Bóg nie myśli: o rany, oni znowu wpadli

Edyta Drozdowska
(fot. shutterstock.com)

Mówię: jesteś w ciąży, ona na to: niemożliwe. Biorę wykres, myślę sobie: niemożliwe, plemniki tyle nie żyją.

 

To jest ten moment, kiedy pary rozważają tabletkę "dzień po" i aborcję, bo nie chcą dziecka.  

 

Marek: Próbowaliśmy się wstrzymać. Nie, że w ogóle, ale chwilowo. Myśleliśmy: dobra, w dni płodne jeszcze nie, potem się zastanowimy. Okres płodny minął, odstęp był zachowany...

 

Ola: Ale jak Pan Bóg chce dać dziecko, to daje, bez względu na to, co sobie zaplanujemy. Stosujemy metody naturalne, ale psychicznie to czułam się tak, jakbym łykała tabletki, bo baliśmy się kolejnej ciąży.

 

To ich trzecia ciążą i lęk pomieszany z frustracją. Martwią się, bo za szybko, stresują za małym mieszkaniem. Są zgodni, że nie są gotowi. Rodzi się Konrad, a oni go nie chcą.

 

*

 

Jest sobota, na obiad ryż z papryką i kurczakiem. Potem deser: pomelo, brzoskwinia albo jogurt - można wybrać. Rozmowie przysłuchują się dzieci, chwilami wtrącają coś od siebie.


- A ty, ciociu, masz małżonka?
- Nie będę sprzątał klocków!

- A ty, ciociu, mieszkasz sama czy z kimś?


Marek mówi, że spokojnie. Że można przy nich mówić "seks", choć on i Ola wolą słowo "spotkanie".

 

Pierwszy pocałunek - dzień po ślubie

 

Ślub był w niedzielę Świętej Rodziny. Pierwszy raz w usta pocałował ją dzień po. Wcześniej mógł tylko w policzek i w czoło, tak się umówili. Na weselu goście śpiewali: "gorzko", a oni się nie dali. Całus w policzek i tyle. Skoro tyle czekali, to nie chcieli niczego robić w pośpiechu.

 

Ola: Postanowiliśmy sobie, że nie będziemy całować się w usta. Marek to zaproponował, a ja się zgodziłam.

Marek: Motywacją była dla mnie poprzednia dziewczyna. Wiedziałem, że jak pójdziemy w fizyczność, to na pewno skończymy w łóżku. Wolałem nie robić tego pierwszego kroku. To było trudne - nie mówię, że nie!

 

Ona miała wtedy 21 lat i postanowiła nie koncentrować  się na tym, czego nie ma. Wiedziała, że jeśli to jest "ten", to zostanie jej mężem i całowania będzie miała pod dostatkiem później. A jeśli to nie "ten", to nie ma się co rozkręcać.

 

Dla niego to była asceza i pamięta niejeden trudny moment. Jak odprowadzał ją do domu, stała w bramie i żegnali się. Przytulił ją wtedy i pocałował w czoło. Czuł, że to za mało, ale wytrwał.

 

Pomysł na niecałowanie przed ślubem podpowiedzieli znajomej parze, która też się zdecydowała.

 

Ola: Potem nam dziękowali. Mówili, że się opłacało, bo ich relacja ruszyła do przodu. Odkryli inne drogi dawania sobie czułości. Całowanie jest przyjemne, ale i łatwe.

 

Ola i Marek też znaleźli inne sposoby na bliskość. Jeden z nich to "tul", z którego korzystają do dzisiaj.

 

Marek: Opieram głowę na jej ramieniu. Ola: - Albo ja na Tobie opieram głowę! I rozmawiamy…

 

"Tul" to rodzaj uścisku, który nie kończy się za szybko i jednocześnie nie jest erotyczny. Ola i Marek nauczyli się też rozmawiania ze sobą: słuchania i wyrozumiałości. Byli tak wypełnieni czułością, że pierwszego pocałunku za dobrze nie pamiętają. Zrobili to bardzo naturalnie.

Pierwszy seks - trzy dni po ślubie

 

Za to pierwszy wspólny seks pamiętają bardzo dobrze. Pojechali na kilka dni do Jury Krakowsko-Częstochowskiej i wynajęli pokój na trzy dni. Było tak fajnie, że pobyt przedłużyli do czterech.

 

Marek: Nie wiem, czy ty chcesz, żebym o tym opowiadał. Zastanówmy się razem.

 

Ola: Potrzebowaliśmy się rozkręcić i trochę to trwało. Zorientowaliśmy się, że wiele musimy się o sobie nawzajem nauczyć w tej kwestii. Czego ja potrzebuję, czego potrzebuje Marek… Może ja to opowiem dyplomatycznie?

