyca. Wydaje się, że jego założenia i oferta doskonale wstrzeliwują się w potrzeby użytkowników Internetu.

Kiedy jednak uważniej wczytuję się w zasługi twórcy Facebooka, to na usta cisną się pytania. O jakie życie tutaj chodzi? To, w Internecie, czy to w realu? Jaką oryginalną jakość Facebook wnosi pod nasze strzechy? Czy mamy do czynienia z rewolucją kopernikańską w rozwoju Internetu, a może to tylko przejściowa moda lub kolejny idealistyczny eksperyment, który wyprowadzi nas wkrótce na manowce?

Opinie na temat tego nowego serwisu społecznościowego są podzielone. Facebook wywołał bowiem żywy ferment i stosunkowo szybko ujawnił pokoleniowe różnice wśród internautów, dzieląc ich na generację Web 1.0 i Web 2.0, które z grubsza odpowiadają dwóm fazom rozwoju Internetu. Pierwsza z nich obejmuje wczesny okres budowy sieci, a także zwiększenie jej dostępności dla jak największej liczby użytkowników, głównie w celach komercyjnych. Druga faza oznacza skok jakościowy w ewolucji Internetu, który zaznaczył się przez pojawienie się serwisów społecznościowych, Wikipedii i różnych narzędzi komunikacji. Sęk w tym, że nie wszyscy przedstawiciele generacji Web 1.0. potrafią odnaleźć się w świecie tworzonym przez generację Web 2.0. Wystarczy przyjrzeć się niektórym dyskusjom na forach. Oto kilka przykładów:

DEON.PL POLECA


„Facebook to takie miejsce, gdzie klikając "lubię to", udajesz, że podtrzymujesz relację z kimś, na kim ci prawie zupełnie nie zależy i z kim niemalże kompletnie nie masz o czym rozmawiać”. (Web 1.0)

„Facebook może być całkiem ciekawy, zależy kogo się ma wśród znajomych. Właśnie takie osoby, z którymi teoretycznie nie masz za wiele wspólnego i poza fb nie utrzymujesz kontaktów potrafią czasem coś bardzo ciekawego wrzucić/napisać, czego bez fb byś nie zobaczył”. (Web 2.0)

“Mam narastające poczucie, że jedyną rzeczą, którą posiada Facebook, jest jego masa krytyczna. To bardzo niebezpieczna cecha”. (Web 1.0)

„Facebook pomaga mi w utrzymaniu kontaktu z moimi przyjaciółmi, których znam w realnym życiu, i to jest bardzo korzystne. Pomaga mi również w mojej edukacji”. (Web 2.0)

„Super, że można ponownie spotkać ludzi, z którymi straciło się kontakt, ale jest czymś nieznośnym, kiedy ludzie wrzucają na stronę każdą najmniejszą myśl, jaka przychodzi im do głowy. Facebook staje się dla wielu wehikułem ich strumienia świadomości, i jest oczywistym, że niektórzy z nich po prostu lubią się przechwalać” (Web 1.0)

A co o swoim internetowym dziecku mówi jego ojciec założyciel?

 

W wywiadzie dla tygodnika „Time” Zuckerberg precyzuje, co ma na myśli: „Sprawą, na której mi naprawdę zależy jest dążenie do tego, aby świat stał się bardziej otwarty i połączony”. Otwarcie polega, jego zdaniem, na swobodnym dostępie do różnych informacji. Chodzi również o wprowadzenie większej przejrzystości, o możliwość dzielenia się całą gamą ludzkich doświadczeń, o zdobycie posłuchu w świecie, który staje się dla nas coraz bardziej obcy. Bycie „połączonym” zmierza ku temu, aby pomóc ludziom w utrzymaniu kontaktów i zachować w nich empatię dla siebie nawzajem.

