Dlaczego nie chodzę na katolickie eventy?

Magdalena Syrda
(fot. David Larivière / unsplash.com)

Usłyszałam kiedyś od jednej osoby, że nie lubi chodzić na koncerty, bo jest tam zbyt tłoczno i zbyt głośno i nie czerpie przyjemności z tego rodzaju kontaktu z muzyką. Wystarczają jej zakupione płyty, dobry sprzęt do ich odtworzenia i domowe zacisze, w którym może kontemplować każde słowo i dźwięk.

 

Wówczas trudno było mi to zrozumieć, bo koncert to okazja do spotkania z artystą, do doznania niecodziennych przeżyć, których nie zapewni krążek CD.

 

Dziś, gdy zadano mi pytanie, dlaczego nie chodzę na katolickie eventy, przypomniałam sobie właśnie o wypowiedzi tej osoby i zrozumiałam, że każdy z nas potrzebuje w życiu innych wrażeń, czerpie przyjemność z różnych doświadczeń i wyraża siebie na swój, jedyny w swoim rodzaju sposób.

 

Sam/sama? To nie chcę

 

Pytanie nie dotyczyło tylko mnie i powędrowało dalej, do kilku młodych osób, które także na takich wydarzeniach się nie pojawiają. Zdarza się, że to właśnie brak kogoś, kto mógłby nam towarzyszyć, staje się decydującym czynnikiem wpływającym na niewzięcie udziału w evencie. To trochę jak z kinem albo przytoczonym wcześniej koncertem - są takie miejsca, do których przyjemniej chodzi się z kimś, ma się wręcz czasem wrażenie, że po to tylko zostały wymyślone, jako sposób na spędzenie czasu ze znajomymi.

 

Lubimy dzielić się niektórymi przeżyciami, doświadczać czegoś wspólnie z ludźmi, z którymi dobrze się znamy i którzy nas rozumieją.

 

Czy przypadkiem jednak z takim podejściem nie zapominamy, że idąc na katolickie wydarzenia, robimy to dla umocnienia naszej relacji z Bogiem? Nie, zupełnie nie, ale też nie oszukujmy się, że relacje budowane tam z ludźmi nie są istotne. Więź z Panem możemy budować samotnie, a nie mając do tego odpowiednich warunków, tzn. na tyle dla nas komfortowych, żeby całkowicie się na niej skupić, natrafiamy na trudności.

 

Ale przecież tam jest pełno ludzi!

 

Nie dla wszystkich ogrom wielbiących Boga uczestników imprezy jest zachętą, by dołączyć do wydarzenia. Nie stanowi także przekonującego argumentu przeciwko poczuciu samotności, bo są tacy ludzie, którzy czują się jeszcze bardziej samotni właśnie w tłumie, wśród osób, których nie znają, a próba podjęcia znajomości jest dla nich wyzwaniem.

 

Dla mnie samej wrodzona nieśmiałość, z którą walczę z lepszym bądź gorszym skutkiem, stanowi sporą barierę w kontaktach.

 

Możliwe, że tym samym tracimy szansę na poznanie kogoś, na wartościową relację, bo może w tym tłumie, dryfując jak samotne wyspy na fali radosnych uniesień czy modlitewnego skupienia, zostalibyśmy dostrzeżeni i ktoś chętnie dołączyłby do nas. Przełamać się jednak nie jest łatwo i ja to dobrze rozumiem.

 

Jak Jezus modlący się na pustkowiu

 

Co jednak z potrzebą zbliżenia się do Boga, umacniania łączącej nas więzi? Czy brak uczestnictwa w wydarzeniach, które właśnie na relację z Bogiem nas ukierunkowują, oznacza, że nie ma w nas chęci na pogłębianie swojej wiary? Oczywiście, tak się też zdarza, ale nie wpadajmy w przesadę, że zawsze i że tylko o to chodzi. Otóż nie tylko, a głównie raczej o rodzaj duchowości każdego z nas.

 

Wokół mnie spotykam osoby, które nie potrafią w ten sposób przeżywać swojej wiary i wolą skupić się na osobistym spotkaniu z Bogiem - w ciszy, w samotności, w miejscu całkowitego skupienia, w którym nic ich nie rozprasza, w którym mogą bez przeszkód obnażyć się ze swych lęków i słabości, opowiedzieć o sprawach codziennych, podziękować za spotkane dobra i oddać całkowicie modlitwie w pełnej koncentracji. Przeżywają to spotkanie wewnątrz siebie i nie potrafią tak samo rozmawiać z Bogiem, gdy wokół nich jest masa ludzi.

 

Taka postawa jest nam dobrze znana z Ewangelii: "Lecz tym szerzej rozchodziła się Jego sława, a liczne tłumy zbierały się, aby Go słuchać i uzyskać uzdrowienie z ich niedomagań. On jednak usuwał się na pustkowie i tam się modlił" (Łk 5, 15-16).

 

Zaraz, zaraz, przecież Kościół to wspólnota

 

Brak obecności na masowych wydarzeniach katolickich nie oznacza wcale ucieczki od wspólnoty, bo ta jest przecież niemożliwa, jeżeli świadomie i szczerze wyznajemy, że należymy do Kościoła. Bierzemy udział w Mszach świętych i innych nabożeństwach kościelnych wśród wspólnoty, nigdy samotnie.

 

Dzielimy się naszą wiarą, rozmawiając o niej wśród bliskich i znajomych, dajemy jej świadectwo, uczestnicząc w Eucharystii, a czasem poprzez konkretne działanie. Należymy do wspólnoty katolickiej od momentu przyjęcia chrztu świętego i każdy z nas angażuje się w nią w sposób, który jest dla niego najbardziej odpowiedni i pozwala mu się realizować.

 

Nie chodzi tu o stawianie tez, kto zachowuje się słusznie, a kto wymyka się racjonalnym tłumaczeniom, bo powody każdej ze stron - obecnych na eventach i tych nieuczestniczących w nich - są konkretne i mają swoje uzasadnienie. Nikt tu nie jest oceniany, każdy z nas ma inną duchowość i potrzebuje innego kontaktu z Bogiem.


Magdalena Syrda - studentka edytorstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim, współpracuje z portalem DEON.pl

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

4.14

Liczba głosów:

21

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

CZYTAJ ARTYKUŁY Z NUMERU (1/2019) "Życie modlitewne katolika"