Seksualność małżonków na barkach kobiety

Angelika Szelągowska-Mironiuk
(fot. Jackson Hendry // Unsplash)

Nasze myślenie o seksualności małżeństw wciąż nie jest wolne od wpływu zbyt dosłownych interpretacji Biblii, ale i naleciałości wczesnej psychoanalizy.

 

Jej twórcy sądzili, że kobieta jest stroną bierną, dającą (zarówno przyjemność, jak i nowe życie), natomiast mężczyzna jest aktywnym biorcą. Fromm uważał nawet, że owa bierność (sic!) kobiet podczas aktu seksualnego powoduje bierność "płci pięknej" w społeczeństwie i ogólną słabość. Paradoksalnie, postrzeganie kobiet jako słabszych nie zapobiegło składaniu odpowiedzialności za seksualność par właśnie na ich barki.

 

Małżonka jak płodny szczep winny...

 

"Kiedy po trzech latach od zawarcia małżeństwa wciąż nie informowaliśmy rodziny o ciąży, moja religijna teściowa już miała swoje zdanie na ten temat: to ja nie mogę mieć dzieci. Nie byłam jak płodny szczep, a przecież powinnam. Najgorsze było to, że podobnie twierdziła moja siostra, ponieważ jako nastolatka cierpiałam z powodu zaburzeń odżywiania. Dziecko pojawiło się półtora roku później, ale to było okropne: nie ma dzieci, więc to ze mną jest coś nie tak, ja jestem odpowiedzialna!" - tak o trudnościach związanych z poczęciem dziecka, ale i w relacjach z rodziną mówi jedna z moich znajomych katoliczek. Zwraca przy tym uwagę na ważny aspekt małżeńskiego pożycia - kiedy para mimo swoich pragnień (i często oczekiwań rodziny) nie zostaje rodzicami, otoczenie zwykle doszukuje się przyczyn po stronie kobiety.

 

Efektem tego jest zwykle szybsze podjęcie przez nie decyzji o diagnostyce i ewentualnym leczeniu, ale z drugiej strony - poczucie ogromnego żalu i bezradności, a niekiedy także - winy. W sposób niezamierzony wzmacnia je także leczenie niepłodności oparte na obserwacjach cyklu - na przykład modelu Creightona, który stanowi ważny element naprotechnologii. To właśnie kobieta ma "zadanie" poznać swój cykl i określić, kiedy będzie najlepsza pora na zbliżenie. Cierpienie kobiet (ale także ich partnerów) wzmaga się, gdy żmudne obserwacje i samokontrola nie przynoszą zamierzonego efektu, czyli nowego członka rodziny. Anna, która wkrótce zostanie mamą, do tej pory pamięta stres, jaki towarzyszył jej, gdy starali się o dziecko: "Po poronieniach nie mogłam zajść w ciążę. Odrzucenie antykoncepcji sprawiło, że wiele miesięcy nie mogliśmy współżyć, bo nie umiałam określić, kiedy na pewno są dni niepłodne. Byłam zrozpaczona, samotna, wściekła, czułam się też głupia i niedouczona. Patrzyłam na męża, jakby był za szybą. Tłumiłam swoją chęć bliskości. To było straszne".

 

Prokreacyjne ciśnienie i dzieciofobia

 

Nie trzeba wcale być radykalnym feministą, by zauważyć, że tak naprawdę ciężar stosowania NPR - i to zarówno w celu poczęcia dziecka, jak i jego uniknięcia - nie rozkłada się równomiernie na oboje małżonków. Aby zaplanować lub odłożyć poczęcie, kobieta musi regularnie dokonywać obserwacji śluzu, temperatury czy objawów szyjkowych (w zależności od wybranej "szkoły" NPR). Jest to oczywiście uwarunkowane biologicznie - mężczyźni wszak "dni płodne" mają przez całe życie. Wiele kobiet zgłasza jednak trudności z tym związane. Hanna, którą poznałam na jednym z forów dla chrześcijan w Internecie, zwraca uwagę na uciążliwość obserwacji, ale także na związane z nimi obciążenie psychiczne: "Żeby nie było, widzę zalety NPR. Kiedy chcieliśmy i kiedy nie chcieliśmy bobasa, sprawdził się doskonale. Ale ja wiedziałam, że to od mojej wiedzy i mojej decyzji zależy to, czy danego dnia będziemy współżyć. Zdawałam sobie sprawę z tego, że jednak mąż - choć jest otwarty na życie, ale bez prokreacyjnego ciśnienia - może mieć pretensje, gdy źle określę dni płodne. Stresowałam się tym bardzo".