Publicysta „Time’u” Lev Grosmann w tekście „Mark Zuckerberg. Człowiek roku 2010”,, ogłasza wszem i wobec, że dzięki Facebookowi „epoka maskarady w Internecie, w której ludzie prowadzili podwójne życie: wirtualne i realne, dobiegła końca. Teraz wszyscy prowadzą znowu tylko jedno życie”. Facebook ma rzekomo przyczynić się do zniesienia sztucznego podziału na wirtualność i realność, pomimo tego, że internauci nadal dyskutują na różnych forach, nie odsłaniając swojej prawdziwej tożsamości.

„To, co staramy się uczynić polega na połączeniu wszystkich relacji opartych na zaufaniu, które można nazwać, kolokwialnie, przyjaźniami” – kontynuuje Zuckerberg. Twórcy Facebooka nazywają ten proces „zakreśleniem społecznego grafu”, czyli internetowej siatki relacji podobnej do systemu naczyń połączonych. W żyłach tego internetowego systemu ma płynąć specyficzna „krew”, którą jest przyjaźń rozumiana w bardzo szerokim (amerykańskim) sensie, czyli różnym od jej klasycznej i ekskluzywnej formy.

„Facebook chce zaludnić Internetową pustynię, oswoić wyjący tłum i zamienić samotny, antyspołeczny świat, w którym rządzi ślepy przypadek w świat przyjazny, w świat pełen zaskoczeń”, pisze Grossman. Chodzi więc o to, aby Internetowi nadać bardziej ludzkie oblicze i dokonać jego dalszej „personalizacji”. Tak jak w przeszłości Imperium Rzymskie niosło kaganek oświaty i cywilizacji do podbitych narodów, dzisiaj Facebook stawia sobie za cel ucywilizowanie Internetu, aby ludzie byli rzeczywiście sobą, aby ponownie zaczęli żyć bardziej autentycznym życiem.

Człowiek to nie baza danych

Nie wszyscy jednak podzielają ten entuzjastyczny manifest. Jean Lanier w książce „Nie jesteś gadżetem” wytacza ciężkie (bo filozoficzne) armaty przeciwko twórcom Facebooka. Twierdzi, że w rewolucji zapoczątkowanej przez Zuckerberga mamy do czynienia z poważną metafizyczną redukcją. Jego zdaniem, ludzie wysilają się na próżno, aby uczynić z ich komputerowych opisów, zdjęć i informacji miarodajny obraz ich osobowości. „Aby systemy informacyjne mogły działać, muszą posiadać informacje, ale informacja nie odwzorowuje rzeczywistości”, pisze Lanier. By zilustrować tę prawdę, autor podaje przykład filozoficznego błędu praktykowanego w szkolnictwie, gdzie często przygotowuje się uczniów lub studentów do pomyślnego przejścia przez komputerowe testy , a potem sądzi się, że ich zaliczenie odzwierciedla rzeczywistą wiedzę uczących się.

Coś podobnego, argumentuje Lanier , wydarza się na Facebooku, którego luminarze zdają się nie dostrzegać, że póki co nie możemy stworzyć komputerowej analogii do tego, co nazywamy „osobą”. Sztuczna inteligencja i twarde dyski żadną miarą nie są w stanie wyrazić w pełni ludzkiej myśli i osobowych relacji. Nic bowiem nie zastąpi bezpośredniego kontaktu, mowy ciała, przekazu niewerbalnego, nie mówiąc już o tym, że każdy człowiek do pewnego stopnia pozostaje tajemnicą nawet dla siebie samego. Tymczasem ideologia kryjąca się za Facebookiem, konkluduje Lanier, degraduje ludzkie przyjaźnie, sprowadzając je do bazy danych, jednostkę rozmywa w tłumie i wmawia ludziom, że to oni mają kontrolę nad twardym dyskiem i ekranem komputera, gdy tymczasem dzieje się coś zupełnie przeciwnego.

