Jak mówić o stracie dziecka?

Julia Bondyra
(fot. pl.depositphotos.com)

Wczesne lata 90. to nie były dobre czasy dla kobiet po stracie. Nikt mamy do niczego nie przygotował, nikt jej nie powiedział, jak to będzie.

 

Kiedy zaczęłam szukać bohaterów, którzy chcieliby się podzielić swoimi historiami, okazało się, że jest ich bardzo wielu. Niektórzy z nich sami stracili dzieci, inni usłyszeli to od rodziców, jeszcze inni wiedzieli, ale nigdy o tym nie rozmawiali. Sama nie miałam w sobie na tyle odwagi, żeby z każdą osobą spotkać się osobiście. Zaproponowałam kontakt mailowy, żeby nie naruszyć pewnej granicy intymności i prywatności. Tak dotarłam do trudnych i wzruszających opowieści.

 

"Nikt mi nigdy nie powiedział"

 

Od zawsze na wszystkich świętych jeździliśmy na jego grób. Nikt mi nigdy nie powiedział, jak to się stało. Kiedyś zapytałam mamy, powiedziała z oburzeniem: "po co wracać do takich okropnych rzeczy?". Brakowało mi zwykłej i szczerej rozmowy. Nie chciałam rozgrzebywać starych ran, ale poznać doświadczenie moich rodziców. Wiem tylko, że coś poszło nie tak, mój młodszy o dwa lata braciszek urodził się martwy.

 

Nie pamiętam pogrzebu, bo byłam za mała. Nie wiem, czy ktoś jeszcze w rodzinie o tym wie. Miałam taki czas, że modląc się wieczorami, próbowałam z nim rozmawiać. Myślałam sobie, że jeżeli jest w Niebie, to na pewno mnie usłyszy. Może kiedyś coś odpowie? Potem zaczęłam do niego jeździć, nie tylko w listopadzie. Zwykle zostawiałam mu różę i zwykłego znicza. Ale nie to było najważniejsze, liczył się dla mnie przede wszystkim wspólny czas. Opowiadałam mu wtedy, co się u mnie dzieje, co się zmieniło, jakby to było, jakby był z nami. Nie czuję ciężaru, bardziej jestem ciekawa, jak mu Tam jest i jak to będzie, kiedy się spotkamy.

 

"To wasz brat i siostra"

 

Mojej mamie zmarły bliźniaki, były dwa lata młodsze ode mnie. Od zawsze chodziliśmy na ich grób, mama mówiła, że to nasze rodzeństwo, nasz brat i nasza siostra. Chłopczyk zmarł w pierwszej dobie, a dziewczynka w drugiej dobie po porodzie. Pielęgniarki zdążyły nadać chłopcu imię Michał, a dziewczynkę mama sama nazwała Agnieszka.

 

Jak byłam mała, to często mówiłam, że szkoda, że ich nie ma, bo nie mam się z kim bawić. Jednego razu mój starszy brat powiedział mi, żebym przestała tak mówić, bo rodzicom jest przykro, więc przestałam. Mama zawsze powtarzała "Bóg dał, Bóg zabrał". Teraz, kiedy o tym myślę, wiem i wierzę, że mam siostrę i brata w Niebie. Czasem myślę o tym, jakby wyglądali i czym by się zajmowali. Wierzę w to, że kiedyś ich spotkam i, mam nadzieję, poznam.

 

"Trzeba żyć tak, żeby się Tam z nim spotkać"

 

To było nasze pierwsze dziecko. Jeszcze w 12. tygodniu biło mu serduszko, niestety w 17. już nie. Zaraz po tej informacji zadzwoniliśmy do naszych rodziców i zaprzyjaźnionego księdza. Wiele osób czekało z nami na Gabrysia, stopniowo informowaliśmy o tym, że już go z nami nie ma. Dużo o tym mówiłam, to mi pomagało. Moja mama też kiedyś straciła dziecko, od razu przyjechała do mnie, nie rozmawiałyśmy wiele, ale to nas bardzo do siebie zbliżyło. Ksiądz powiedział nam dwie rzeczy. Może to był najlepszy czas na odejście Gabrysia, może czekały na niego zagrożenia zdrowotne lub duchowe i lepiej było, żeby od razu poszedł do Nieba? Potem dodał: teraz trzeba żyć tak, żeby się z nim Tam spotkać. Wtedy będę mogła go przytulić.

 

Właśnie to było dla mniej najsmutniejsze - jestem mamą, ale dziecka, którego nie mogłam przytulić. Ta sytuacja pokazała nam, ilu mamy wspaniałych ludzi wokół siebie i to, że razem z mężem radzimy sobie w trudnych sytuacjach, że mogę na nim polegać. Zrozumiałam, że nasze dokładne planowanie na nic się zdaje. Życie dziecka jest nam dane, a my mamy je należycie przyjąć, a nie zadecydować o jego stworzeniu.