 

Marek: Nie było takiego konkretnego pierwszego razu i już. To był proces. Fizyczność wdarła się szerokim strumieniem i mocnym uderzeniem, ale nie zdominowała tego czasu. Zaczęliśmy od romantycznej kolacji.

 

Cztery dni w Jurze spędzili w łóżku i na spacerach. Dużo rozmawiali. Mieli zapał i wiele czasu na trening. Nie korzystali z poradników, bo są zbyt ogólne. Kojarzyły się im z instrukcją reagowania w czasie pożaru.

 

Pali się dom, co robić?
Oddziel dziecko od ognia. Rób to powoli i z głową.

Tak zazwyczaj wyglądają wskazówki dotyczące seksu. Woleli znaleźć swoje sposoby.

 

Marek: Dzięki Bogu nie miałem żadnych oczekiwań. Mimo, że jestem facetem i wcześniej naoglądałem się Internetu. Jak już się siebie nauczyliśmy, to zaczęło być fajnie. Chociaż czasem myślę, że seks jest przereklamowany. Bywa, że więcej daje nam tul, pogadanie, taki nasz wspólny czas.

 

Pierwszy kryzys - rok przed ślubem

Połączyło ich duszpasterstwo dla dorosłych. Marek zaproponował znajomym z grupy wycieczkę na Mogielnicę, zgłosiła się tylko Ola. W dzień wspólnego wypadu w góry pomyślał, że to "ona". Że mogłaby być jego żoną. Choć to było dziesięć lat temu, ciągle mają zdjęcia.

 

Wcześniej odprowadzał ją do domu, bo akurat miał po drodze, ale obydwoje traktowali tę relację jak koleżeństwo. Nie iskrzyło albo oni tego nie widzieli. Bo czuli znaczące spojrzenia koleżanki, która śpiewała razem z nimi w scholi albo wspólnie się dziwili, kiedy przyjaciele w czasie zbierania jagód traktowali ich jak parę.

 

Marek: Ja tam nie patrzyłem na te "wzroki"…

 

Ola: A ja miałam barierę wyglądową, bo wcale mi się nie podobałeś. Więc wiedziałam, że nie… Na pewno nie. Choć fajny, to nie mój typ! Podobali mi się mężczyźni o całkiem innej urodzie.

 

Marek: Przepraszam cię, ja już wiedziałem, że idziemy ku sobie.

 

Ola: No działało silne przyciąganie i wszyscy je widzieli!


Potem było wspólne wesele przyjaciół i wspólne rekolekcje. Siedzieli na łóżku w piżamach, Marek miał doła i opowiadał Oli, co w nim i u niego się dzieje. Ona słuchała. W czasie słowotoku powiedział: no i chciałbym, żebyś została moją żoną. I szybko dodał, że jeszcze się zastanowi.

 

Do tematu oświadczyn Ola wróciła w czasie spaceru. Wspólnie ustalili, że chcą. I wtedy pojawił się pierwszy kryzys. Rodzice przyszłej panny młodej nie akceptowali Marka. Sytuacja stała się na tyle nie do zniesienia, że Ola wyprowadziła się do koleżanki i zmieniła numer telefonu.

 

Ola: Miałam wtedy bronić licencjatu, w domu nie mogłam się skupić. Znajome małżeństwo doradziło nam wtedy tę wyprowadzkę.

 

Marek: Wspierałem ją jak umiałem. Ta sytuacja pokazała mi, że mam żonę na całe życie, skoro miała siłę, żeby postawić na swoim. Jej tato jest człowiekiem upartym.

 

Nastawienie teścia zmieniło się, gdy poznał trzeciego wnuka. A Ola i Marek nauczyli się rozmawiać z rodzicami. Ostatnio nawet dostali SMS-a z zaproszeniem dla całej rodziny, a nie jak wcześniej - bez Marka.

 

Pierwsza modlitwa przed seksem

 

Dzisiaj sami są rodzicami czwórki dzieci. Nie ustalali szczegółów pożycia małżeńskiego. Zdecydowali, że wyjdzie w praniu. Słowo "seks" uważają za wyprane i odmieniane przez przypadki, dlatego zamienili je na "spotkanie".

 

Modlą się razem przed każdym spotkaniem i traktują to jak coś normalnego.

 

Ola: Zapraszamy Boga do czasu spotkania, oddajemy Mu ten czas. Staramy się codziennie znaleźć chwilę na wspólną modlitwę, więc jest to dla nas naturalne. Nawet nie wiem, jak to wyszło, że zaczęliśmy z Nim rozmawiać przed seksem. Samo wyszło!

