45 kleryków więcej to jeszcze nie koniec kryzysu powołań

Szymon Żyśko
(fot. Catholic Church of England and Wales / flickr.com)

Gdy wielu cieszyło się z końca kryzysu, policja zatrzymała diakona pod zarzutem rozpowszechniania pornografii z udziałem nieletnich. Nie chodzi o kleryka na początku swojej drogi, ale o człowieka, co do którego Kościół przez biskupa wypowiedział się, że jest on godny przyjęcia święceń. Kiedy wreszcie zrozumiemy, że mówiąc o kryzysie powołań, trzeba wyjść od jakości tych powołań, a nie ilości?

 

Jeszcze kilka tygodni temu wielu komentatorów życia religijnego, jeśli nie wszyscy, bili w dzwon zwany "kryzysem powołań w Polsce". Powód: najmniejsza od lat liczba kandydatów w tarnowskim seminarium, które uchodzi za to "najbardziej błogosławione łaską powołań". Przez lata z zazdrością i tęsknotą spoglądali na nie rektorzy polskich seminariów diecezjalnych i zakonnych, powtarzając "kiedyś to było". Kilka dni temu ks. Piotr Kot, sekretarz Konferencji Rektorów Wyższych Seminariów Duchownych w Polsce, poinformował, że w porównaniu z rokiem 2017 liczba kandydatów do seminariów diecezjalnych i zakonnych wzrosła o 45 osób. "Powiało optymizmem" - napisał na Facebooku jeden z tygodników katolickich. A ci sami komentatorzy, którzy jeszcze przed chwilą ogłaszali kryzys, donoszą dziś, że czarne chmury nad polskimi seminariami rozchodzą się. Otóż nie rozchodzą się. I jeżeli prześpimy ten ważny moment, to wiele diecezji czekają lata bez święceń prezbiteriatu.

 

W tym samym czasie, gdy wielu cieszyło się z końca kryzysu powołań, małopolska policja ujawniła, że w maju doszło do aresztowania tarnowskiego diakona pod zarzutem posiadania i rozpowszechniania treści pornograficznych z udziałem dzieci, a nawet zwierząt. Do zatrzymania owego diakona miało dojść podczas rekolekcji, które przygotowywały go do… przyjęcia święceń kapłańskich. Chociaż reakcja biskupa tarnowskiego była natychmiastowa i zgodna z oczekiwaniami w tego typu sprawie, to należy jednak zadać pytanie, jak w ogóle do tego doszło pod jego okiem? To nie był kleryk na początku swojej drogi, ale człowiek, co do którego Kościół przez swojego biskupa już raz się wypowiedział, że jest on godny przyjęcia święceń. Nim został diakonem, musiał odbyć wiele rozmów, a jego życiorys był zbadany przez przełożonych. Ktoś przez te wszystkie lata również prowadził go duchowo, formował. Nic nie zauważono? Kiedy wreszcie zrozumiemy, że mówiąc o kryzysie powołań, trzeba wyjść od jakości tych powołań, a nie ilości?

 

Najtrudniej być czyimś niespełnionym marzeniem - ambicje parafii

 

Kryzys powołań jest głębszy i dotyczy zwłaszcza formacji. Pierwszy problem rodzi się jeszcze na długo przed zgłoszeniem się do seminarium. Już na samym wstępie większą wartość ma gorliwość kandydata niż rzeczywiste motywy, jakie nim kierują, których może on nawet nie być świadomy. Łatwo jest w kimś zabić nadzieję, ale równie łatwo jest wzniecić fałszywą nadzieję. Wewnętrzna decyzja musi przybrać konkretną formę, żeby stała się rzeczywistością. Potrzebna jest rozmowa z proboszczem, dokumenty i opinie potwierdzające zdolność kandydata do nauki w seminarium. Tu zaczynają się schody, bo dla wielu parafii - tak samo małych i dużych - powołanie, które z niej wychodzi, jest nobilitacją i zaszczytem, który trudno wypuścić z rąk. "Bóg nas wreszcie zauważył".