 

Marcelina natomiast mierzyła się z bardzo trudnymi uczuciami, związanymi z niechęcią jej męża do posiadania dzieci w początkowym etapie małżeństwa: "NPR poznałam jeszcze przed narzeczeństwem. Podobała mi się jego idea. Ale tuż po ślubie mój mąż powiedział, że teraz absolutnie nie możemy mieć dziecka. Miał chorą mamę, opiekował się nią. To była trochę dzieciofobia. I ja za każdym razem, gdy nie byłam pewna, czy «możemy» się kochać, czy nie, po prostu płakałam w łazience. Chciałam jego bliskości, ale nie chciałam, aby dziecko pojawiło się wtedy, gdy nie byliśmy na to gotowi - zwłaszcza on. Kiedyś pomiar był niepewny w rocznicę ślubu. Zaczęłam wtedy wyć, chciałam rzucić cały NPR i pójść po prezerwatywy. Mąż wiedział, co przeżywam, próbował pomóc, ale metody naturalne po prostu działają tak, że kobieta ponosi odpowiedzialność - mówi tak lub nie".

 

W sypialni rządzi termometr

 

Sądzę, że jednym z większych tabu w kontekście stosowania NPR jest to, że w sytuacji, gdy małżonkowie planują odłożyć poczęcie, kobieta musi zwykle jednocześnie "odłożyć" swoją seksualną spontaniczność. Największą ochotę na seks zdecydowana większość kobiet odczuwa zwykle w okresie okołoowulacyjnym - czyli wtedy, gdy - jeśli chcemy uniknąć ciąży - musimy unikać zbliżeń. Dla wielu kobiet niezwykle frustrujące jest to, że mogą się one kochać jedynie wtedy, gdy - z racji działania cyklu - libido jest mniejsze. U części z pań pojawiają się wtedy trudne do przezwyciężenia trudności, takie jak suchość miejsc intymnych czy tkliwość piersi. Z tego właśnie powodu Marta zrezygnowała ze stosowania NPR: "Miałam dość. Wtedy, gdy miałam ochotę na seks, nie mogliśmy się kochać. Gdy mogliśmy - wszystko mnie bolało, czułam się trochę tak, jakbym się zmuszała. Mój mąż miał zawsze taką samą ochotę, ja nie. Stwierdziłam, że to pieprzę, bo ja chcę mieć radość ze współżycia, jak każda kobieta, a nie chcę, by w sypialni rządził termometr".

 

W Kościele jednak o kobietach i ich potrzebach mówi się zwykle z męskiej perspektywy, nierzadko posiłkując się "płciową mitologią", zgodnie z którą kobietę do seksu trzeba zachęcić. Na naukach przedmałżeńskich i na katolickich stronach wciąż można się "dowiedzieć", że jeśli mąż będzie odpowiednio czuły i delikatny, to kobieta będzie miała ochotę na współżycie i osiągnie satysfakcję. Takie myślenie pomija jednak fakt, że kobiety również są "zdolne" do spontanicznego odczuwania potrzeb seksualnych. I, niestety, chcąc uniknąć ciąży (czy, jak chcą instruktorzy NPR, odłożyć poczęcie), często muszą te potrzeby w sobie tłumić. Wielu kaznodziejów mówi o znaczących różnicach między kobietami i mężczyznami - milczymy jednak na temat tego, że u kobiet potrzeby seksualne to nie constans, którym wstrząsnąć może mężowska zachęta, lecz raczej sinusoida, na którą wpływ ma dynamika zmian estrogenu i progesteronu. Najwyższa pora porzucić powodujące frustrację pań mrzonki o "oczekiwaniu na bycie zaproszoną do zbliżenia" i zacząć mówić o tym, że poziom napięcia seksualnego u kobiet zmienia się w trakcie trwania cyklu. I pod tym względem NPR bywa dla nich ogromnym ciężarem.