Z tezami Laniera zgadza się również Zadie Smith, brytyjska nowelistka młodej generacji, która przedstawiła swój głos w tekście „Pokolenie dlaczego?” na łamach „The New York Review of the Books” . Według niej, niby wiemy, że profil i zamieszczone informacje na Facebooku nie wyrażają całej naszej osoby, ale de facto, wchodząc w przestrzeń wirtualną działamy tak, jakby to była prawda. „Kiedy człowiek staje się zbiorem danych na stronie takiej jak Facebook, zostaje zredukowany. Wszystko się kurczy: indywidualny charakter, przyjaźnie, język, wrażliwość. W pewnym sensie jest to doświadczenie transcendentne: tracimy nasze ciała, zapominamy o naszych chaotycznych uczuciach, pragnieniach i lękach”. Zdaniem Smith, Facebook jest jednak miejscem ucieczki, wirtualną fatamorganą, a nie jakimś twórczym przetwarzaniem rzeczywistości, w której na co dzień żyjemy.

Nie jestem do końca przekonany, czy wszyscy użytkownicy Facebooka automatycznie zatracają swoją osobowość i indywidualność. Zarówno Lanier jak i Smith stawiają sprawę na ostrzu noża. Owszem, niebezpieczeństwo zredukowania osoby do jakiegoś wycinka jest realne, jeśli facebookowe relacje są jedynymi formami międzyludzkich kontaktów lub odwiedzanie tej strony staje się przymusem, czy wręcz uzależnieniem. Ale coś takiego możliwe jest w wielu innych sferach ludzkiego życia. Nie można przeoczyć faktu, że wiele ludzi traktuje swoją obecność na Facebooku jako uzupełnienie lub przedłużenie ich „realnych” znajomości. Poza tym, jeśli użytkownicy Facebooka rzeczywiście sądzą, że ich profil ukazują całą prawdę o ich osobowości, to wtedy grubo się mylą. Pytanie jednak, czy oni tak naprawdę myślą?

Sądzę, że nie można zupełnie zdeprecjonować wartości tych sieciowych kontaktów. Widać w nich ludzkie pragnienie komunikacji, jak również potrzebę bycia członkiem pewnej większej wspólnoty, nawet jeśli realizacja tych dążeń nie zawsze jest doskonała. Istnieje również jakiś sens w wymienianiu się informacjami z osobami, z którymi nie sposób spotkać się w cztery oczy, chociażby z racji dzielącego je dystansu. A sieć umożliwia takie spotkania. Oczywiście, pewna redukcja osoby jest wtedy nieunikniona.

Trzeba jednak przyznać rację Zadie Smith, która zauważa, że młodzi ludzie mogą bezkrytycznie dołączać do fanów Facebooka, ponieważ obawiają się presji rówieśników i nie chcą być skonfrontowani z ich negatywnymi reakcjami. To prawda, że jeśli ktoś nie posiada konta na Facebooku, może usłyszeć, że nie jest „cool”, lub że się zestarzał, jest „gorszy”, dziwny, staroświecki, i w ogóle kto chciałby z nim przebywać.

Bycie nielubianym boli. Każdy, kto nie wpisuje się w ogólny trend i nie postępuje tak „jak inni”, musi zazwyczaj liczyć się z ostracyzmem i wykluczeniem. Istotnie, potrzeba wielkiej dojrzałości, odwagi i wiary w siebie, by oprzeć się tej presji i zamanifestować swoje odmienne zdanie. Być może, paradoksalnie, Facebook wykorzystuje tę słabość młodego człowieka. Tę możliwość trzeba brać pod uwagę. Z drugiej strony, niewykluczone, że Facebook jest swoistą receptą na poczucie radykalnej samotności lub rosnącego wyobcowania ludzi w szybko zmieniającym się świecie.