 

Nam jako wspólnocie brakuje pokory w myśleniu o powołaniach. Na tych, którzy odważyli się spróbować, wywierana jest ogromna presja. Znam przypadek, gdy proboszcz jeszcze przed egzaminami wstępnymi ogłosił z ambony, że jest kandydat. Pod pretekstem modlitwy za niego w małej parafii doszło do prawdziwego szaleństwa, a przecież mogło się obyć bez podawania nazwiska. Zrobiono z niego księdza, zanim w ogóle go wyświęcono. Usłyszał, że "parafia ma prawo się cieszyć, bo będzie częściowo opłacać jego naukę". Transakcja wiązana. W seminarium wytrzymał półtora roku, bo przez prawie rok bał się odejść, choć wiedział już, że nie będzie księdzem. Czuł, że jest marzeniem całej swojej parafii, i nie chciał być tym niespełnionym.

 

Abp Grzegorz Ryś, będąc jeszcze rektorem krakowskiego seminarium, powiedział w wywiadzie dla miesięcznika "W drodze" ważne słowa: "Człowiekowi, który jest w seminarium pierwszy rok, mówię, żeby nie myślał, że jest powołany do kapłaństwa. Tak naprawdę momentem powołania do kapłaństwa jest sakrament święceń". Wiele kapłańskich kryzysów ma początek właśnie w takim myśleniu o sobie. Pewien znany dominikanin mawiał, że "z innych powodów przychodzi się do zakonu, a z zupełnie innych w nim zostaje". Tego podejścia nam brakuje.

 

Seminaryjna walka z całym światem

 

W samym seminarium pułapek nie jest mniej. Klerycy zbyt często żyją w wyidealizowanym świecie. W teorii odcięcie ma służyć nauce i prowadzeniu pogłębionej relacji z Bogiem, w praktyce otrzymują przekaz, że za murami seminariów czyha na nich zło, przed którym muszą się bronić, z którym nie mogą dyskutować, które tylko czeka na ich najmniejszy błąd. Owszem wysyła się ich na praktyki wakacyjne, ale bardzo często wracają tylko utwierdzeni w tym, że świat jest zły i oni go muszą uratować.

 

Sterylne środowisko nie służy wykształceniu prawidłowej odporności, inteligentnej, zdolnej odpowiadać z rozeznaniem, a nie uderzać ślepo. Ta biologiczna zasada ma swój odpowiednik w życiu duchowym. Idealiści, którzy opuszczają mury seminariów jako neoprezbiterzy, są często nieprzygotowani do życia. Pierwsza parafia bardzo boleśnie uciera im nosa. Z ust księdza, który - najdelikatniej mówiąc - był oschły wobec parafian i nielubiany przez nich, usłyszałem kiedyś, że nauczyły go tego właśnie pierwsze lata kapłaństwa. Wszystko, co wyniósł z seminarium, zostało zanegowane, więc uzbroił się przeciwko relacjom z ludźmi. Dopiero na własnym probostwie nie czuł się atakowany, bo wreszcie mógł postawić swoje granice. I skończył jako boski urzędnik, a nie duszpasterz. Seminarium nie przygotowało go do życia w pojedynkę. Przez 6 lat mieszkał we wspólnocie ludzi podobnie myślących, prowadził schematyczne i uporządkowane życie. Nie powiedziano mu, że kapłaństwo diecezjalne w praktyce bywa bardzo samotne. Na prowincjach i w miastach jest wielu zranionych tym księży.

 

A do tego wszystkiego, co widzą młodzi, dochodzą jeszcze: całowanie po rękach, procesje prymicyjne, skupianie uwagi w Wielki Czwartek na księżach, msze o powołania pełne cytatów o "wybranych". Piękne to wszystko i na swój sposób prawdziwe, ale forma już dawno przerosła treść. Kapłaństwo miało być służebne, a obrosło w magię. Dochodzi później do sytuacji, w której podczas mszy prymicyjnej, wychodzi na ambonę neoprezbiter i mówi w swoim pierwszym kazaniu: "módlcie się za mnie, abym pozostał świętym kapłanem". Dopiero co ukończył seminarium, a już ogłosił się świętym i ma o tym przekonanie. Tymczasem największa prawda o tym powołaniu to: "z ludu wzięty, dla ludu ustanowiony" (Hbr 5,1). My wolimy jednak widzieć w księżach nadludzi. Nic więc dziwnego, że upadek każdego z nich jest tak głośny. Już w starożytności wiedziano, że upadki herosów bywają większą inspiracją dla poetów niż ich zwycięstwa.

