Jak kochać Boga, który daje życie, a potem je zabiera? [ROZMOWA]

(fot. depositphotos.com)

Wydaje nam się, że Bóg to dobry wujek z Ameryki, który przysyła fajne prezenty. Trzeba znaleźć odpowiedź na pytanie: czy chodzi mi o to, co chcę dostać, czy o więź i relację z Nim?

 

Edyta Drozdowska: Smutek i ból są ceną, jaką płacimy za miłość?

 

Grzegorz Ginter SJ: Im bardziej kocham, tym mocniej czuję stratę. Przeżywam to, że jakaś część serca została mi zabrana. Cierpienie jest związane z utratą, z poświęceniem kogoś lub czegoś, co kocham. Tylko że nie na nim należy kłaść nacisk. Nie muszę też kręcić się wokół straty, mogę wypuścić ją z rąk, zdecydować, że idę dalej.

 

Co jest dalej?

 

Dalej jest nowe życie, które nie znaczy, że wszystko nagle staje się miłe, łatwe i przyjemne. Jest inaczej. Bo zgadzam się na to, że tracę, decyduję, że to oddaję i idę w codzienność.

 

Kobieta poroniła kilkukrotnie. Nie ma siły, nadziei i nie chce się jej żyć.

 

Spotkałem kobietę po 7 poronieniach, nie wychodziła z procesu żałoby. Poznałem ją w czasie rekolekcji, ciągle szukała. Doświadczamy setek sytuacji, do których nie mamy dostępu, nie rozumiemy. Przypomina mi się historia, kiedy młoda dziewczyna została zamordowana blisko własnego domu. Potem było mnóstwo pytań: dlaczego? czy ktoś mógł temu zapobiec? jak to się mogło stać właśnie tam i wtedy?

Trudno w takich sytuacjach dawać rady. Wiele zależy od tego, na jakim etapie przeżywania żałoby jest dana osoba. Jeśli na początku, to trzeba pozwolić jej na wyrażanie trudnych emocji, często pełnych gniewu albo agresji. To naturalne. Dla mnie kluczowe jest to, czy ja tego człowieka przyjmę, czy pozwolę mu płakać, podam chusteczki, powiem, że współczuję albo że nie wiem, co mam powiedzieć, bo wobec tego, co się stało, możemy tylko milczeć. Śmierć jest zawsze tajemnicą, za zasłonę której człowiek nie ma dostępu.

Jak kochać Boga, który daje życie, a potem je zabiera?

Nie używałbym słowa "zabiera", bo ja takiego Boga nie doświadczam. On przyjmuje nas, kiedy nasze życie się kończy. Wiadomo, że gdy umiera dziecko, mamy poczucie, że to zła kolejność, coś nienaturalnego. Chcemy, żeby najpierw odeszli rodzice.

Możemy zadawać Mu  pytanie "dlaczego?" przy okazji każdej życiowej tragedii. To trudne, ale są przestrzenie, w których zawsze dojdziemy do ściany. Albo filozoficznego rozważania - czy Bóg może stworzyć taki kamień, którego nie udźwignie? Jak może, to nie jest wszechmocny, a jak nie może, to też nie jest. Takie myślowe konstrukcje prowadzą do absurdu.

 

Bo Bóg może tylko tyle, ile potrafi miłość, ani mniej, ani więcej, bo On sam jest Miłością. On przeszedł już tę drogę, którą my teraz idziemy. Zszedł z nieba, klęknął przed człowiekiem i umył mu nogi, a potem umarł za niego jak niewolnik. A dzisiaj nie ma dżojstika, dzięki któremu steruje światem.

Niektórzy myślą, że Bóg jest chirurgiem, który ciągle coś wycina, a może On jest bardzo blisko i cierpi razem z nami?

A jeśli cierpienie sprawia, że ktoś przestaje wierzyć, że Bóg jest dobrym Ojcem?

 

Wydaje nam się, że Bóg to dobry wujek z Ameryki, który przysyła fajne prezenty, ale może okazać się, że jest bardzo daleki. Trzeba znaleźć odpowiedź na pytanie: czy mi chodzi o to, co chcę dostać, czy o więź i relację z Nim?

 

Nie można Słowa Bożego traktować magicznie. Bóg jest dobrym Ojcem i Jemu zależy na kontakcie z nami bez względu na to, co się wydarza. To nie cierpienie nas zbawia, ale miłość. Miłość, która jest gotowa cierpieć. Czasem ma ona smak romantycznej kolacji przy świecach, czasem cierpienia, poświęcenia i ofiary.

 

Ładne porównanie, ale w sytuacjach, które łamią serca, Bóg często jest pierwszą Osobą, do której mamy pretensje.

 

Jeśli są one wtedy jedynym sposobem komunikacji z Panem Bogiem, to dobrze, że je mamy. Pretensje to jakaś forma więzi i objaw bycia w kontakcie, prowadzenia rozmowy. Oczywiście mamy do nich prawo. Do wątpliwości, trudnych uczuć i emocji, zadawania Mu pytań.