W podobne tony uderza Sherry Turkle, profesor M.I.T, w swojej najnowszej książce, która nosi niezwykle sugestywny tytuł: „Samotni razem. Dlaczego oczekujemy więcej od technologii niż od siebie nawzajem”. Autorka alarmuje, że dzisiaj ludzie uzbrajają się jak żołnierze w cały arsenał elektronicznych gadżetów, pod pozorem ich niezbędności w nawiązywaniu szybszych i łatwiejszych kontaktów. Tymczasem w praktyce dochodzi do tego, że nawet małżeństwa i rodzin coraz bardziej funkcjonują z pominięciem rozmowy w cztery oczy, nawet jeśli mają okazję by porozmawiać, ale jej unikają. Okazuje się, że elektroniczne urządzenia, które miały ludziom ułatwić wzajemną komunikację, oddaliły ich jeszcze bardziej od siebie, twierdzi Turkle.

 

Najwięcej wątpliwości i obiekcji wzbudza we mnie jednak coś innego. Jose Antonio Vergas w tekście „Twarz Facebooka”, opublikowanym w „New Yorkerze”, twierdzi, że w stworzeniu społeczności internetowej przez Zuckerberga doszło do zmiany pojęcia prywatności i sensowności ujawniania informacji oraz do dowartościowania czystego samo-pokazywania siebie. W cytowanym już wywiadzie, założyciel Facebooka przekonuje (jak funkcjonariusz tajnych służb) o pożytkach z swobodnego dzielenia się wszelkimi informacjami. „Dlaczego nie miałbyś się dzielić? Dlaczego nie miałbyś być otwarty, chyba że masz coś do ukrycia?”, pyta Zuckerberg. I suponuje, że jeśli człowiek ma jakieś zahamowania w publicznym odsłonięciu tego, co myśli i czuje, prawdopodobnie ciągle jest w sobie rozdwojony, posiada dwie różne twarze, które symbolizują jego wewnętrzną dezintegrację.

Takie założenie jest, moim zdaniem, z gruntu fałszywe i naciągane. Jeśli mówić już o jakiejś redukcji, to widzę ją przede wszystkim w tym miejscu. Bo z pewnej powściągliwości w ujawnianiu niektórych informacji nie wynika wcale, że muszą one być z konieczności złe i wstydliwe. A taki podtekst można odczytać z retorycznych pytań Zuckerberga. Wydaje się, że jego koncepcja prywatności wyklucza, lub przynajmniej, rozmywa ludzką intymność, nie docenia roli dyskrecji i zachowania sekretu. Z nieautentycznej anonimowości przechodzi się wówczas w drugą skrajność: totalną otwartość, jakby publiczne odsłanianie siebie było wartością samą w sobie, a nie jedynie narzędziem, które trzeba stosować z roztropnością. Bo jeśli ktoś uważa za naglące i konieczne, aby umieścić na stronie Facebooka wiadomość o śmierci swojego ojca w pięć minut po jego zgonie, to coś tutaj nie gra. A z takimi przypadkami można się spotkać w tym serwisie. Oczywiście, po wstępnych nieudanych eksperymentach i protestach użytkowników, obecnie Facebook pozwala na różne stopnie prywatności. I możemy sami zdecydować, kto przeczyta naszą wiadomość. Niemniej sfera prywatności co rusz wzbudza kontrowersje.

Niepokojąco brzmi również inne oświadczenie Zuckerberga z jego wywiadu dla „Time’u”: „My rzeczywiście chcemy wiedzieć, co dzieje się z ludźmi wokół nas”, które aż poraża swoją banalnością. Nietrudno zauważyć, że użytkownicy Facebooka dzielą się ze sobą praktycznie wszystkim. By wspomnieć chociażby takie nowiny, „że pora już wstać z łóżka i zacząć coś robić”, o „trudnej wizycie u rodziców”, o „przyrządzaniu kurczaka słodko-kwaśnego i jak uczynić go bardziej słodko-kwaśnym”. Niektórzy bez większego skrępowania piszą o swoich osobistych trudnościach i konfliktach, chociaż nie mają odwagi, by pójść i porozmawiać o tym w cztery oczy.