 

"O śmierci należy mówić, bo to część życia"

 

Wszyscy w rodzinie wiedzieli, że będziemy mieć kolejne dziecko, byłam w 20. tygodniu ciąży i wszystko przebiegało prawidłowo. Mieliśmy już dwie córeczki: siedmioletnią Martę i roczną Łucję. W nocy trafiłam do szpitala, w którym urodziła się Dominika. Jacek, mój mąż, powiedział Marcie, że jestem w szpitalu i że dzidziuś umarł. Kiedy wróciliśmy do domu i tak zapytała "gdzie dzidziuś?". Powtórzyłam jej to samo, rozpłakała się. Myślę, że to było dla niej za trudne, jednego dnia czekała na narodziny, a kolejnego już nie było kogoś, na kogo czekała. Obie dziewczynki uczestniczyły w pogrzebie. Dzisiaj cieszą się, że mają siostrę w Niebie i że ona za nimi oręduje.

 

Myślę, że o śmierci należy mówić, bo to część życia. Czy da się na to przygotować? Nie, zawsze liczy się na cud. Kiedy jechałam do szpitala, rozsądek mówił mi, że to się źle skończy, ale równocześnie miałam nadzieję na cud. Ze stratą Dominiki pogodziłam się dopiero po latach. Uwierzyłam, że to nie moja wina. W Łagiewnikach raz w miesiącu jest odprawiana msza święta za rodziców nienarodzonych dzieci. Podczas modlitwy odczytywane są imiona i daty narodzin i śmierci dzieci oraz imiona ich rodziców. Tam się z nią pożegnałam. Wszystko ma swój czas.

 

"W tamtych czasach nie mówiło się o takich rzeczach"

 

Dowiedziałam się o tym, że mama straciła dziecko, jak już byłam dorosła. To był specyficzny dla mnie moment, ponieważ sama bardzo chciałam mieć wtedy dzieci. Ta historia nie była łatwa. Wczesne lata 90. to nie były dobre czasy dla kobiet po stracie. Tacie nie pozwolono zabrać ciała. Nikt mamy do niczego nie przygotował, nikt jej nie powiedział, jak to będzie. Ona bardzo czekała na to dziecko, bardzo się cieszyła. Nie rozumiała, dlaczego poroniła. Ogromnie mi jej żal.

 

Sama jestem mamą i kiedy myślę o tym, że mogłabym stracić swoje dzieci, moje serce umiera. Często się tego boję. W tamtych czasach nie mówiło się o "takich rzeczach", dlatego wiem, że ta rozmowa po latach była dla niej trudna. Przykro mi, że nigdy nikomu o tym nie mówiła. Bardzo chciałabym moją siostrę przytulić. Wiem też, że mamie jest przykro, że nie ma jej grobu, który by mogła odwiedzać. Po tej stracie nie miała dzieci przez 5 lat. Kiedy myślę o mojej siostrze, to bardzo mnie wzrusza to, że ona czeka na mnie w Niebie. Smuci mnie to, że nigdy nie mogła się przytulić do naszych rodziców, że nie mogła się z nami bawić i dorastać.

 

Nie ma jednej odpowiedzi

 

Kiedy poznałam te historie, przekonałam się o tym, że nie ma jednej, właściwej odpowiedzi. Kiedy powiedzieć albo czy w ogóle powiedzieć? Jak to zrobić tak, żeby nasze dziecko spokojnie to przyjęło? Myślę, że w tych wszystkich pytaniach trzeba na spokojnie zacząć od siebie. Jak ja chcę przeżyć tą żałobę? Czego w tym momencie potrzebuję? Dopiero później możemy zatroszczyć się o innych.

 

Myślę, że potrzebujemy właśnie takiej zmiany myślenia. Zanim zaczniemy myśleć o innych, zastanówmy się nad sobą. Dajmy sobie czas, oddech, przestrzeń, w których posłuchamy siebie. Dzięki temu będziemy mogli zadać sobie wiele pytań, szukać odpowiedzi, przemyśleć, a przede wszystkim przeżyć to, co najważniejsze i najtrudniejsze.

 

Julia Bondyra - dziennikarka i redaktorka portalu DEON.pl, prowadzi autorskiego bloga wybieramymilosc.pl

 
Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

5

Liczba głosów:

2

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

CZYTAJ ARTYKUŁY Z NUMERU (3/2019) "KIM SĄ ANIOŁKOWI RODZICE?"