Lepiej się z Nim pokłócić, wykrzyczeć Mu swój żal, niż nie mieć żadnej relacji. Pan Bóg sobie z tym poradzi, a takiej osobie pomoże to uporać się ze stratą, którą przeżywa, przejść trudne etapy żałoby i przyjąć nowe życie.

Co to znaczy "przyjąć nowe życie"?

 

Wiem, że wydaje się to tylko zabiegiem językowym, ale chodzi o coś wewnętrznego w przeżywaniu bolesnej straty. Mogę przestać trzymać się jej kurczowo, oddać, puścić, pozwolić odejść.

 

Jak to zrobić?

 

To droga do wolności, którą porównuję do Paschy. Droga od krzyża do zesłania Ducha Świętego. Maria Magdalena, która płacze przy grobie Jezusa, słyszy: "nie zatrzymuj Mnie", w innych tłumaczeniach: "nie dotykaj Mnie", "nie trzymaj się Mnie kurczowo". Ona chciała wziąć martwe ciało, a jego już nie było. Jezus zapraszał ją, żeby przyjęła to, co nowe.

Jak pozwolisz odejść temu, co się zdarzyło, to przyjdzie nowy duch, nowe tchnienie. Będziesz pamiętać, ale już nie rozpamiętywać. Nauczysz się żyć dalej, a nawet pomagać innym. Znam wiele kobiet, które straciły dzieci, a dzisiaj wspierają inne kobiety w procesie żałoby.


Dlatego w odpowiednim momencie trzeba pozwolić odejść temu, co było, nie trzymać się kurczowo "starego" i przyjąć to, co jest. Bo to, co jest teraz, to właśnie nowe życie. Pytanie, czy pozwolisz, żeby to dawne minęło?

Tęsknię, rozpamiętuję i choć rozum podpowiada: "puść", to serce wcale nie chce.

 

Wtedy trzeba sprawdzić, czego tak naprawdę się trzymam. Bo jeśli żałoba trwa zbyt długo, warto skorzystać z pomocy specjalisty. Jasne, że żałoba po stracie dziecka zwykle jest dłuższa niż ta po odejściu kogoś dorosłego, to naturalne, tylko że ona też musi się skończyć. Bez tego trudno jest dalej żyć.

 

Zdarza się, że człowiek bardzo chce odzyskać to, co było kiedyś, nie potrafi pogodzić się z faktem, że tego już nie ma. Każda osoba przeżywa stratę inaczej. Czasem przychodzi moment, kiedy potrzebna jest już tylko decyzja: "puszczam". Czasem warto zwrócić się o pomoc do specjalisty, który zada odpowiednie pytania, pomoże w procesie przeżycia żałoby.

Okresu jej trwania nie da się określić sztywnymi ramami czasu. Znam osoby, które przez lata nie zapłakały po śmierci swoich dzieci, nie pozwoliły sobie na przeżycie straty. Być może słyszały od innych: "nie płacz", "trzymaj się", "damy radę". To błąd.

 

Słyszałam takie zdanie, że tłumiony smutek w czasie udawania, że go nie czujemy, ćwiczy bicepsy, żeby wrócić z większą siłą.

Dlatego tak ważne jest, żeby pozwolić sobie na wszystkie uczucia. Każdy przeżywa to inaczej, indywidualnie, adekwatnie do swojej historii życia, obrazu Pana Boga. Poza żalem, smutkiem i bólem jest też czas negocjacji. Myślenia - co by było, gdybym się pomodlił, zrobił coś inaczej, ochoty na naprawienie czegoś, powrót do przeszłości… Kiedyś bardzo długo wyjaśniałem jednej pani, że kilka kropel amolu nie wpłynęło na poronienie, a ona nie mogła sobie ich wybaczyć.

 

Potem jest moment, w którym jeszcze trochę płaczę, ale już się zgadzam na to, co tu i teraz. To jak zesłanie Ducha Świętego. Czas, w którym człowiek wie, że już może żyć dalej. I choć będzie pamiętał o tym, co się wydarzyło, to nie będzie roztrząsał i rozpamiętywał. Bo przyjmie nowe życie.

 

Uczniowie dopiero jak dostali Ducha Świętego, a Jezus wstąpił do nieba, mogli mówić innym o śmierci i zmartwychwstaniu, wcześniej ukrywali się w wieczerniku z obawy przed Żydami. Potrzebowali wypuścić pewną rzeczywistość, żeby przyjąć nową, inną. Bo strata nie tylko coś zabiera, ale przede wszystkim daje. Ważne jest to, żeby osoba, która kogoś albo coś straciła, sama odkryła w tym dar. Żeby mimo bólu i cierpienia, umiała sobie nazwać: "co mi to dało?". Zawsze to, co odchodzi, zostawia jakieś dobro, jakieś dziedzictwo, testament, coś cennego.

Co może być takim testamentem?

Odchodzi ode mnie jakaś osoba, ale mogę przyjąć i nazwać to, co od niej dostałem. Wielu rodziców, którzy stracili dziecko w wypadku, mówi, że ciągle pamięta jego uśmiech, pogodę ducha, radość i wrażliwość - właśnie to dostali w dziedzictwie.