Zuckerberg nie stawia jednak pytań o to, po co nam te wszystkie informacje i dlaczego chcemy wiedzieć. Czy wtedy staniemy się lepszymi? Czy wymiana tak detalicznych nieraz wiadomości jest konieczna do naszego rozwoju? Czy często nie działa tutaj po prostu zwykła ludzka ciekawość? Bo czym innym jest otwartość na nowe relacje, a czym innym poszukiwanie ich za wszelką cenę, jakby ich liczba świadczyła o mojej wzrastającej wartości. Osobiście wątpię, abyśmy musieli na bieżąco posiadać szczegółową wiedzę o tysiącu naszych znajomych, ponieważ nie na tym zasadza się budowanie międzyludzkiej solidarności i empatii.

Przecież nawet w klasycznych przyjaźniach, które niestety są dzisiaj rzadkie, nie jesteśmy na ogół przesadnie zainteresowani trywialnymi sprawami. Żeby podtrzymać trwałą przyjaźń, nie muszę wiedzieć, co mój przyjaciel robi godzinę po godzinie. Raczej kojarzy mi się to z bardzo inwazyjnym i wścibskim przekraczaniem granic, naruszaniem pewnego potrzebnego dystansu i osobistej wolności. Jeśli relacje międzyludzkie mają rzeczywiście wspierać, zwłaszcza w trudnych momentach, to wiedza o kolorze sukienki mojej przyjaciółki czy o marce telewizora, który kupił ostatnio mój przyjaciel na niewiele się zda.

Nawet Lev Grossman, publicysta Time’u wyraża pewne obawy co do celowości takiej gorączkowej „ciekawości” świata. Zauważa, że „relacje na Facebooku mają pewną uwodzącą i uzależniającą właściwość, która może źle wpłynąć albo i zastąpić relacje w świecie rzeczywistym. Znajomości mnożą się z zawrotną prędkością, a emocjonalna poprzeczka pozostaje uspokojająco nisko: tam, gdzie nie ma zbyt wiele prywatności, tam nie może również być wiele intymności”.

Poza tym, złudzeniem jest sądzić, że w naszym podejściu do przyjaciół i znajomych istnieje równość, jakby wszyscy byli tacy sami. Nie ulega jednak wątpliwości, że nasze relacje są zróżnicowane i cechują się zmienną skalą intensywności oraz emocjonalnego zaangażowania. To, o czym rozmawiam z jednym przyjacielem niekoniecznie dotyczy drugiego przyjaciela. Takie zrównanie wszystkich do jednego poziomu jest szyte grubymi nićmi. I trzeba się rzeczywiście pytać o intencje, jakie stoją za tym uproszczeniem.

Na koniec trzeba się jeszcze zapytać, czy do tego, aby spotykać się ze swoimi przyjaciółmi i znajomymi nie wystarczy Skype, inne komunikatory i email. Z pewnością tak. Ale jeśliby popatrzeć na Facebook bardziej przychylnie, to trzeba na jego obronę zauważyć, iż wszystko jest w nim jeszcze w fazie eksperymentu. Twórcy Facebooku uczą się na błędach. Poza tym, póki co nie ma żadnego przymusu zapisywania się do tego serwisu, chociaż niektórzy już trąbią, że jeszcze chwila a pytanie o posiadanie profilu na Facebooku pojawi się w aplikacjach na studia, czy we wniosku o pracę. W każdym bądź razie, nie wiemy jeszcze czy tak szybka transformacja Internetu rozpętana przez Zuckerberga to ślepa uliczka, czy epokowy przełom. Ale ta niepewność nie zwalnia nas z czujności, refleksji i trzeźwego osądu. Dlatego Facebook długo jeszcze będzie nas intrygował.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Blaski i cienie Facebooka
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.