 

W formacji seminaryjnej brakuje przygotowania do prawdziwego życia, nieoderwanego od rzeczywistości, w jakiej żyją wierni. Jeśli pierwszą reakcją młodego księdza na to, co usłyszał, jest zgorszenie, a nie chęć pomocy, to mamy najlepszy dowód, w którym kierunku zmierza formacja. Ale nie chodzi tylko o życie świeckich. Wielu księży gubi się we własnym. Jak radzić sobie z samotnością, z własną seksualnością, z posłuszeństwem, z pieniędzmi i z posiadaniem? Jak rozumieć i chcieć przyjąć celibat - jakie zagrożenia się z nim wiążą? A własne ego, pragnienie bycia docenionym, ambicje? Przecież to ludzkie, czyżby grzech pierworodny nie dotyczył duchowieństwa? Za mało uwagi się temu poświęca, a za dużo doktrynie i sprawom administracyjnym. Pokusa prowadzenia podwójnego życia rodzi się z frustracji, kiedy dostrzegasz, jak różne jest to, kim jesteś w środku, od tego, kim próbujesz być na zewnątrz. Strach przed byciem nieidealnym to najlepsza pożywka dla alter ego.

 

Seksualność przyszłych księży

 

Wielu kleryków swój rozwój psychoseksualny i problemy z tym związane przeżywają samotnie w pokoju, szukając odpowiedzi na dręczące ich pytania. Jeśli ma tyle odwagi i rozsądku, to porozmawia szczerze o tym z kierownikiem duchownym lub z opiekunem. Ale czy ogólny klimat w seminariach temu sprzyja? Czy mówi się dość jasno, że jesteście przede wszystkim ludźmi i żadne z problemów, jakie przeżywają świeccy wierni, nie będą wam obce? To, o czym piszę, nie jest biciem w pusty dzwon. Poznałem zbyt wielu duchownych i kleryków, by nie zauważyć tego problemu. Nawet jeśli formacja na papierze wydaje się sensowna, to nie znaczy jeszcze, że wszystkim przyniesie takie same dobre owoce. Pielęgnujemy roczniki czy konkretne powołania?

 

Szwajcarscy biskupi zastanawiają się nad wprowadzeniem obowiązkowego przedmiotu w seminariach - wychowania seksualnego. Uważam, że tego pomysłu nie powinniśmy się bać. Po pierwsze to szansa, aby dać przyszłym księżom konkretne narzędzia do rozumienia własnej seksualności i męskiej dojrzałości. Nie bez znaczenia jest też to, że wprowadzenie dodatkowej przestrzeni rozmowy o seksualności pozwoli ocenić przyszłych kandydatów pod tym kątem, wyłapać mniejsze i poważniejsze odchylenia od pewnych norm, zareagować w porę.

 

Wreszcie jest to pole do tego, żeby Kościół opracował model nauczania o seksualności, który będzie konkurencyjny w stosunku do promowanych świeckich systemów, tak stanowczo krytykowanych. Mamy "Humanae Vitae", mamy teologię ciała wg Jana Pawła II, ale nie potrafimy ich wytłumaczyć młodym, sprowadzić do praktyki i dać konkretne wskazówki. To szansa na rozwinięcie tego, co uważamy za cenne. Przestańmy się bać, że do Kościoła wejdą "lewicowi propagandyści seksualni", bo póki co oddajemy to pole walkowerem. Argument "bo tak" przestał mieć znaczenie kilkaset lat temu, gdy wierni nauczyli się zadawać pytania. Mądre pytania.

 

Gra o tron

 

Jest jeszcze jedna strona medalu - klerykalizm. To nie dotyczy tylko relacji ksiądz - wierny, ale również napięć pomiędzy samymi duchownymi. W tym roku mój znajomy opuścił seminarium, które cieszyło się dobrą opinią. Opowiedział mi, jak wyglądała trudna rzeczywistość ostatnich miesięcy. O tym, czy zostanie dopuszczony do święceń, decydowała przychylność księży, z którymi trzymał. Na swoje nieszczęście "trzymał" z nieodpowiednimi. Z każdym dniem działo się coraz gorzej, aż postanowił odejść, żeby coś z tego powołania uratować.

 

Wpływy, tarcia, naciski - to rzeczywistość wielu wspólnot diecezjalnych i zakonnych. Jak w takim patologicznym środowisku ma się wykształcić powołanie? Udaje się to tylko nielicznym. Inni w najlepszym wypadku odchodzą, nie tracąc wiary we wspólnotę. Bo oprócz tego, że Kościół jest "Mistycznym Ciałem Jezusa", ma też swoją strukturę profanum - a jest nią hierarchia i administracja. Pałacowe i zakonne gry nie należą niestety do rzadkości.

 

Leczenie objawowe nie pomoże. Boimy się dostrzec nasze rany

 

Na jedną z polskich diecezji kilka lat temu padł blady strach, bo okazało się, że nie będzie w niej święceń kapłańskich. Jaka była odpowiedź? Postanowiono ściągnąć diakonów przebywających na urlopach lub kształcących się za granicą, byle doszło do święceń. Tak bardzo obawiano się tego, co pomyślą wierni. Znów statystyki i utrzymanie dobrej opinii okazały się priorytetem. A może taka lekcja jest nam potrzebna? Nadchodzą biblijne chude lata, które mogą się okazać błogosławieństwem, jeśli nie zaczniemy ich na siłę pudrować.

 

W lipcu wielu księży pielgrzymowało wokół Jasnej Góry z krzyżami na plecach. Chcieli coś zrobić, to była ich forma modlitwy, ale też zwrócenia uwagi na problem kryzysu powołań. Bóg zapewne zwróci na nich uwagę, ale nie możemy wszyscy chodzić z krzyżami, kiedy dostajemy konkretną odpowiedź: naprawmy błędy formacji, obudźmy uśpione powołania samych księży. Przykładów nie brakuje. Choćby tak, jak to robi bp Edward Dajczak, który organizuje rekolekcje charyzmatyczne dla swoich kapłanów, albo abp Grzegorz Ryś, który chciał spędzić rekolekcje wspólnie z księżmi łódzkiej diecezji. Zaprosił do nich kard. Tagle, żeby usłyszeli, z jakim żarem można głosić Słowo Boże.

 

Co mogą zrobić zwykli wierni? Schować klerykalizm do szafy i zacząć rozmawiać z księżmi jak z ludźmi, a nie z urzędnikami czy książętami. Nie chodzi o to, by nie czuli się panami, ale by poczuli się nam bliscy.

 

Jest coś gorszego niż brak kandydatów

 

Polska nie cierpi na brak księży. Z perspektywy lokalnych wspólnot na całym świecie, w których ich naprawdę brakuje, żyjemy w nieopisanym dostatku. Kościół w Polsce cierpi natomiast na wielką liczbę powołań uśpionych i niewykorzystanych. Księży, którzy po drodze otrzymali różne zranienia i sobie z nimi nie poradzili. Których potencjał jest zakopany pod źle rozumianym posłuszeństwem, nieprzygotowaniem na relację z wiernymi i wieloma naleciałościami nieprawidłowej formacji. Wielu księży, którzy dziś są uczestnikami różnorakich skandali, można było uratować, gdyby nie popełniono błędów wcześniej. Romans na plebanii, wikariusz czynny homoseksualista, duszpasterz z dzieckiem, proboszcz w drogim aucie, a nawet zakonnik dopuszczający się pedofilii - to przypadki, którym można było zapobiec.

