Kościół post-Sekielski

Paweł Kowalski SJ
(fot. v2osk on Unsplash)

"Byłem głodny a nie daliście mi jeść" (Mt 25, 35). Jeśli to prawda, a wierzę, że tak jest, że Jezus utożsamia się z cierpiącymi i pokrzywdzonymi, wówczas film braci Sekielskich jest dla nas niezwykle ważnym wezwaniem do nawrócenia.
 

Już dawno temu papież Franciszek nawoływał nas w Kościele do nawrócenia duszpasterskiego, które stałoby się bardziej ewangelizujące, nie bałoby się wejść w najbrudniejsze nawet zakamarki ludzkiego życia, aby odnaleźć tam Jezusa. Benedykt XVI, cytowany też przez polskich biskupów w niedawnym liście o pedofilii mówi, że "Przestępstwa te przysłoniły blask Ewangelii takim mrokiem, jakiego nie znały nawet wieki prześladowań". To okropnie mocne słowa. A ten sam list, w ostatnim swoim zdaniu wzywa, abyśmy nie dali się pokonać złu. Żeby to jednak zrobić, musimy wspólnie obejrzeć film i dać się poruszyć historiom, które przedstawia.

 

Konfrontacja


Obejrzałam film (Sandra, VI rok wydziału lekarskiego)

 

Mdłości. Mechanizm obronny organizmu, który nie chce czegoś przyjąć, bo rozpoznaje to jako absolutnie złe. Dreszcz obrzydzenia, kolejna fala mdłości. By móc obejrzeć film do końca, czterokrotnie go przerywałam ("to jest twoja wina, że tam chodziłeś"). Płacz, który dławi, ale który nie chce dać łez ulgi ("groził, że [...] wykorzysta jego młodszego brata").

Wstyd. Towarzyszy mi cały czas, od chwili, w której zaczęłam oglądać, aż do teraz. Niepostrzeżenie wypala we mnie to, co niegdyś ośmieliłoby się ocenić czyjąkolwiek reakcję na tak głęboką krzywdę. Daje mi przeświadczenie, że moje miejsce, miejsce Kościoła jest na kolanach, przepasanych prześcieradłem, w służbie każdemu, ale szczególnie tym, których Kościół jakkolwiek skrzywdził.

Wiara. Tylko łaska wiary pozwoliła mi przetrwać ten film. Wiary w to, że Bóg, który jest Miłością, jako jedyny jest w stanie nas - ludzi - nauczyć owej miłości do siebie nawzajem.  On potrafi rozpalić w nas ogień Ducha, który pokaże nam nagą prawdę o grzechu, obróci w popiół bariery i naprędce sklecone schematy, za którymi wygodnie nam się schować, a jednocześnie - ogrzeje - i nauczy nas otulać ciepłem - te serca, które szczególnie zostały zranione.

 

"Wiecie, mam wrażenie że to ważny film dla nas w Kościele. Próbowałam go zobaczyć sama, ale nie jestem w stanie. Chcę, abyście mi pomogli". To zdanie padło podczas jednego ze spotkań naszego duszpasterstwa akademickiego w Gdańsku. Oglądaliśmy film Sekielskich już parę dni później. Atmosfera była niezwykle napięta.

Gdy konfrontujemy się z ludzkimi problemami bez ulegania pokusie osądzania i prostackiego wydawania sądów, zostajemy postawieni w bardzo niewygodnej roli. Często bowiem mamy wrażenie, że pewność naszej wiary zależy od pewności naszych sądów i ocen. Bardzo łatwo uciec od krzyku skrzywdzonych pedofilią i schronić się za zdaniami: "ten film to element kampanii wyborczej", "jest nierzetelny", "przecież to tylko znikomy procent". Te i inne płytkie sądy uciekają przed najważniejszym - zdarzyła się krzywda, i nikt nie zadał sobie trudu, aby pomóc ofiarom. Czy to znaczy, że stając twarzą w twarz z jakimkolwiek tematem, trzeba mieć na samym początku już jasne rozwiązania?

Pamiętam jak po konferencji przedstawicieli Episkopatu Polski dotyczącej wyników kwerendy przypadków pedofilii w polskich diecezjach i kuriozalnym sposobie ich prezentacji jedna z dziewczyn powiedziała mi: "Proszę ojca, to, co zobaczyłam na tej konferencji, jest uwłaczające. Moi znajomi, niewierzący, ale przyjaźnie nastawieni, pokazują mi to i pytają: Jak my mamy zaufać wam, wierzącym?!" Rozgoryczenie było powszechne. Ktokolwiek zetknął się w jakikolwiek sposób wtedy z tematem stawał oniemiały butą i niekompetencją dotknięcia tak delikatnego tematu. Nasze duszpasterstwo oddychało tą atmosferą.

Zebraliśmy się wtedy w parę osób, które pełnią ważne role w duszpasterstwie. Kiedy szedłem na to spotkanie, nie miałem pojęcia, co z tym wszystkim zrobić. Można było oczywiście uciec od tematu. Urządzić kolejne planszówki, obejrzeć śmieszny film albo po prostu zająć się duszpasterską codziennością. Wiedziałem jednak, że tylko dając się poruszyć żalowi ludzi z duszpasterstwa, będę w stanie usłyszeć, do czego nas zaprasza Duch Święty. Wtedy zdecydowaliśmy się zorganizować wspólną modlitwę za pokrzywdzonych przez tę zbrodnię oraz informować o możliwościach pomocy psychologicznej.

 

To doświadczenie pokazało mi, że tylko stając twarzą w twarz z problemem, jestem w stanie odnaleźć Boże Światło. Samo skonfrontowanie się z brudem i złem nie ma bowiem sensu, jeśli nie idzie za nim postawa słuchania tego, do czego wzywa nas sam Bóg.   
 

Wspólnota


Być razem (Marcin, inżynier automatyki i robotyki)

 

Film obejrzałem dwa razy, pierwszy raz sam. Wzbudził we mnie gniew i smutek. Gniew na sprawców, Kościół, Boga. Smutek, bo nie wiem, co zrobić. Po seansie musiałem wybiec z mieszkania. Rozmyślając samotnie, albo dochodziłem do rozwiązań radykalnych, albo do poczucia bezsilności. Po tygodniu od obejrzenia filmu po raz pierwszy nastał drugi seans, wraz ze wspólnotą, zebrało się około 30 osób. Po seansie sala była pełna gniewnych, smutnych ludzi, lecz teraz ten gniew nie rodził radykalizmu, smutek nie ciągnął do bezsilności. Dlatego że byliśmy tam razem, dlatego że dla każdego radykalnego pomysłu była osoba mówiąca o jego konsekwencjach, dla każdego załamania rąk była osoba podnosząca na duchu i motywująca do działania.

Dlatego Kościół nie może pozostać sam z gniewem i smutkiem, które zrodziła pedofilia, bo albo pogrąży się w bezsilności, albo rzuci się w radykalizm. Kościół potrzebuje pomocy i to pomocy od nas, świeckich. By nie dopuścić do tego, by popadł w bezsilność i brak działania oraz by w swych działaniach pamiętał o konsekwencjach. Cieszę się, że Kościół powoli dostrzega fakt, że sam nie udźwignie swojego krzyża i zaczyna prosić o pomoc. Doświadczyłem tej prośby w mojej rodzinnej parafii, gdy po raz pierwszy z ust proboszcza usłyszałem prośbę o pomoc, ale nie w sprawie remontu kościoła czy też "wsparcia modlitwą", lecz by nie bać się reagować, bo księża są tylko ludźmi.

 

W naszym duszpasterstwie widziałem już wiele ludzkich historii, ale udało się też zaobserwować wiele różnych dynamik wspólnotowych. Kiedy przyszedłem do Gdańska największą wspólnotą była grupa charyzmatyczna. Zachwycało mnie jak wiele osób przychodziło co tydzień na modlitwę uwielbienia. Przy okazji dziwiło mnie niesamowicie, że chwilę po jej zakończeniu, kościół i salki duszpasterstwa były już puste. Ludzie wracali do akademików, nie za bardzo byli zainteresowani towarzystwem innych. Jeśli istniały jakieś grupki przyjaciół, to były tak zamknięte, że nie dawały się zbliżyć nikomu nowemu. Bardzo szybko we wspólnocie zaczął narastać kryzys. Starsi zaczęli odchodzić, a młodsi nie znajdowali klimatu, który by im ułatwiał bycie we wspólnocie. Najpierw powoli, a potem całkiem szybko coś zaczęło się sypać. Jednocześnie bardzo mnie dziwiło, że dzieje się tak pomimo tego, że jakość naszej modlitwy, zarówno duchowo, jak i merytorycznie rośnie.

Wielokrotnie słyszy się wezwania co niektórych duszpasterzy, aby Kościoła nie traktować jak przedsiębiorstwa usług sakramentalnych, gdzie dużo częstszym pytaniem jest "co wy mi gwarantujecie?" niż "co mogę dla nas zrobić?" Ale prawda o budowaniu Kościoła zaczyna się na poziomie relacji międzyludzkich. Ozeasz, który pisał: "pociągnąłem ich ludzkimi więzami a były to więzy miłości" (Oz 11,4) umiał wyrazić, że bez relacji wspólnoty która się lubi, nie zbudujemy Kościoła - ciała Bożego.

Czy jesteśmy w stanie np. tak budować liturgię, aby jednoczyła ona nas indywidualnie z Ciałem Jezusa, a jednocześnie pozwalała nam wszystkim razem stawać się Ciałem Jezusa, prawdziwą wspólnotą? Gdzie msza będzie jednoczyć mimo, że nie będzie płytka. Gdzie Eucharystia będzie niosła głębię, ale radykalnie zakorzenioną w międzyludzkiej codzienności?

W naszej parafii, na mszach porannych nie ma zbyt wiele osób, zwykle są to ludzie w słusznym już wieku. Zawsze mnie jednak zachwyca, ile trudu sobie zadają, aby uścisnąć się i uśmiechnąć, przekazując znak pokoju. Nie jest to kiwnięcie głową w bliżej nieokreślonym kierunku, ale często wyjście z ławki, przemaszerowanie kilku metrów do słabszych, którzy nie są w stanie sami łatwo się poruszać, aby zanieść im znak Pokoju, jaki daje nam Chrystus.

Budowanie wspólnoty jest niezbędne. Czwarta modlitwa Eucharystyczna woła do Boga: "Spraw, by nasz Kościół odnowił się w świetle Ewangelii. Umocnij więź jedności między wiernymi i kapłanami, między kapłanami i naszym Biskupem, między biskupami i naszym Papieżem. W świecie rozdartym niezgodą niech Twój Kościół jaśnieje jako znak przyszłej jedności i pokoju."Wszyscy bowiem cierpimy na siły odśrodkowe, które nas od siebie oddalają, a zjednoczeni będziemy w stanie dać odpór burzom, które jeszcze nie raz będą nami targać".

 

Miłość

 

Już nie wierzę (Magdalena, V rok psychologii)

 

Tak, ten jeden seans rozpoczął we mnie proces, którego nie zawaham się nazwać przełomowym. Już nie wierzę. Film braci Sekielskich pokazał mi świat, o którym nie miałam pojęcia, skonfrontował mnie z sytuacjami, o wystąpieniu których wolałabym nie wiedzieć (w imię tzw. świętego spokoju). W co przestałam wierzyć? Nie wierzę już, że uratuje nas coś innego niż miłość.

Gdzieś głęboko we mnie tkwi przekonanie, że to brak miłości jest powodem wszelkich nieszczęść i dramatów - poczynając od tych prywatnych, jednostkowych, a kończąc na globalnych, które dosięgają wielu ludzi. Na samym początku wyjaśnijmy sobie pewną zasadniczą kwestię - nie postrzegam miłości jako motyli w brzuchu, wesołkowatego nastroju czy ulotnej emocji. Miłość jest dla mnie heroiczną siłą, która pomaga iść pod prąd, potrafi tchnąć życie i nadzieję - jest odważną decyzją. Dlatego nie wierzę, że możemy dalej budować Kościół bez miłości, bez miłości traktowanej poważnie, bez jej radykalizmu i gorliwości. Jak ma się to przejawiać w konkretnych sytuacjach? W odniesieniu do ofiar będzie to postawa szacunku, gotowości do wysłuchania oraz zaproponowania konkretnej pomocy. W przypadku sprawców (tak, ich też mamy kochać) - powstrzymanie się od pochopnego osądu i potępienia. Po seansie jeszcze pewniej powtarzam za poetą, że: "powstaliśmy z miłości i w miłość się obrócimy. Amen".

 

Załóżmy, że Kościół naprawdę zawsze chciał nieść światu Ewangelię. Nawet Kościół hierarchiczny, ten, który krył zbrodniarzy, załóżmy, że naprawdę chciał nieść światu Jezusa. Mam wrażenie, że u podstaw jego budowania wiarygodności działania było przeświadczenie o koniecznej zewnętrznej nienaganności.

Nie piszę tego, żeby kogokolwiek usprawiedliwić, ale aby pokazać pewien przewrót, który musi się w nas dokonać. Wiarygodność Ewangelii, całe nasze nawrócenie duszpasterskie i ewangelizacyjne jest zupełnie niezależne od publicznej opinii o Kościele.

Św. Ignacy mówił, że miłość zasadza się bardziej na czynach niż na słowach. Wiarygodność Kościoła to Jego świętość, a nie idealność. Świętość buduje się na miłosierdziu, więc na przezwyciężaniu grzechu przez Bożą Miłość - a to oznacza dobry rachunek sumienia, żal za grzechy, wyznanie grzechów, zadośćuczynienie, postanowienie poprawy. W sferze publicznej może to oznaczać przyznanie się do przestępstw, patrząc w oczy kamer.

Św. Piotr kiedy usłyszał, że Jezus ma iść na ukrzyżowanie, zaczął Mu wyrzucać, że to zły pomysł. W odpowiedzi usłyszał bardzo mocne słowa, zwykle w kościele czyta się je jako "zejdź mi z oczu Szatanie". Istnieje jednak jeszcze jedno tłumaczenie: "Pójdź za mną, Szatanie". Jeśli damy wiarę jemu, wówczas możemy śmiało powiedzieć, że jest to skierowane nie tylko do Piotra, ale i do nas w Kościele. Jezus wzywa nas, byśmy za Nim poszli, bo chce nas wyprowadzić z naszej demoniczności, abyśmy w pełni dali się porwać Jego pomysłowi na zbawienie świata. Nasza demoniczność to głuchota na Jezusa płaczącego w poturbowanych przez księży, to nasze otępienie jakiejkolwiek wrażliwości, a przede wszystkim nie branie odpowiedzialności za tych, którzy dopuścili się zbrodni.

 

Dzień po premierze filmu Sekielskich była niedziela, i to, o zgrozo, Niedziela Dobrego Pasterza. Wtedy w kościołach czyta się Ewangelię o Jezusie Dobrym Pasterzu, a podczas modlitwy wiernych pamięta szczególnie o pasterzach Kościoła.

 

Ten artykuł chciałbym zakończyć kilkoma notatkami, jakie zrobiłem do kazania z tamtego dnia. Wiedziałem, że zdecydowana większość ludzi widziała już wtedy dokument, a przynajmniej czytała recenzje. Zakładałem też, że wśród zgromadzonych mogą być ludzie dotknięci opisywanymi tam zbrodniami, a może być i tak, że i ten tekst czytają takie osoby.

 

Czy nie jest tak, że tęsknimy za Jezusem, dobrym Pasterzem, szczególnie kiedy orientujemy się, że pasterze, którzy mieli w Jego imieniu się nami zajmować, to tak naprawdę najemnicy?

 

Możemy być pewni, Jezus czuje nasze oburzenie, ból, złość. Dla Niego nie są to sprawy obojętne. On mówi: "Moje owce słuchają mojego głosu, ja znam je" (J 10,27)- Możemy być pewni, że On też czuje ten sam smutek, też ma poczucie skrzywdzenia i rozczarowania.

 

Kiedy wydaje się, że wszystko jest już bez sensu, kiedy mamy wrażenie, że nasze posklejane naprędce życie czy wiara się rozsypuje, On nas woła, abyśmy poszli za Nim. Bo pomimo całego cierpienia: Życie ciągle jest możliwe! Bo pomimo całej ciemności: Nadzieja ciągle jest możliwa!

 

Paweł Kowalski SJ - duszpasterz akademicki wspólnoty DA Winnica w Gdańsku Wrzeszczu. Bydgoszczanin. Ukończył filozofię na Akademii Ignatianum w Krakowie. Pracował w Szkole Kontaktu z Bogiem. Studiował teologię na Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie. Podharcmistrz i kilkukrotny przewodnik grupy SZARA WAPM

 
Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

2.47

Liczba głosów:

19

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

CZYTAJ ARTYKUŁY Z NUMERU (5/2019) "KOŚCIÓŁ PO ZAWALE"