Czy Kościół jest nam potrzebny do szczęścia?

Jacek Siepsiak SJ
(fot. shutterstock.com)

Coraz więcej ludzi wychodzi z kościoła. Jest to często wyraz niezgody na pewien rodzaj kaznodziejstwa: obraźliwy, partyjny, obłudny… Część z tych ludzi idzie do innego kościoła, gdzie według nich głosi się Ewangelię.

 

Ale są i tacy, którzy przestają regularnie chodzić na Mszę św., a co za tym idzie, i uczestniczyć w "życiu sakramentalnym". W ogóle wzrasta liczba katolików, którzy nie przystępują do sakramentów. Czy przez to są mniej szczęśliwi?

 

Wobec takich zjawisk nie sposób nie zapytać, po co nam Kościół i po co nam sakramenty? Wiemy, że nie są celem samym w sobie. Co jest celem? Różni to różnie nazywają: uczciwe życie, prawdziwe szczęście, podążanie za dobrem, za głosem sumienia, kierowanie się wartościami, życie według Ewangelii… Kościół ma w tym jedynie pomagać.

 

A co, jeśli nie pomaga?

 

Kiedy tak się dzieje? Gdy liturgia, sakramenty, modlitwa zamiast wyrażać nawrócenie, zamiast do niego skłaniać, próbują je zastąpić. Inaczej mówiąc, gdy ludzie sądzą, że "będą zbawieni" w zamian za uczestnictwo, za przynależność. Wtedy zdanie "Bez Kościoła nie ma zbawienia" rozumie się jako "Poza Kościołem nie ma zbawienia", czyli muszę być zapisany do Kościoła, by się zbawić.

 

Takie rozumowanie prowadzi do kryzysu, gdy członkowie Kościoła nie liczą się z tym, co głosi jego Założyciel, gdy tylko udają, że to jest ich ideał. Zgorszenia prowadzą do "wypisywania się". Sztandarowym przykładem były wojny religijne i ich konsekwencje. Ludzie woleli zerwać z przynależnością do takiego czy innego wyznania niż w jego imię zabijać bliźnich.

 

Obecnie największe masowe "odejścia" możemy zauważyć tam, gdzie przynależność do Kościoła oznacza popieranie takiej czy innej sprawy politycznej (narodowej, partyjnej, ideologicznej…). Przykładem mogą być praktycznie narodowe Kościoły katolickie w Holandii, Irlandii i, oby nie, w Polsce.

 

I tu nie chodzi o to, że chrześcijaństwo nie powinno przenikać cywilizacji oraz kultury narodowej. Jeżeli jest ona tworzona przez ludzi żyjących Ewangelią, to jest to jak najbardziej naturalne. Gorzej, gdy "katolicyzm" staje się tylko symbolem politycznym, przypinką do flagi, ornamentem… gdy ornat staje się plakatem wyborczym.

 

Jak się mają do tego sakramenty? Czy są nam potrzebne do szczęścia?

 

Sakrament to znak. Ma być szczególnym miejscem spotkania. To trochę tak jak w relacji dwóch kochających się osób. Ich gorąca (lub stygnąca) miłość potrzebuje szczególnych znaków. To mogą być rocznice, wspólne świętowanie, pewne powtarzane gesty i słowa o znaczeniu, które tylko oni znają. Kwiaty, prezenty, komplementy… To wszystko jest potrzebne. Ale może być obłudne, gdy zamiast wyrażać miłość, zamiast ją umacniać lub odświeżać albo być choćby próbą powrotu do niej, jest sposobem na jej zastępowanie. Gdy za tymi gestami nic nie stoi oprócz podtrzymywania pewnego rytuału na pokaz. Może to być nawet próba oszustwa, sposób na maskowanie porzucenia i życia tak naprawdę z inną osobą.

 

Sakramenty to takie miejsce i czas oraz gesty i słowa, które mogą pomóc, gdy rzeczywiście chcemy tej pomocy. Natomiast, gdy jej nie chcemy, to raczej zaszkodzą, bo umocnią hipokryzję. A kiedy nie chcemy sakramentów?