 

Z jednej strony bijemy na alarm i zanosimy modlitwy przebłagalne, a z drugiej, tak lekko potrafimy czyjeś powołanie zgasić, "wytrącić mu perłę z rąk", tylko dlatego, że jest niepełnosprawny - jak opisywał swoją historię Damian Jankowski. Ks. Kaczkowski był jeden, nie tylko ze względu na swoją wyjątkowość, ale też dlatego, że przed podobnymi ludźmi raczej zamyka się drzwi seminariów. Niestety w praktyce okazuje się, że więcej wart jest silny sprawny mężczyzna z dziurawą psychiką, niż poukładany i dojrzały, który ma jakąś fizyczną dysfunkcję.

 

Jestem przeciwny mówieniu, że seminaria są "siedliskiem grzechu". Przyda im się jednak położenie akcentów w formacji na nowo. Do ich drzwi puka zupełnie nowe pokolenie mężczyzn - częściej niż kiedykolwiek wcześniej zranionych i z problemami. Za powołania nie tylko wypada się modlić, ale trzeba też je po ludzku rozwijać - używając do tego rozumu. Bo co z tego, że dziś przyjmiemy 45 kandydatów więcej. Ilu z nich dotrwa do święceń, a ilu do samej śmierci w kapłaństwie?

 

Ale mówiąc o powołaniach, nie wolno nam zapomnieć, że równie ważna, jeśli nie ważniejsza jest strona duchowa. Doskonale ujęła to s. Małgorzata Borkowska OSB. Czy ku takiej refleksji prowadzi się dziś kandydatów do jakiejkolwiek formy życia konsekrowanego?

"Sama patrzę na powołania z nieco innej perspektywy - mam wrażenie, że mniejsze znaczenie mają w tym przypadku socjologia, psychologia czy statystyka. Pół wieku w zakonie nadal widzę powołanie jako relację między Bogiem a stworzeniem. Osobiście jakieś 60 lat temu zdałam sobie sprawę, że taka relacja w ogóle jest możliwa, więc chwyciłam się tego jak życiowej szansy i do dziś jestem przekonana, że nic lepszego nie mogło mnie spotkać. Historia zna przypadki, gdy klasztory pustoszały: starsze zakonnice umierały, a postulantki nie przychodziły. I nagle, po latach opustoszenia, znów zaczynały się zgłaszać młode osoby, które przepełniała ta sama tęsknota, i które dostrzegały nawiązującą się relację między nimi a Bogiem.

 

Dlatego najważniejsze pytania nie powinny dotyczyć statystyk albo psychologii, ale przede wszystkim tego, w jakiej kondycji jest relacja człowieka do Boga. My naprawdę służymy Panu Bogu - i gdyby On nie chciał takiej służby w jakimś domu i prowadził taki dom do wymarcia, to musimy przyjąć jego wolę. Znajdzie kogoś innego na to miejsce".

 

Szymon Żyśko - dziennikarz i redaktor DEON.pl. Autor książki "Po tej stronie nieba. Młodzi święci". Prowadzi autorskiego bloga www.nothingbox.pl

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

2

Liczba głosów:

150

 

 

Komentarze użytkowników (3)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

Effa 18:20:07 | 2018-10-03
Bardzo dobry tekst... wnikliwa i prawdziwa ocena sytuacji...

Oceń 1 6 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

Ann. 21:15:47 | 2018-10-01
"Co mogą zrobić zwykli wierni? Schować klerykalizm do szafy i zacząć rozmawiać z księżmi jak z ludźmi, a nie z urzędnikami czy książętami." Tak. Ale trzeba by zacząć od tego, czy zwykli wierni maja szansę na rozmowę z księdzem. Nie mam na mysli sotkania ze wspólnotą modlitewną ani rozmowy w kacelarii, ale zwykłe rozmowy, bez okazji, przy kościele, na ulicy. Mam wrazenie, że księża unikają takich sytuacji, a jeśli wychodzą do miasta, to bez sutanny i koloratki, jakby się bali być rozpoznani i zaczepieni. A o to chyba chodzi, by byc dostępnym dla tych, którzy do kancelarii nie podejdą. Więc czy kapłaństwo dzisiaj ma się kończyć po mszy św, a potem "wolne po pracy"?

Oceń 6 4 Pokaż odpowiedzi odpowiedz