 

Między wsparciem a odrzuceniem

 

Nie ulega jednak wątpliwości, że wsparcie partnera w tej delikatnej kwestii bywa kluczowe dla samopoczucia kobiety, a także relacji małżeńskiej. Oczywiście, w przypadku stosowania NPR mężczyzna z racji fizycznych różnic nie jest w stanie przejąć obowiązku wykonywania pomiarów czy obserwacji. Warto jednak, by mężczyźni (na przykład podczas nauk przedmałżeńskich) otrzymywali jasny komunikat, że nawet w przypadku błędnego rozpoznania dni płodnych decyzja o współżyciu jest obopólna - zatem ewentualna nieplanowana ciąża nie jest "winą" kobiety, tylko efektem działania obu stron.

 

Wybierając jakąkolwiek metodę kontroli urodzeń (tak sztuczną, jak i naturalną), musimy się liczyć z jej ograniczeniami - w przypadku NPR jest to ryzyko błędnego rozpoznania. Niektóre pary decydują się na zakup urządzeń określających dni płodne, niepłodne i "wątpliwe" - z pewnością dla wielu z nich może to być odciążające. Z drugiej strony - w przypadku bezowocnych starań o dziecko mężczyzna nie powinien zakładać, że z pewnością problem leży po stronie kobiety. Jeśli para chce powiększyć rodzinę, to również mężczyzna powinien prowadzać higieniczny tryb życia i wykonać zlecone badania. W religiach pierwotnych płodność (a więc i odpowiedzialność za nią) symbolizowała zwykle bogini-matka - bo przecież to kobieta doświadcza ciąży i porodu. Dziś jednak o mechanizmach rozrodu wiemy o wiele więcej - między innymi to, że do ciąży trzeba dwojga. Wszyscy małżonkowie - zarówno ci starający się o dziecko, jak i pragnący w danej chwili go nie mieć - mogą bardzo ubogacić swoją relację poprzez omawianie między sobą wzajemnych oczekiwań i nadziei, ale także frustracji, żalu czy rozczarowań.

 

Angelika Szelągowska-Mironiuk - psycholog i copywriter. Wierząca i praktykująca. Prowadzi bloga katolwica.blog.deon.pl

 

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

2.35

Liczba głosów:

17

 

 

Komentarze użytkowników (2)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

Tom_1674 23:14:51 | 2018-08-30
To już kolejny tekst, w którym kobiety (rzadziej małżeństwa) narzekają na uciążliwość NPR i słusznie. Dziwię się, że nikt nie pisze, że jest na to prosty sposób poprzez mierzenie hormonów z moczu, co nie jest takie uciążliwe i nieprzyjemne. Takie urządzenia, np. Persona, są łatwe w użyciu, bardzo ładnie rozpoznają cykl, dni owulacji itd. Kosztują trochę (paski testowe do nich też, ale to tylko 8 testów ma cykl), ale nie aż tak, aby stanowiły barierę dla przeciętnie zarabiającego małżeństwa, które nie chce stosować antykoncepcji, ani "męczyć" się z klasycznym NPR. Wtedy trzeba wybrać taki ze wspomaganiem komputerowym, oparty na mierzeniu hormonów, z piękną wizualizacją cyklu, podziałem na dni płodne/niepłodne i skutecznością ponad 96%. Proponuję, aby autorka zainteresowała sie sprawą i przedstawiła je czytelniczkom i ich mężom :). 

Oceń 2 2 Pokaż odpowiedzi odpowiedz