 

Kiedy sakramenty nam nie odpowiadają? Wyobraźmy sobie, że żona na rocznicę dostaje kwiaty, których nie lubi. Mąż kiedyś o tym wiedział, ale sobie zapomniał. (A może nie zapomniał?) Albo dziewczyna zabiera chłopaka na imprezę z muzyką i towarzystwem, których on nie cierpi. Czy takie sytuacje mogą być szczególnym momentem odnowienia czegokolwiek?

 

Ludzie odchodzą od "życia sakramentalnego" często dlatego, że te znaki do nich nie przemawiają. Dla nich są puste. Są tylko formą bez treści. Dlaczego?

 

Bywają "niedzisiejsze". I tu warto zastanowić się nad odróżnieniem tego, co ustanowił Chrystus, od tego, co później ludzie dodali. Forma jest w dużej mierze ludzka, a więc może podlegać zmianom.

 

Ale to chyba najmniej ważne. Żeby nie były puste, muszą wyrażać konkretną miłość. Stąd nie mogą być tylko elementem szkolnego przedmiotu. Muszą być czymś osobistym, dotykającym serca. Zmuszanie do nich, gdy całe "stado" powinno przystąpić np. do bierzmowania, raczej przyspiesza proces odchodzenia. A po to bierzmowanie odłączono (w czasie) od chrztu, by nie było przyjmowane automatycznie (jak to jest u niemowlaków). Chyba nam nie chodzi o to, by (jak to jest w wielu krajach, gdzie szkoły wyznaniowe są powszechne) uczestnictwo w liturgii kończyło się wraz z zakończeniem edukacji szkolnej? Jak się już nie wraca do matematyki czy biologii oraz czytania lektur, tak też nie wraca się do religii.

 

Ludzie jednak potrzebują szczególnych znaków. Dlatego tworzą własne "sakramenty", szczególny czas i miejsce świętowania. Wiele rodzin ma swoje rytuały, odwiedziny, kalendarze świąt itp. Ludzie zasiadają do wspólnego ucztowania, do celebrowania przyjaźni, do wzajemnego umacniania się. Szukają też sposobów na konkretne pomagania bliźnim, na angażowanie się w pomoc charytatywną. Szukają miłości na własny sposób.

 

Czy potrzebują wtedy Kościoła, choć są "poza" nim?

 

Jeżeli starą maksymę przetłumaczymy "bez Kościoła nie ma zbawienia", to łatwiej dostrzec rolę tej wspólnoty w społeczeństwach, gdzie coraz mniej ludzi przychodzi do kościoła. Muszą mieć do czego się odwołać.

 

Bo nawet, gdy ktoś jest bardzo krytyczny wobec poczynań kleru, nawet jeśli krytykuje obłudę katolików i wyciąga na wierzch różne niewierności, to robi to, odwołując się do nauczania Jezusa. W ten sposób kształtuje sumienie, swoje i innych. Paradoksalnie jest to przyczynek do nawrócenia, własnego i bliźnich.

 

A chodzi o nawrócenie. Ono jest celem. Są ludzie, którzy przystępują do sakramentów, by umocnić się w procesie nawracania. Są i tacy, którzy rezygnują z sakramentów, by być autentycznymi, by szukać swojej drogi, która będzie rzeczywiście drogą nawracania się. Ale robią tak, bo konfrontują siebie i to, co proponuje ich "parafia", z tym, co głosi Chrystus. A On głosi poprzez Kościół.

 

Może to brzmi zbyt idealistycznie wobec tych, którym się po prostu nie chce "chodzić" do kościoła. Wierzę jednak, że za tym "nie chce mi się" stoi coś głębszego, że nie chodzi tylko o złą wolę. Można być poranionym, czuć się oszukanym lub sprowadzanym do mięsa wyborczego czy też dojnej krowy i dlatego "uciekać" z kościoła, a bywa, że i od wiary. Można mieć też inne przekonania niż te głoszone z ambon, np. na temat życia seksualnego. Ale przecież każdy człowiek ma sumienie i powinien je uwrażliwiać. Do tego jest potrzebna konfrontacja z życiem, z twarzą potrzebującego, przez którą przemawia Chrystus (jak w sakramencie), a więc i z Kościołem, od wewnątrz lub z dystansu.

 

Jacek Siepsiak SJ - dyrektor naczelny Wydawnictwa WAM i redaktor naczelny kwartalnika "Życie Duchowe"

 

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

3.27

Liczba głosów:

11

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych