Klerykalna choroba Kościoła

Michał Lewandowski
(fot. depositphotos.com)

Konserwowanie tego, co było, może tylko zaszkodzić. Klerykalizm jest reliktem, który powinien odejść. Będzie trwał, dopóki sami na to pozwolimy.

 

Wiedziałem o tym od zawsze, choć z różnym natężeniem. Że coś mi tutaj nie pasuje, że to powinno być inaczej. Może po raz pierwszy pomyślałem o tym, kiedy dowiedziałem się, że w jeden dzień w tygodniu mam pojawić się w konkretnym budynku i stać tam przez godzinę. Mimo dziecięcej dociekliwości, z jaką każdy człowiek rodzi się na świecie, szafowano odpowiedzią z gruntu rzeczy dorosłą: bo tak. Albo nie, bardziej jednak zgrzytnęło, kiedy młody umysł pełen ciekawości zapytał o "niewygodne" fragmenty świętego tekstu. Dlaczego nie usłyszał wtedy odpowiedzi dobrze uarugmentowanej, spokojnej i trafiającej w sedno? Tego nie wiem. Karuzela niedopowiedzeń kręciła się dalej, małe krzesełka poddane niewidzialnej ręce siły odśrodkowej oddalają się od jej centrum, a stary i skorodowany łańcuch wydaje odgłos śmierci.

 

Pęknięcie nastąpiło kilka miesięcy temu. Szybko zrozumiałem, że strategia milczenia, niedomówień, lawirowania między odpowiedziami to taktyka, którą stosuje się od lat. Jest tania, prosta w obsłudze i szalenie uniwersalna - pasuje do każdego problemu. Sprawdza się tak samo dobrze w czasie katechezy (niezależnie od poziomu), w parafialnej radzie ekonomicznej (gdzie dobrze przemilczeć fakt, że mimo jej demokratyzacji ostateczne zdanie i tak należy do proboszcza), w duszpasterstwie (gdzie udzielanie sakramentów jest za darmo, ale lepiej głośno nie mówić o wyznaczonych cennikach), jak i w - najgorszym z nich wszystkich - milczeniu na temat krzywdy.

 

Krzesełka na karuzeli powoli odlatują coraz bardziej, gdzieniegdzie pojedyncze łańcuchy trzymają jeszcze kawałek deski i oparcie, ich los wydaje się jednak przesądzony. W mojej głowie rodzą się setki pytań. Dlaczego o pewnych rzeczach nie mówi się głośno? Co jest powodem ukrywania? Dlaczego Kościół pozwolił sobie na wyrośnięcie w jego wnętrznościach złożonej struktury zdolnej do zamiatania pod dywan tego wszystkiego, co niewygodne, wstydliwe, bolesne? Porównanie do rozrastającej się tkanki nowotworu jest tutaj całkiem na miejscu. Objawy widoczne były od dawna, pacjent skarżył się na bóle. Lekarze są zgodni, że im szybciej wykryjemy raka, tym większe szanse na pozbycie się choroby. Dlaczego nikt nie reagował? Jaka blokada stawała na drodze prostej decyzji o klarowności, przejrzystości działań, odkryciu kart i stanięciu w świetle reflektorów? Wstyd? Ego? Przyznanie się do porażki?

 

Może wszystko po trochę, pewnie każde z nich miało swoje "trzy grosze" w coraz bardziej terminalnym stanie organizmu. O jednym jednak nie wiedziałem, ten jeden sprawił, że szkody są jeszcze poważniejsze, trudno nie zauważyć, że w nim krzyżują się wszystkie bóle i porażki, jakie na drodze walki z kryzysem poniósł polski Kościół. Tym jednym jest klerykalizm.

 

Kilka lat temu rozmawiałem z bpem Pieronkiem o tym, jak rozumie on klerykalizm. Powiedział tak:

 

"Natomiast «klerykalizm» jest czymś, co tworzyło się przez wieki, miało różne formy i znaczyło zawsze to samo. To znaczy dominację duchowieństwa nad tymi, których mogli sobie podporządkować. (...) Klerykalizm nie był taki, że ksiądz chciał być królem, ale inne stanowiska i godności były bardzo łakomym kąskiem. Sam mówię o sobie od dawna, że jestem antyklerykałem, ponieważ klerykalizm jest złem, które wypacza misję kapłańską. (...) Takich form jest bardzo wiele. Po pierwsze to jest pycha, czyli patrzenie na drugiego z góry przy jednoczesnym patrzeniu na siebie jak na postać z pomnika, której zdanie jest absolutnie najważniejsze. Jest to jakaś forma ubóstwiania siebie".