 

Marek: Muszę powiedzieć, że jak Go zaprosimy, to jest fajniej. Wiadomo, że robi się trochę mniej intymnie… Po każdym spotkaniu też się do Niego zwracamy. Dziękujemy, że nam błogosławi i że było naprawdę dobrze!

 

Ola: Ja o seksie myślę już w czasie spotkania, jak się dzieje. No a mężczyzna myśli o nim wcześniej. Warto o tym rozmawiać i znać swoje potrzeby. My próbujemy mieć dla siebie czas i uważność. Kiedy Marek albo ja jesteśmy przygnębioni czy poirytowani, to razem szukamy powodów, próbujemy się do nich dobić.

 

Marek: Ciekawostka jest taka, że to ja mam ciche dni. Tylko, że one trwają u nas maksymalnie trzy godziny. Nie kładziemy się spać pokłóceni.

 

Ola została żoną Marka z założeniem, że nie będą stosowali hormonów, bo wie, jak to rozregulowuje organizm kobiety. Postanowili skorzystać z naturalnego planowania rodziny.

 

Marek: Błagam unikajmy słowa "kalendarzyk".

 

Ola: Chcieliśmy spróbować NPR-u, bo to daje kobiecie informację nie tylko, kiedy "można", a kiedy nie, ale pozwala też przewidzieć swoje zachowanie w czasie cyklu i wiedzieć, kiedy doszło do poczęcia. Na początku mierzyliśmy temperaturę, potem sprawdzaliśmy śluz…

 

Marek: Zawsze wiem, kiedy jesteś w ciąży. Sprawdzamy też szyjkę macicy. Mamy taki tester płodności na ślinę, który ułatwia nam życie. Zaczęliśmy z podejściem, że jak dziecko będzie, to będzie, a jak nie to nie.

 

Ola: Choć był też taki czas, że baliśmy się kolejnej ciąży. Nie byliśmy na nią gotowi. Mówiliśmy: Boże, jak chcesz nam dać kolejne dziecko, to dobrze, tylko jeszcze trochę poczekaj… Byliśmy zestresowani, unikaliśmy siebie.

 

Marek: Różnica między antykoncepcją, a używaniem naturalnych metod w sposób restrykcyjny jest taka, że czuliśmy frustrację i lęk. Więc doszliśmy do wniosku, że popatrzymy na to z Bożej perspektywy.

 

Ola: Jeśli Bóg nie chce, to możemy współżyć w owulację, a ja mogę stanąć na głowie i nic się nie wydarzy. Natomiast żadne dziecko nie pojawia się na świecie przez przypadek albo za karę. Bóg nie myśli: o rany, oni znowu wpadli. To ja może stworzę jakąś duszę…


*

 

Konrad wiedział, że o miłość musi walczyć. Dużo płakał, nie pozwalał się odłożyć i nikt poza rodzicami nie mógł się nim zajmować. Olę i Marka przerosło to emocjonalnie.

 

Ola: Pojechaliśmy na rekolekcje i jakoś tak wyszło, że zaczęliśmy wreszcie rozmawiać ze sobą o tym, jak zachowuje się nasz syn. Uświadomiliśmy sobie, że my jako rodzice go nie akceptujemy.

 

Marek: Pomodliliśmy się wtedy razem. Stanęliśmy razem przed Bogiem i powiedzieliśmy: chcemy cię w naszej rodzinie. Kochamy cię. Przyjmujemy cię. To była decyzja, pokój i dobre emocje przyszły trochę później.

 

Ola: Dzień po "modlitwie przyjęcia" Konrad płakał mniej i pozwolił, żeby inni dorośli się nim opiekowali. Zaczął też rozwijać się szybciej.

 

Imiona bohaterów zostały zmienione

 

Edyta Drozdowska - dziennikarka i redaktorka DEON.pl, prowadzi dział Inteligentne Życie >>  i projekt W życiu chodzi o #Coś Więcej >>

 

 

 

 

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

2.14

Liczba głosów:

57

 

 

Komentarze użytkowników (1)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

kinomanka 13:27:17 | 2018-09-14
jak mozna nie akceptowac własnego dziecka?? TO trzeba było żyć w trzęmiężliwości Tylko zdenerwował mnie ten artykuł A gdzie wiara tych małżonków?? Sama urodziłałam tzw niezaplanowane dzieci w liczbie 2 i zawsze wiedziałałam ,że Bóg tak chciał Mam ich w sumie 4 i jestem bardzo szczęśliwa Zawsze pracowałam zawodowo ,pomagali mi rodzice i polecam !Nigdy nie można nieakceptować własnego dziecka !To jest cud i nasze przedłużenie życia BÓG ZAWSZE WIE CO ROBI

Oceń 3 odpowiedz