Kiedy umiera ktoś starszy, kto był dla nas bliski, czujemy, że to była mądra osoba, że możemy czerpać z tego, co nam dała. To jest obdarowanie, które zauważymy dopiero wtedy, gdy oddamy wszystko. Na tym etapie strata zamienia się w dar.

Na jaki dar zamienia się dla kobiety, która poroniła i nie miała okazji zobaczyć swojego dziecka?

Wypowiem się ostrożnie, bo nie jestem kobietą, ale na pewno ten dar jest inny. Dziecko, które rozwija się pod sercem matki, przez wszystkie mechanizmy hormonalne i psycho-biologiczne przygotowuje kobietę, jej ciało i ducha do przyjęcia życia. Pobudzenie tej sfery jest trudne i bolesne, kiedy przychodzi śmierć, ale nie jest czymś złym, bo dalej może budzić w kobiecie instynkt macierzyński.

Każdy potrzebuje w odpowiednim momencie sam nazwać sobie ten dar. Uczniowie po Zesłaniu Ducha Świętego nazywają zbawienie i dobro, potrafią mówić Żydom o ukrzyżowaniu, śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa konkretne słowa, wcześniej nie umieli.

Da się wypracować w sobie pokorę wobec Boga i tego, co nam się przytrafia?

Dla mnie pokora nie jest cnotą do zdobywania, a szczytem życia duchowego. Wspinanie się na ten szczyt paradoksalnie oznacza schodzenie coraz niżej, tylko dlatego, że Bóg przeszedł taką drogę, a my mamy iść za Nim.

Pokora jest pewną przestrzenią i pojemnością na przyjmowanie łaski, miłości, cierpienia. Dzięki niej możemy brać życie ze wszystkimi smakami, z ekstazą, szczęściem, bólem, traumą… Ze wszystkim tym, co ono nam daje. Kiedy uczymy się przyjmować to wszystko, naturalnie nabieramy pokory. Choć ona jest przezroczysta, nienazywalna. Jest tajemnicą i poszerzaniem przestrzeni serca na to, co przynosi codzienność.

Jak wspierać bliską osobę, która cierpi z powodu straty?

 

Myślę, że trzeba pozwolić drugiej osobie się wypłakać, przyjąć ją razem z trudnymi emocjami i tragedią, której doświadcza. Być z nią w tym trudzie. Wielokrotnie słyszałem żal osób po stracie: "teraz to nawet nasza rodzina nas nie rozumie. Kiedyś dzwonili, teraz milczą".


Może sami nie byli w takiej sytuacji i za bardzo nie wiedzą, co powiedzieć?

Klucz tkwi w tym, jak ja sam przeżywam swoje straty. Jako ksiądz nigdy nie straciłem dziecka, nie mam żony… Nie chodzi o to, że muszę czuć to samo, co osoba, dla której próbuję być wsparciem. Empatia polega na tym, że staram się na bazie moich doświadczeń zrozumieć to, co czuje drugi człowiek. Tak naprawdę żałobę przeżywamy też wtedy, kiedy coś zgubimy, tylko, że wówczas szybkość i intensywność jest zupełnie inna. Przy stracie kogoś bliskiego żałoba może trwać rok, dwa. Od etapu niedowierzania aż po pogodzenie się.

Jeśli mam kontakt z własnymi uczuciami i tym, co się we mnie działo, kiedy coś lub kogoś traciłem, mogę odwołać się do moich przeżyć, przypomnieć sobie, co czułem, czego potrzebowałem. Wtedy łatwiej jest działać z serca, zamiast z głowy jak urzędnik.

A ci ludzie chcą rozmawiać o tym, co czują, o dziecku, które kochają, bo to przecież część ich życia. Są w nowej sytuacji, której się nie spodziewali. Potrzebują uważnej obecności. Warto pytać takie osoby, co można dla nich zrobić, sprawdzać, jak się czują, jeśli odmawiają przyjęcia wsparcia - zrozumieć, pozwolić też na to, uszanować ich każdą decyzję. Bo podstawowe pytanie brzmi: "na ile umiem po prostu być?". To, co się wydarzyło, jest tajemnicą, śmierć jest tajemnicą. Powstało wiele książek o mądrym towarzyszeniu, o radzeniu sobie z żałobą, o uzdrawiającym wsparciu, ale najważniejsze jest to, żeby człowiek poczuł obecność i bliskość drugiego człowieka.
 

Grzegorz Ginter SJ - jezuita, pracuje obecnie w Ignacjańskim Centrum Formacji Duchowej w Gdyni, dając rekolekcje ignacjańskie. Od ponad 11 lat wspiera rodziców po stracie dziecka oraz osoby doświadczające różnych strat

 

Edyta Drozdowska - redaktorka i dziennikarka DEON.pl, prowadzi dział Inteligentne Życie i projekt W życiu chodzi o #COŚWIĘCEJ

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

5

Liczba głosów:

4

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

CZYTAJ ARTYKUŁY Z NUMERU (3/2019) "KIM SĄ ANIOŁKOWI RODZICE?"