 

Klerykalizm sprawił, że trudno było przyznać się do błędu, pokazać ból. "Bo jak to tak? Skoro jesteśmy tymi, którzy zostali przez Boga wybrani do specjalnej funkcji, to nie możemy o tym mówić. Skoro On wymaga od nas celibatu, to z pewnością takie grzechy nie mogą się zdarzać. My prowadzimy lud i jesteśmy jego światłem. Nie można przygaszać światła. Jest tylu wrogów, którzy gotowi są zaatakować tylko wtedy, kiedy choćby na moment okażemy słabość".

 

Przez lata duchowni byli narażeni na myślenie, że są lepszą kastą, która ma prowadzić Kościół przez mroki dziejów. Wielu z nich - krytycznie nie zadufanych w znaczeniu swojego powołania - wiedziało, że są tacy, jak inni wierzący, że ich powołaniem jest służba, naginanie karku za grzeszników, mycie brudnych nóg, cierpienie z cierpiącymi i radość z radosnymi. Ale czy nabyta w seminarium wiedza o tym, że jest się specjalnie namaszczonym przez Boga kapłanem, nie działała także w tych, którzy do takiej refleksji nie byli zdolni? Czy urzędy, ciepłe posadki, znaczenie i poważanie, blichtr i społeczny szacunek, pieniądze i ślepe zapatrzenie wiernych w czasie kazania nie były wystarczającym powodem, by stać się duchownymi?

 

Każda kasta tworzy mechanizmy, które mają ją ochronić przed wrogami z zewnątrz. Wilki miały barwy czerwonych komunistów, neoliberalnych polityków, Zachodu, żydów, muzułmanów i homoseksualistów. I znowu przeciskają się przeze mnie pytania, w tym jedno najważniejsze: nikt nie zauważył wilków w koloratkach? Chyba że obronny mechanizm zadziałał wybiórczo i nie skanował - jak program antywirusowy w komputerze - wybranych plików.

 

Do kryzysu, który przetacza się przez Kościół, doprowadził klerykalizm. Pogląd o lepszej warstwie społecznej księży grzeszy wieloma uczynkami. Co z tego, że zaraz wszystkie je wypiszę? To cokolwiek zmieni? Nazywanie zła sprawi, że pryśnie jak bańka? Nie, od Sokratesa już wiemy, że nie wystarczy wiedzieć, co jest złe, by tego zła nie popełniać. Trzeba wybrać dobro. Mam zatem kilka pomysłów, jak na nowo ułożyć nasze świecko-duchowne relacje.

 

Grzech wywyższania się - najwyraźniej widać go na linii przebiegającej pomiędzy świeckimi a duchownymi. Linii, dodajmy, której w ogóle nie powinno być. Duchowny w Kościele nie ma jakichś super mocy, nie jest bohaterem, który przez liczne wyrzeczenia stał się godny traktowania go jak kogoś ważniejszego od innych. Bardzo możliwe, że zrobiono mu krzywdę i w ciągu długiej, bo sześcioletniej formacji w seminarium uświadomiono, że sam Bóg powierza mu wyjątkową i specjalną misję. Kiedy młody kleryk jedzie do swojej pierwszej parafii, to zjawisko przybiera tylko na sile. Mamy w tym my, świeccy, swoją winę. Od młodych lat jesteśmy strofowani, żeby duchownego traktować w inny sposób, lepiej, z większym dystansem. Ta zmiana odbywa się nawet na poziomie języka. Jednym słowem: sztywniejemy. Kiedy ksiądz przychodzi na kolędę, nie wypada mówić o rzeczach błahych, nie można pytać o drażliwe tematy ani wchodzić w dyskusje, które aktualnie pasjonują domowników. Wina wychowania do poczucia inności, które skutkuje wywyższaniem się, to jedno, wina, którą ponoszą świeccy, nie "sprowadzając księdza na ziemię", to drugie. Lekarstwo jest tutaj proste: nie traktujmy duchownych jak bohaterów z innego świata, ale jak ludzi. Dla swojego i ich pożytku.

 

Grzech niekompetencji - w wymiarze kompetencji twardych, pal licho. Nie wymagam od księdza znajomości papieskich encyklik na pamięć, nie oczekuję cytowania po łacinie orzeczeń soborów powszechnych, nawet nie dokładnej znajomości Pisma Świętego, ale na Boga, umiejętność pracy z ludźmi to coś, co trzeba znać, kiedy całe swoje życie poświęca się na słuchanie innych, rozwiązywanie ich problemów, dawanie czasu, wspieranie. Rozumiem, że nie każdy ma takie umiejętności dostatecznie dobrze rozwinięte. Ale czego nie wynosi się z domu, tego można nauczyć: lepiej lub gorzej. Księża nie mogą uciekać od swojego najważniejszego powołania, którym jest prowadzenie ludzi do Boga. I to niezależnie od tego, czy pracują w kurii, hospicjum albo na misjach. Świecki ma tutaj takie pole manewru, na ile sam takie miękkie kompetencje posiada. Seminariów duchownych nie zmienimy, nas samych i nasze umiejętności pracy z ludźmi - tak. Zacznijmy od tego. Potem będziemy mogli uczyć tego duchownych.

 

Grzech gburowatości - możliwe, że zabrzmi to jak tani kołczing, ale oczekuję od duchownego tego, żeby po prostu lubił innych ludzi. Nie unikał ich, nie psioczył na każde zagadanie go, nie odpowiadał spode łba, nie miał wiecznej pretensji do świata o to, że ten świat czegoś od niego oczekuje (można uciec tutaj w kierunku "głębokiej teologii", która każe duchownym myśleć o sobie, że "nie są z tego świata"). Liczę na wyrozumiałość i cierpliwość, szacunek dla mnie jako tego, który przychodzi po pomoc. Każdej z tych cech oczekujemy od lekarza, policjanta czy sprzedawcy w sklepie, nie stosujmy więc ulgowej taryfy wobec tych, którzy w założeniu mają odpowiadać na najbardziej palące ludzkie potrzeby i dramaty. I nie bójmy się reagować w momencie, kiedy owa gburowatość dotknie i nas: odpowiedzieć bez użycia podobnych "mało miłych" środków i dać do zrozumienia, że takie zachowanie nie jest akceptowane.

 

Grzech chciwości - w Kościele od dawna odmieniany jest przez wszystkie przypadki. I jak dobrze się przyjrzeć, to nie chodzi tutaj o zasobność księżowskiego portfela, ale stosunek, jaki ma do swoich pieniędzy. Są księża bogaci, są biedni, są średniozamożni. Są tacy, którzy swoje pieniądze traktują jak coś normalnego, inni modlą się do nich częściej niż do Boga. I to wkurza świeckich. Nie lepsze auto, które stoi pod plebanią, ale wyraźny kociokwik na zarabianiu, inwestowaniu i pomnażaniu dóbr tego świata. Pieniądze mogą zrobić sporo dobrego, ale nic tak jak one nie zniewala człowieka, który będzie chciał mieć ich więcej i więcej. Co mogą zrobić świeccy, żeby przerwać zaklęte koło, które każe niektórym duchownym obracać się bardziej wokół spraw materialnych? Cóż, możemy działać czynnie i kiedy przyjdzie co do czego, kiedy okaże się, że pieniądze zmąciły księdzu w głowie i jego wymagania wobec "płatności" za darmowy sakrament są zbyt wygórowane, zaprotestować. Proboszcz, który (wzorem bohatera pewnego filmu) zbiera pieniądze na dach, ale zebrać nie może? Porozmawiaj z nim. Rolą świeckich, którzy są zaangażowani w funkcjonowanie parafii, jest kontrolowanie, czy pieniądze są wydawane w odpowiedni sposób. Finansowa przejrzystość to podstawa. Kasa parafii nie może być tylko w rękach proboszcza.

 

Takich grzechów pewnie jest więcej, choć nie wszystkie są po stronie duchownych. Klerykalizm dobrze ma się w Kościele, ponieważ świeccy odpuszczają i nie wymagają od swoich pasterzy. Wiem, że to niełatwe, bo "szklany sufit" instytucji blokuje czasem najprostsze działania.

 

W Kościele trwa kryzys, który zmieni go na dobre, nic już nie będzie takie jak kiedyś. Konserwowanie tego, co było, może tylko zaszkodzić. Klerykalizm jest reliktem, który powinien odejść. Będzie trwał, dopóki sami na to pozwolimy.

 

Michał Lewandowski - dziennikarz DEON.pl, publicysta, teolog, koordynuje projekt "Wspólny Dom" poświęcony ekologii chrześcijańskiej

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

4

Liczba głosów:

4

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

CZYTAJ ARTYKUŁY Z NUMERU (5/2019) "KOŚCIÓŁ PO ZAWALE"